BLOGOSFERA

„Los Angeles Tmes”: Uciec z Korei Północnej

459px-Un-north-koreaAkcja przygotowana przez organizacje obrony praw człowieka miała zwrócić uwagę świata na dramat Koreańczyków z Północy; omal nie zakończyła się tragicznie.

78-letni wietnamski emeryt Kim Sang-hu miał sprawdzić, jak chronione są ambasady poszczególnych krajów w Hanoi, stolicy Wietnamu. Kiedy przyglądał się budynkom, ogarnęło go zwątpienie. Z pewnością nie był Jamesem Bondem, czemu więc bawił się w szpiegowanie?
Było jednak za późno, żeby wycofać się z gry. W pobliskich kryjówkach czekało dziewięciu uciekinierów z Korei Północnej, którym Kim Sang-hun pomógł przedostać się z Chin do Wietnamu. Był wśród nich młody lekarz z żoną, matka z córką i kobieta, która wcześniej została sprzedana sutenerom w Pekinie.

Kilka dni wcześniej Kim otrzymał druzgocącą wiadomość. Pięciu innych uciekinierów, którzy mieli wziąć udział we wrześniowej akcji, w tym kobieta z sześcioletnim synem, zostało złapanych przez chińską straż graniczną podczas próby przedostania się do Hanoi. – Już prawie dotarli do celu – opowiada. – Niestety, zostali odesłani z powrotem do Korei Północnej, gdzie niechybnie czeka ich więzienie albo śmierć. Jak o tym usłyszałem, pomyślałem, że sam wolałbym nie żyć.

Kim czuł się odpowiedzialny za los uciekinierów, którzy długie miesiące żyli w ciągłym strachu, że zostaną złapani przez chińskich urzędników i odesłani do Korei Północnej. W Hanoi emerytowany Wietnamczyk miał do wypełnienia jedno zadanie. Musiał znaleźć odpowiednią ambasadę – z dala od ruchliwej ulicy i czujnego spojrzenia wietnamskiej tajnej policji – do której mógłby zaprowadzić zbiegów. Już na terenie placówki dyplomatycznej uciekinierzy mogliby poprosić o azyl.

Tak przynajmniej wyglądał plan, zanim Kim i dwóch jego współpracowników dowiedziało się o aresztowaniu piątki uciekinierów. Postanowili się spotkać, żeby omówić dalsze kroki. Czy powinni kontynuować zaplanowaną akcję z udziałem pozostałej dziewiątki zbiegów? A może manewr z ambasadą  stał się zbyt ryzykowny? (…) Ostatecznie podzielili się swoimi wątpliwościami z grupą uciekinierów. – Powiedzieliśmy im, jaki mamy plan. Muszą się zdecydować, czy są gotowi podjąć ryzyko – opowiada Kim.

Większość uciekinierów z Korei Północnej przedostaje się przez nieszczelną granicę do Chin. Niestety nie jest to jeszcze koniec ich podróży do wolności. Chińska tajna policja tylko czeka, aby ich złapać i odstawić z powrotem do Korei Północnej. Większość uchodźców mieszka w kryjówkach, pracuje nielegalnie i z trudem wiąże koniec z końcem, czekając na moment, w którym będą mogli opuścić Chiny. Dobrze wiedzą, że w każdej chwili mogą stanąć twarzą w twarz z chińskim urzędnikiem.


– Boją się, że zostaną zatrzymani i urzędnik zada im pytanie po chińsku, którego nie zrozumieją – mówi Tim Peters, założyciel organizacji Helping Hands Korea i uczestnik wrześniowej operacji. – Funkcjonariusze mogą pojawić się w pociągu, na ulicy, na trasie pomiędzy kryjówkami. Wielu Koreańczyków z Północy jest niższego wzrostu niż Chińczycy, a poza tym policjanci potrafią wyczuć strach – tłumaczy Peters.

Nikt dokładnie nie wie, ilu ludzi próbuje co roku uciec z Korei Północnej. Nie wiadomo także, ile osób zostało złapanych podczas takiej próby. Można jedynie przypuszczać, że liczba ucieczek zmienia się wraz z sytuacją polityczną i ekonomiczną w kraju. Uchodźcy uciekają przede wszystkim przed powszechnym głodem i brutalnym reżimem północnokoreańskich władz.

Władze Korei Południowej szacują, że od lat 50. XX wieku prawie 20 tysięcy Koreańczyków z Północy przeniosło się na Południe, z tego większość podczas ostatniej dekady.

Jak donosi seulski dziennik „Chosun Ilbo” władze Korei Północnej niedawno zaostrzyły represje wobec uciekinierów i powiększyły obóz koncentracyjny Chongori, znany z okrutnych warunków i wysokiej śmiertelności. Aktywiści cały czas próbują zwiększyć liczbę dróg ucieczki. – Znalezienie nowych szlaków ma znaczenie strategiczne – mówi Peters. – Potrzebne są nie tylko nowe kanały przerzutowe, ale również bezpieczne kryjówki i państwa, przez które uciekinierzy mogliby dostać się do celu.

Aktywiści twierdzą, że Wietnam stał się obojętny na los uchodźców po akcji z 2004 roku, kiedy to Korea Południowa ewakuowała samolotem 468 uciekinierów z terenu swojej ambasady w Hanoi. Od tego czasu wietnamski rząd próbuje naprawić swoje relacje z Koreą Północną, i – jak twierdzi Kim – odmawia przyjmowania zbiegów. Południowokoreańscy dyplomaci odmówili komentarza na ten temat. Z kolei rzecznik ambasady Wietnamu w Seulu zaprzeczył, jakoby jego kraj nie przyjmował uchodźców.

Żeby zwrócić uwagę opinii publicznej na „polityczny opór” obydwu państw, działacze z Helping Hands Korea postanowili nagłośnić przypadek takiej ucieczki. Przez kilka długich miesięcy szukali w Chinach „odpowiednich” zbiegów. W końcu znaleźli czternastkę, która była zdecydowana podjąć ryzyko.

W Hanoi już na początku akcja wymknęła się spod kontroli. Wybór padł na ambasadę Danii, która mieści się w budynku bez wysokich płotów i bram, a ochrona często zajmuje się gośćmi lub klientami. Tym razem działacze zrezygnowali z bezpośredniego szturmu, taktyki, z której wcześniej korzystał Kim. Postanowili, że uciekinierzy wejdą do budynku udając turystów. Pierwszy do budynku wkroczył Peters. Chwilę później Peter Chung, szef ugrupowania Justice for North Korea, udając przewodnika wprowadził do środka całą grupę.

Plan zakładał, że jak tylko uciekinierzy będą w środku, Chung jak najszybciej opuści ambasadę. Pozostając tam mógłby ryzykować zatrzymanie przez Wietnamczyków pod zarzutem handlu ludźmi i udzielania pomocy nielegalnym imigrantom. Do okienka urzędników miał podejść lekarz i przez szybę pancerną miał im pokazać kartkę z prośbą o udzielenie grupie pomocy.

„Nasza sytuacja jest beznadziejna. Żyjemy w takim strachu przed prześladowaniem w Korei Północnej, że zdecydowaliśmy się zaryzykować nasze życie dla wolności, zamiast biernie czekać na śmierć” – głosiła napisana po angielsku notatka. „Jedyne co nam pozostaje, to na kolanach błagać was o pomoc”.

Niestety, już w ambasadzie lekarz stracił zimną krew. Do akcji musiał wkroczyć Chung. – Byłem bardzo zdenerwowany – wspomina 42-letni mężczyzna, który na przełomie 2003 i 2004 spędził rok w areszcie w Chinach za udzielanie pomocy uciekinierom z Korei Północnej. Chung zadzwonił do urzędników z ambasady Korei Południowej, którzy obiecali pomoc pod warunkiem, że aktywiści utrzymają cały incydent w tajemnicy. Potem zwrócił się do Duńczyków, którzy początkowo odmówili pomocy. Chung był jednak uparty: –To są uchodźcy. Mają prawo do ochrony.

Kilka godzin później, kiedy pomoc z ambasady Korei Południowej nie nadchodziła, Duńczycy ustąpili, prosząc uprzednio Chunga o podanie im danych ze swojego paszportu. Ambasador Danii w Hanoi odmówił komentarza na temat tego wydarzenia.

Po tej operacji Chung pojechał na lotnisko, gdzie został zatrzymany przez wietnamską policję i trafił do aresztu na dwa tygodnie. Ostatecznie nie postawiono mu żadnych zarzutów. Grupa uciekinierów spędziła prawie miesiąc w namiotach na terenie ambasady Danii. Dziewięć osób już jest w Korei Południowej. Działacze martwią się o los pozostałej piątki.

Artykuł ukazał się na portalu onet.pl. Jego autorem jest John M. Glionna.
Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Los Angeles Tmes”: Uciec z Korei Północnej Reviewed by on 2 grudnia 2009 .

Akcja przygotowana przez organizacje obrony praw człowieka miała zwrócić uwagę świata na dramat Koreańczyków z Północy; omal nie zakończyła się tragicznie. 78-letni wietnamski emeryt Kim Sang-hu miał sprawdzić, jak chronione są ambasady poszczególnych krajów w Hanoi, stolicy Wietnamu. Kiedy przyglądał się budynkom, ogarnęło go zwątpienie. Z pewnością nie był Jamesem Bondem, czemu więc bawił się

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź