Artykuły,Tajlandia news

M. Chodownik: Jeśli chodzi o demokrację, to chodzi o pieniądze

Kiedy media we Francji raz po raz wywoływały skandale wokół Carli Bruni, były francuski prezydent Nicolas Sarkozy – w chaosie plotek i zainteresowania jego życiem prywatnym – często zwykł podejmować z rządem kontrowersyjne dla kraju decyzje. Natomiast kiedy w Tajlandii politycy głośno skandują słowo „demokracja”, wtedy najczęściej chodzi o pieniądze i wpływy. Zagrywki polityków mają swój kod, którego z czasem uczymy się czytać. Szczęśliwie Tajowie dają dość jasne wskazówki. Oba kraje łączy jeszcze jedna wspólna cecha – zamiłowanie do protestów.

red_thai_protests

Protesty na ulicach Bangkoku we wrześniu 2010 r.; źródło: commons.wikimedia.org


Projekt amnestia. Projekt protest

Zajęcia stanowiska w sprawie Thaksina Shinawatry – obalonego w 2006 roku premiera Tajlandii oraz skazanego za korupcję w 2008 roku brata rządzącej premier – ze strony rządu spodziewali się wszyscy, od momentu objęcia przez Yingluck Shinawatrę władzy. Jednak po przeszło dwóch latach dość sprawnego politykowania nikt nie przewidział, że zrobią to w tak niezręczny sposób: zgłoszeniem projektu amnestyjnego, który umożliwiłby Thaksinowi powrót do kraju oraz próbą uchronienia brata pani premier przed procesem w sądzie. W pogrążonej w uśpionym kryzysie politycznym Tajlandii ciężko o większą wpadkę.

Na reakcję opozycji nie trzeba było długo czekać – na ulicach szybko pojawili się ludzie, organizując coraz to większe protesty, kwestionując demokratyczność władzy i żądając rozwiązania rządu (to postulat towarzyszący niemalże wszystkim manifestacjom w Tajlandii). W poniedziałek natomiast na ulicę wyszły już dziesiątki tysięcy, a w ramach demonstracji niezadowolenia zajęli najpierw budynek Ministerstwa Finansów, a potem kolejno inne.

Uśpiony konflikt

Rząd Yingluck Shinawatry swoimi decyzjami nie tylko przekroczył granice zwykłej przyzwoitości, ale i złamał pewną, niepisaną umowę, która pozwoliła uśpić polityczny konflikt – nazwijmy to – o nieporuszaniu tematu Thaksina.

Thaksin Shinawatra wzbudza w Tajlandii skrajne uczucia – dosłownie od miłości po nienawiść. Wielu reaguje na niego jak na przysłowiową płachtę na byka i nie tylko dlatego, że ta jest czerwona. Wynika to z trwającego od lat kryzysu politycznego, którego stał się on twarzą. Społeczeństwo tajskie jest tym sporem przemęczone, a więc także i samą osobą Thaksina. Polityka nie lubi dwór królewski i związane z nim stare elity, za to uwielbiają nowobogaccy, którzy przy byłym premierze mogli się bogacić (może lepiej – razem z nim, bo zanim Shinawatra stał się miliarderem, był policjantem).

W momencie objęcia władzy Yingluck Shinawatra stała się nową twarzą zarówno rządu, jak i Czerwonych Koszul, środowiska popierającego Thaksina. Została symbolem pewnych wartości i poglądów, które jej brat reprezentował, ale w nowej, świeżej odsłonie – jej twarz nie była jeszcze znana i nie wzbudzała tylu kontrowersji. Zabieg ten, wydawałoby się, zaakceptowano po obydwu stronach – Czerwone Koszule szybko uznały ją za nowego lidera, a będące w opozycji Żółte Koszule, zdawały się ją tolerować. Ten prosty zabieg zadziałał kojąco na opozycję, bo jak mówi przysłowie: „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”.

Walka klas

Ponowne przywołanie Thaksina obudziło stary konflikt, którego sedno tkwi nie w dążeniu do osiągnięcia demokracji idealnej, a jest walką o wpływy – walką dwóch finansowych elit.

Za hasłami „Czerwone Koszule” i „Żółte Koszule” kryją się nie tylko kolejno wieś i miasto, czy rolnicy i inteligencja, jak zwykło się upraszczać, ale przede wszystkim elity finansowe. To one spierają się między sobą o władzę i kierują ruchami. Po jednej stronie stoją wcześniej wspomniani nowobogaccy, a po drugiej stare elity związane z dworem królewskim. Ten właśnie konflikt interesów doprowadził w 2006 roku do przewrotu, w którym od władzy odsunięto Thaksina Shinawatrę – niezwykle popularnego i „nowo wzbogaconego” ówczesnego premiera, który ośmielił się naruszyć stare układy.

Powrót Thaksina Shinawatry do kraju byłby ponownym zagrożeniem dla tychże układów i do tego właśnie za wszelką cenę nie chce dopuścić protestująca opozycja.

Walka o pieniądze

Od lat wszystkie działania towarzyszące protestom uderzać mają bezpośrednio w finanse – nie bez powodu w tym roku jako pierwszy zajęty został budynek Ministerstwa Finansów, nie bez powodu manifestacje w 2010 roku po miesiącu protestów zostały przeniesione do dzielnicy biznesowej, nie bez powodu spalono tamtejsze centra handlowe, nie bez powodu zajęto lotnisko w Bangkoku, najbardziej popularne z całego regionu (Tajlandia jest nie tylko celem samym w sobie, ale i rewelacyjnym punktem tranzytowym)… by wymienić kilka z nich.

Osoby kierujące protestami dają jasne sygnały o co w tej walce o demokrację chodzi – jeśli chodzi o demokrację, to chodzi o pieniądze.

Same same

Na ring polityczny wraca nie tylko znana twarz Thaksina Shinawatry (która nigdy z niego nie zeszła, a była jedynie mniej widoczna). Smaku tegorocznym protestom dodaje osoba, która stanęła na ich czele – Suthep Thaugsuban. Żeby zrozumieć paradoks człowieka, który prowadzi protestem wymierzonym w skorumpowanego i niedemokratycznego byłego premiera oraz głośno wzywa do sprawiedliwości, trzeba przyjrzeć się jego spektakularnej karierze politycznej.

Suthep Thaugsuban był w latach 90. ministrem rolnictwa, który zasłynął z nadużywania władzy i ulegania korupcji – przyznawał ziemie bogatym. Później, w 2009 roku, został pozbawiony miejsca w parlamencie, ponieważ złamał konstytucję – miał udziały w firmie medialnej, posiadającej koncesje rządową. W dodatku, na nieszczęście, we wtorek (26.11) sąd wydał nakaz aresztowania Suthepa w związku z zajęciem budynków ministerstw.

Nowa-stara twarz opozycji nie pozostawia złudzeń co do ich przejrzystości i budzi raczej wątpliwości, aniżeli poparcie (podobnie zresztą jak rządowy projekt amnestyjny).

Pierwsze podejście

Pierwsza próba ściągnięcia Thaksina do kraju nie dość, że zakończyła się porażką, to jeszcze mocno nadwyrężyła zaufanie rządu i przywołała stare niepokoje. Z drugiej strony same protesty to dość nieudana dla opozycji próba sił, w której po raz kolejny zdradzili prawdziwą twarz konfliktu.

Do tej pory za sukces rządzących uważano złagodzenie kryzysu i osiągnięcie pewnej stabilizacji. Wszystko to de facto okazało się tylko czujnie spać. Ale do końca kadencji Yingluck Shinawatra pozostało jeszcze kilka miesięcy, więc jest czas, by opracować inną, miejmy nadzieję lepszą strategię, bo tego, że ponowne próby zostaną podjęte, raczej możemy być pewni.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Chodownik: Jeśli chodzi o demokrację, to chodzi o pieniądze Reviewed by on 29 listopada 2013 .

Kiedy media we Francji raz po raz wywoływały skandale wokół Carli Bruni, były francuski prezydent Nicolas Sarkozy – w chaosie plotek i zainteresowania jego życiem prywatnym – często zwykł podejmować z rządem kontrowersyjne dla kraju decyzje. Natomiast kiedy w Tajlandii politycy głośno skandują słowo „demokracja”, wtedy najczęściej chodzi o pieniądze i wpływy. Zagrywki polityków mają

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 2

  • Bardzo ciekawa analiza. Wszyscy moi znajomi Tajowie byli przeciwko Thaksinowi, więc wygląda na to, że tajscy „młodzi wykształceni z wielkich miast” to w większości żółte koszule. Dość często powoływali się na argument, że „ogłupiona biedota” została przez czerwonych po prostu przekupiona i stąd zwycięstwa w wyborach. Ja tam nie wiem, ale ubóstwo skontrastowane z rozbijającymi się Rolls Roysami członkami królewskiego establiszmentu mogło ludziom działać na nerwy – bo choć sam król jest nie do ruszenia, to jego protegowani już niekoniecznie.

  • Jeśli chodzi o komunizm to chodzi o wyzysk, zło, niesprawiedliwość, korupcję i PIENIĄDZE.

Pozostaw odpowiedź