BLOGOSFERA

„Los Angeles Times”: Nispokojne południe Tajlandii

341px-Thailand_Pattani_locator_map.svgKilka tysięcy ofiar pochłonął w ostatnich latach konflikt między rządowymi siłami a muzułmańskimi bojownikami, walczącymi o oderwanie prowincji Pattani od Tajlandii

Jak dotąd rebelianci z południa nie uderzyli w Bangkoku ani żadnym z turystycznych kurortów, obserwatorzy ostrzegają jednak, że mają oni powiązania z organizacją odpowiedzialną za zamach na Bali z 2002 roku.

Dul Nasir Hama siedzi na drewnianej werandzie swego domu. Uśmiecha się serdecznie do synka bawiącego się przy jego nogach. – Ci, którzy studiują Koran, są automatycznie podejrzani – skarży się islamski nauczyciel. Zapewnia przy tym, że nie jest terrorystą, a jego uczniowie nie biorą udziału w powstaniu.

W czasie, kiedy to mówi, patrol żołnierzy okrąża teren jego madrasy w prowincji Pattani na południu Tajlandii. Rejon ten od dawna jest areną brutalnych starć między malajskimi muzułmanami a tajskimi buddystami. – Do mnie boją się przyjść. Myślą, że rzucę na nich urok – stwierdza mężczyzna.

Władze Tajlandii postrzegają sieć muzułmańskich szkół religijnych na południu kraju jako główne źródło rekrutów biorących udział w powstaniu. Walki pochłonęły w ciągu ostatnich sześciu lat ponad 4 tysiące ofiar śmiertelnych. Buntownicy domagają się własnego państwa.

Jak wynika z danych działającej w prowincji Pattani organizacji Deep South Watch, każdego miesiąca dochodzi w tym rejonie do około 100 ataków o podłożu religijnym. W 2007 roku, w okresie największych napięć, było ich około 200 miesięcznie. W ubiegły czwartek sześciu buddyjskich wieśniaków z prowincji Narathiwat wpadło w zasadzkę. Dziesięciu policjantów i żołnierzy jadących na miejsce strzelaniny zostało rannych w wybuchu przydrożnej bomby.

– Uważa się, że mamy tu do czynienia z trzecią pod względem intensywności rewoltą muzułmańską, po afgańsko-pakistańskiej i irackiej – mówi Benjamin Zawacki z Amnesty International. Organizacja ta potępia przypadki naruszania praw człowieka po obu stronach konfliktu.

W ramach tłumienia powstania tajlandzka armia nadała większe uprawnienia lokalnym siłom obronnym i paramilitarnym Jednak wielu z żołnierzy tych sił jest źle wyszkolonych, co zdaniem krytyków dodatkowo zaostrza sytuację w spornych prowincjach zamieszkałych przez malajskojęzyczną większość muzułmańską.

52-letni Apiyud Rattanapinyo jest właścicielem obskurnej restauracji, a zarazem funkcjonariuszem lokalnej milicji. Miasto Tan Yong Mas, w którym mieszka, jest otoczone posterunkami wojskowymi. Rattanapinyo popisuje się swoim arsenałem broni: w ciężarówce ma dwa karabiny, u pasa pistolet magnum, a do tego jeszcze cztery amulety na szyi. – Islamscy nauczyciele twierdzą, że nie uczestniczą w konflikcie, ale wielu z nich kłamie – uważa tajski buddysta. – Bojownicy boją się takich ludzi jak ja, bo do nich strzelam – dodaje.

Ten samozwańczy obrońca tradycyjnych wartości narodowych uważa, że rozwiązaniem sporu byłoby zmuszenie islamskich szkół do tego, by uczyły tajskiego języka i kultury. – To jest Tajlandia. Jeśli oni nie będą zadzierać z moją ojczyzną, ja nie będę zadzierał z nimi – tłumaczy mężczyzna.

Powstańcy wolą nie pokazywać swoich arsenałów. Działają z ukrycia. Zdaniem ekspertów ds. bezpieczeństwa w około 90 proc. wiosek na spornych terenach istnieją tajne komórki bojowe.

Wiele wskazuje na to, że bojownicy mają kontakty z południowoazjatycką organizacją Dżama Islamija, powiązaną z zamachem na klub nocny na Bali w 2002 roku (w czasie tamtego ataku zginęły 202 osoby). Jednak siła tych powiązań jest dyskusyjna, a rebelianci nie zaatakowali dotąd Bangkoku czy kurortów  wypoczynkowych – prawdopodobnie dlatego, że nie chcą przyciągać uwagi międzynarodowej opinii publicznej.

W ostatnich latach dzięki zmianie taktyki wojskowej i lepszym działaniom wywiadowczym udało się zredukować liczbę dokonywanych ataków. Spośród ponad 4 tysięcy zabitych od 2004 roku połowę stanowią malajscy muzułmanie, a połowę tajscy buddyści.

Każda strona konfliktu ma w nim swój interes, co sprawia, że przełamanie impasu staje się jeszcze trudniejsze. Na szybkim zakończeniu sporu nie zależy z pewnością tajlandzkiej armii, której budżet znacznie wzrósł w ostatnim czasie. – To, że konflikt nie zmierza do rozwiązania, nie przynosi żadnego uszczerbku na karierze wielu wojskowych. Stan kont też się zgadza – tłumaczy Anthony Davis, analityk pisma „Defense Weekly”.

Wielu miejscowych malajskich muzułmanów uważa, że Bangkok usiłuje ich wyeliminować. – Każdy, kto odważy się mówić, jest traktowany jako rebeliant – mówi Dul Nasir Hama. – Nasz głos trafia w próżnię.

W sąsiedniej madrasie 125 chłopców w podkoszulkach i sarongach wstaje o świcie, by rozpocząć codzienne zajęcia – od 12 do 14 godzin studiowania Koranu.

Tajscy buddyści często skazują sporne prowincje na straty jako obszary zdominowane przez przemoc i narkotyki. Wzajemny brak zaufania pogłębiają mity, uprzedzenia i chęć odwetu.

Południowa Tajlandia była kiedyś odrębnym królestwem, zaanektowanym w 1902 roku przez Syjam (dzisiejszą Tajlandię). Wzorem dla tutejszych bojowników stał się nacjonalista Haji Sulong Toemeena, który w latach 40. i 50. ubiegłego wieku nawoływał do kulturowej i językowej autonomii. Człowiek ten zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Według niektórych relacji został  utopiony przez tajlandzką policję.

W kolejnych dekadach powstanie nasilało się i zanikało, podobnie jak reakcje Bangkoku. Około 2001 roku władzę w ruchu przejęło młode, bardziej radykalne pokolenie bojowników. Wśród ich ofiar są funkcjonariusze policji i żołnierze, a także tajscy nauczyciele, będący  stosunkowo łatwym celem, oraz muzułmanie uważani za kolaborantów.

Władze Tajlandii organizowały liczne kampanie, które miały prowadzić do uspokojenia nastrojów. Starania te były jednak co pewien czas przerywane przez działania siłowe, m.in. śmiertelne postrzelenie sześciu demonstrantów, uduszenie 78 więźniów w 2004 roku czy „wojna z narkotykami”, w czasie której zabijano młodych muzułmanów bez wyroku. Tajlandzcy urzędnicy nie usłyszeli żadnych zarzutów w związku z tymi incydentami.

Artykuł ukazał się na portalu Onet.pl. Jego autorem jest Mark Magnier.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Los Angeles Times”: Nispokojne południe Tajlandii Reviewed by on 10 kwietnia 2010 .

Kilka tysięcy ofiar pochłonął w ostatnich latach konflikt między rządowymi siłami a muzułmańskimi bojownikami, walczącymi o oderwanie prowincji Pattani od Tajlandii Jak dotąd rebelianci z południa nie uderzyli w Bangkoku ani żadnym z turystycznych kurortów, obserwatorzy ostrzegają jednak, że mają oni powiązania z organizacją odpowiedzialną za zamach na Bali z 2002 roku. Dul Nasir Hama

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź