Artykuły,Publicystyka

M. Chodownik: Tajlandia tonie w chaosie

Kiedy pierwsza fala powodziowa miała dotrzeć do Bangkoku, jego mieszkańcy wpadli w popłoch. To ponad 10-cio milionowe miasto, będące nie tylko stolicą polityczną ale i ekonomiczną Tajlandii, stanęło w obliczu kolejnego kryzysu. Na wyobraźnię ludności najbardziej działały zdjęcia pogrążonych w wodzie pagód w Ayutthaya, położonej zaledwie 80 km od Bangkoku. Wiedziano, że zalanie stolicy było nieuniknione, gdyż stała ona drodze zmierzającej do zatoki wody. Choć katastrofy naturalne w Tajlandii nie są zjawiskiem nowym, tegoroczna powódź jest największą od dziesiątków lat. Będąc przyczyną do ogromnych strat materialnych i powodując śmierć ponad 400 osób, wywołała ogromną panikę wśród ludzi.

„Bangkok nie pierwszy raz zalewa woda”, tłumaczy Nuno, mieszkaniec Bangkoku. „Szczerze mówiąc – bywało gorzej. Jednak zdjęcia tego, co się dzieje w Ayuthaya (a wygląda to jak morze w środku kraju) wywołało atak paniki. Nigdy nie widziałem, żeby ludzie tak się zachowywali: półki w supermarketach opustoszały, samochody zaparkowano na drogach ekspresowych, wszędzie widać worki z piaskiem. Pamiętam momenty, kiedy poziom wody w Bangkoku był wyższy ale nigdy nie było takiego popłochu – zawsze wszystko kończyło się na zakłóceniach w ruchu” kontynuuje.

AYUTTHAYA

Fala powodziowa uderzyła w Ayutthaya we wrześniu zalewając prócz miasta – pobliskie obszary wiejskie i buddyjskie klasztory, w tym także te, które wpisane są na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Drogi wypełniła woda, uniemożliwiając komunikację w regionie. Ewakuowano szpitale i pagody. Mieszkańców poinstruowano , by jak najszybciej opuścili zagrożone tereny i znaleźli bezpieczne dla siebie schronienia. Świat obiegły także zdjęcia słoni walczących z żywiołem (w rejonie Ayutthaya znajduje się kilka farm z tymi zwierzętami). „Nasze słonie są bezpieczne ale ciężko jest zdobyć dla nich pożywienie. Są z nimi ich mahuts (właściciele). Niestety, niektórzy opiekunowie uciekli do Bangkoku w obawie przed powodzią, pozostawiając ich samym sobie. Może gdyby organizacja była lepsza, wszystko potoczyłoby się inaczej. Teraz, aby dotrzeć do słoniąt i ich matek, trzeba płynąć łódkami” tłumaczy Po, wolontariusz pracujący na jednej z farm.

Zwierzętom zawsze w takich sytuacjach jest ciężej, choć słonie są w Tajlandii otaczane niezwykłą opieką i troską. Jednak mija już drugi miesiąc a sytuacja wcale się nie poprawia. Do zalanych miejsc w rejonie Ayutthaya, gdzie wciąż przebywają ludzie, dostarczane są zapasy żywności. Dla ludności, która opuściła swoje miejsca zamieszkania otworzono stołówki. Na pomoc ruszyli też odziały wolontariuszy i opieka medyczna. Dziś szacuje się, że ponad 220 tys. mieszkańców zostało dotkniętych powodzią w tej tylko prowincji, która w efekcie zniszczeń nazwana została strefą katastrofy (disaser zone).

BANGKOK

Jeszcze rok temu Bangkok zmagał się ze szkodami powstałymi podczas manifestacji Czerwonych Koszul a już niebawem będzie musiał stawić czoła zniszczeniom wyrządzonym przez powódź. Powstałe podczas tłumienia protestów w 2010 roku straty materialne wyniosły 4,6 mld dolarów. Wywołany w trakcie zamieszek ogień zajął ponad 30 obiektów, w tym takie miejsca jak: banki, centra handlowe jak Central World, Siam World, stacje BTS (podniebnego pociągu) – Chidlom, budynek telewizji Channel 3 i inne. Większość z dotkniętych zniszczeniami miejsc znajdowało się w znanych dzielnicach turystyczno-biznesowych. Tegoroczna powódź wywoła kolejną lawinę kosztów. Mimo, iż na początku zagrożonych było 19 dzielnic stolicy (w kilku zarządzono ewakuację), to z czasem przyszłość i pozostałych stanęła pod znakiem zapytania.

Nim pierwsza fala sięgnęła Bangkoku, jego mieszkańcy już skarżyli się na nieprawidłową komunikację ze strony rządu. Ciągły napływ bardzo różnych informacji opisujących faktyczną sytuację i realne zagrożenia związane z powodzią, w efekcie nie pomagały a dezinformowały ludność. Rząd raz podawał, że uda się poprowadzić wodę kanałami na obrzeżach miasta tak, by ominęła centrum stolicy, a raz, że plan ten nie będzie mógł być zrealizowany i należy przygotowywać się na najgorsze.

Meteorolodzy od dawna uprzedzali, że Bangkok powinien usprawnić system przeciwpowodziowy. Odpowiedzialność za fatalną sytuację w tajskiej stolicy, zrzuca się także na obecne zmiany polityczne. Od lat pogrążona w kryzysie politycznym Tajlandia, w demokratycznych wyborach w czerwcu br. zadecydowała o zmianie przywództwa w parlamencie. Nowy rząd i przewodnicząca mu patria Pheu Thai, związana z ruchem Czerwonych Koszul (inaczej UDD, których manifestacje zostały krwawo stłumione w 2010 roku), już w pierwszych miesiącach swojej kadencji musi stawiać czoła tak ciężkiej sytuacji. Wszyscy zdają sobie sprawę, że przeprowadzenie kraju przez ten trudny okres jest dla nich poważnym sprawdzianem. Jednak mimo ogromnego stresu związanego z powodzią, nie braknie ciągłych przepychanek i porównań z opozycją (partią PAD). Często słyszy się słowa krytyki adresowane do Premier Yingluck Shinawatry i poddaje się pod wątpliwość jej umiejętności organizacyjne.

„To najgorsze powodzie od kilkudziesięciu lat. Żaden rząd nie mógłby być dobrze przygotowany na radzenie sobie z tak chaotyczną sytuacją. Wydaje mi się, że robią wszystko, co jest w ich mocy. Działania rządu oceniłbym na 7 w 10-cio stopniowej skali”, ocenia Nuno i opisuje jak wyglądały poszczególne etapy podejmowania decyzji i gdzie, według niego popełniono błędy: „W pierwszym etapie, czyli w pierwszych 2-3 dniach, dało się odczuć brak przywództwa w działaniach. Reakcje strony rządowej nie były do końca adekwatne. Drugi etap polegał na skoordynowaniu wysiłków rządu. Tu trzeba przyznać, że bardzo dobrze zaangażowano siły zbrojne w walkę z żywiołem oraz odmówiono (i słusznie) nałożenia Wewnętrznego Aktu o Bezpieczeństwie [Security Act, przyp.]. Wtedy też, może trochę naiwnie wierzono, że można było zapanować nad żywiołem, tzn. przepuścić wodę tak, by przeszła po obrzeżach Bangkoku. Trzeci etap zaczął się w momencie, gdy rząd uświadomił sobie rzeczywistą sytuację . Zdano sobie sprawę, że wody nie da się tak łatwo przekierować do morza, i nie uniknie się wywołania zamieszania w stolicy. Przyznaję, to był czas, kiedy komunikacja między rządem a mieszkańcami nie była najlepsza. Do tego wydarzenia z fazy drugiej, w której „wody były większe niż decyzje”, przyczyniły się do histerii w mieście”, tłumaczy.

Oglądając jednak siłę żywiołu, który zdążył wyrządzić już tak wiele szkód, ciężko było o złudzenia. Tłumy przedzierające się przez wodę w poszukiwaniu suchego schronienia, zagubione dzieci, wystające ponad poziom wód dachy domów czy przeładowane uciekającymi ludźmi łodzie to codzienny obraz relacji z zalanych terenów. Nic dziwnego, że pojawiające się w prasie i telewizji informacje działały wyobraźnie tych, do których powódź miała dopiero dotrzeć.

Fanh mieszka w Bangkoku w okolicach Uniwersytetu Ramkhamhaeng, gdzie, jak mówi „woda jeszcze nie dotarła”: „Spodziewamy się, że woda dotrze tu w przeciągu dwóch tygodni. Choć wciąż jesteśmy bezpiecznym miejscu to jednak cierpimy z powodu dezinformacji – cały czas oglądamy wiadomości, ale tego jest tak wiele… Treści komunikatów są często bardzo różne i w końcu nie wiemy, które z nich są prawdziwe. Na domiar złego, wśród ludzi krążą najróżniejsze plotki. Taka sytuacja jest dla nas bardzo stresująca, bo nie wiemy czego mamy się spodziewać. Moja mama wydała już ponad 50 tys. batów [ok. 5 tys. zł, przyp.] na to, by zabezpieczyć się przed ewentualną powodzią – za tą kwotę kupiliśmy worki z piaskiem i pompy wodne.”

Jak widać przewidywania mieszkańców Bangkoku zdecydowanie różnią się od siebie. Jedni planują opuszczać miasto (jeśli jeszcze tego nie zrobili), inni liczą na szybkie zakończenie: „Teraz wody się oddalają i prawdopodobnie w przeciągu nie więcej niż jednego tygodnia większość z nich przejdzie przez stolicę i dotrze do zatoki”, twierdzi Nuno, podczas gdy Fanh przygotowuje się z rodziną na nową falę w nachodzących tygodniach. Z informacji jakie otrzymuje Po wynika, że „jeszcze 6 tygodni nim wszystko wróci do normy” i z ironią życzy wszystkim „Wesołych Świąt!”

TAJLANDIA

Zachowania ludności wydają się być uwarunkowane posiadanym majątkiem. „Reakcja mieszkańców Bangkoku była zupełnie odmienna niż ludzi z innych części kraju. Bogate społeczeństwo miejskie panikuje w obawie przed utratą swojego dorobku, np.: samochodów. Z tego powodu podwyższone autostrady i drogi ekspresowe, mimo ostrzeżeń, stały się miejscami parkingowymi. W tym samym czasie biedni ludzie w pozostałych częściach kraju nadal żyją wśród wody na wysokości ramion” tłumaczy Nuno.

Do dziś 60 z 77 prowincji Tajlandii zostało dotkniętych przez żywioł. Ponad 20 z nich wciąż jest zalana przez powódź. W innych częściach kraju, ludzie przede wszystkim martwią się o przetrwanie – własne życie, wodę pitną i jedzenie. „Najgorsze były wydarzenia w wyższych partiach kraju, gdy wody wdzierały się do domów. Ich siła była tak ogromna, że to ona właśnie stała się przyczyną śmierci około 400 osób. Władze zostały zaskoczone tak samo jak i cała populacja – nikt nie był na to przygotowany i dlatego sytuacja stała się tak dramatyczna”, kontynuuje Nuno.

W wielu miejscach powstały obozy dla „uchodźców powodzi” czyli miejsca, do których przybywają ci, którzy stracili swoje domy. Tam organizuje się dowozy żywności i, w miarę możliwości, innych, równie potrzebnych rzeczy jak chociażby koce. Ci, którzy mogą dołączają do grup wolontariuszy – rozwożą kapoki i wodę pitną, udzielają pierwszej pomocy poszkodowanym. Do tej pory około 2 milionów ludzi doznało urazów wskutek walki z powodzią. Media społecznościowe wrą od ciągłych informacji gdzie i jaką pomoc można uzyskać. Informują o punktach oddawania krwi i numerach gorących linii. Trzeba przyznać, że mobilizacja internautów jest zdumiewająca – co kilka minut pojawiają się nowe informacje. W natłoku informacji łatwo się więc pogubić ale wszystko to, choć chaotyczne, robione jest w dobrej wierze.

STRATY

Tegoroczna powódź znacznie zachwiała tajską gospodarką. Ucierpiały duże fabryki jak Honda czy Sony. Pierwsza z nich zamknęła już dwie z trzech fabryk na terenie Tajlandii, co spowodowało opóźnienie we wprowadzaniu nowych artykułów na rynek. Przedstawiciele firmy wciąż nie wiedzą, jak szybko zakłady produkcyjne wrócą do dawnej formy. Honda natomiast zmuszana jest do stopniowego spowalniania wydajności, ze względu na opóźnienia w dostawach części z jej azjatyckich podzespołów. Powódź rujnuje także rolnictwo. Do tej pory około 1.7 mln ha pól ryżowych zostało zalanych (jak podaje Ministerstwo Rolnictwa). W efekcie zniszczeń bilans prognozowany, który wynosił na ten rok 3,6 mln ton, może spaść do zera a nawet zakończyć się niewielkim deficytem. Ryż stanowi podstawę żywieniową ponad połowy ludności świata a Tajlandia, obok Wietnamu, jest jego głównym eksporterem azjatyckim na rynek światowy. W konsekwencji katastrofy naturalnej jaka dotknęła Azję Południowo-wschodnią, spodziewany jest nawet wzrost jego cen.

„Rząd poczynił starania mające na celu utrzymanie wód poza parkami przemysłowymi. Niestety nastał moment, kiedy trzeba było pozwolić wodzie przez nie przejść, co spowodowało ogromne szkody w tajskiej gospodarce. Złe zarządzanie dwoma dużymi zaporami na północy kraju przyczyniły się do tego, że powódź osiągnęła 100% swojej pojemności (a zamiast tego należało powoli uwalniać wodę aż do kwietnia/maja). W konsekwencji miliardy metrów sześciennych wody zostały wpuszczone do i tak już zalanych dolin.” tłumaczy Nuno.

Władze i społeczeństwo Tajlandii zdają sobie sprawę, że życie musi jak najszybciej powrócić do normalnego tempa – trzeba postawić zniszczoną gospodarkę na nogi. Wszyscy zastanawiają się, kto będzie w stanie pokryć koszty dokonanych przez powódź zniszczeń. Do tej pory rząd przedstawił budżet awaryjny dla każdej prowincji, który będzie wynosił od 50 do 100 mln batów. Dotacji spodziewać się mogą też rolnicy, którzy utracili całą swoją produkcję. Pod znakiem zapytania, jak twierdzi Nuno, stoją jednak firmy japońskie:

„Mam wątpliwości, czy większość japońskich firm, które po raz drugi w tym roku mają zakłócenia dostaw, będą w stanie prędko naprawić szkody i ponowie uruchomiać miejsca pracy. To dla Tajlandii jest teraz najważniejsze. Przemysł krajowy musi zacząć normalnie funkcjonować tak szybko jak to możliwe, ponieważ to pozwoli pracownikom wrócić do ich normalnego życia czyli do ponownego otrzymywania pensji. Istnieje wiele firm, które rekompensują pracowników, których domy i majątki zostały zniszczone. Działa to bardzo sprawnie.”

Sprawy dotyczące pomocy humanitarnej jest zwykle przekazywane są za pośrednictwem Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca, ponieważ są to najlepiej zorganizowane i najefektywniejsze w działaniach organizacje w rejonie. Podstawowy sprzęt medyczny, racje żywnościowe, koce i namioty są na bieżąco dostarczane. Dodatkowo zobowiązano się do zebrania funduszu, który wspomoże poszkodowanych.

AZJA POŁ.-WSCH.

Kiedy Tajowie zbierają siły w walce o Bangkok, pozostałe kraje Azji Południowo-wschodniej liczą już straty. W Laosie, Kambodży, Wietnamie i Birmie kwoty te wyniosą miliardy dolarów. Dodatkowo wszyscy odczują obniżenie wydajności produkcji krajowych, wynikającej przede wszystkim z zalania upraw ryżowych. Tegoroczna powódź jest najgorszą katastrofą od lat w tym regionie Azji. W falach żywiołu do tej pory zginęło około tysiąca osób (wliczając także Filipiny), z czego szacuje się, że 200 to dzieci, które utopiły się bo nie potrafiły pływać. Żeby tego było mało, meteorolodzy uprzedzają – takie powodzie mogą powtórzyć się w przyszłości.

Autorka: Magdalena Chodownik

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Chodownik: Tajlandia tonie w chaosie Reviewed by on 20 listopada 2011 .

Kiedy pierwsza fala powodziowa miała dotrzeć do Bangkoku, jego mieszkańcy wpadli w popłoch. To ponad 10-cio milionowe miasto, będące nie tylko stolicą polityczną ale i ekonomiczną Tajlandii, stanęło w obliczu kolejnego kryzysu. Na wyobraźnię ludności najbardziej działały zdjęcia pogrążonych w wodzie pagód w Ayutthaya, położonej zaledwie 80 km od Bangkoku. Wiedziano, że zalanie stolicy było

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź