BLOGOSFERA

„Los Angeles Times”: Głodny naród Umiłowanego Przywódcy

North_korean_leaderKoreańczycy z Północy tracą zaufanie do reżimu Kim Dzong Ila po katastrofalnej w skutkach reformie walutowej – twierdzą uciekinierzy, którym udało przedostać się do Chin

Wprowadzona w listopadzie ubiegłego roku denominacja pozbawiła wielu obywateli oszczędności i doprowadziła do większego kryzysu żywnościowego niż ten z lat 90., kiedy z głodu zmarło 2 miliony ludzi.

– Ludzie zaczynają się burzyć – mówi 56-letnia kobieta z przygranicznego Musan, która przedstawia się jako Li Mi Hee. Zniżając głos do szeptu, dodaje: – Mój syn uważa, że coś się święci. Nie wiem co, ale mówię wam: słychać różne opinie… Już nie jest tak jak w latach 90., kiedy ludzie umierali w milczeniu.

Li była jedną z Koreanek z Północy, z którą rozmawialiśmy w tym miesiącu w pobliżu chińskiej granicy. Podobnie jak wielu rodaków, używa pseudonimu, żeby nie narażać na represje rodziny, która została w kraju. Nasze rozmówczynie opowiadały o panice, jaka wybuchła po nieprzemyślanej reformie, która pozbawiła wielu ludzi możliwości zakupu nawet najbardziej podstawowych produktów żywnościowych, a komunistyczny rząd zmusiła do gorączkowych prób zażegnania kryzysu.

– W wyniku reformy walutowej załamała się cała gospodarka – mówi James Kim z Uniwersytetu Yanbian w Yanji w Chinach. – Sytuacja jest bardzo trudna. Może okazać się, że skończy się to gorzej niż w latach 90.

Kłopoty gospodarcze nadeszły w niezywkle trudnym dla kraju momencie. 68-letni przywódca Korei Północnej, Kim Dzong Il, który podobno coraz bardziej odczuwa skutki przebytych wylewów, próbuje właśnie przekazać władzę swojemu młodszemu synowi, Kim Dzong Unowi. O przyszłym wodzu nie wiadomo wiele ponad to, że ma dwadzieścia parę lat.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy władze rządzącej Partii Pracy Korei zostały dyskretnie poinformowane, że następcą Umiłowanego Przywódcy będzie jego najmłodszy syn. Wielu spodziewa się, że już niedługo jego fotografia zawiśnie obok obowiązkowych portretów Kim Dzong Ila i jego ojca, Kim Ir Sena.

– Jeśli ojciec sobie nie radzi, czego możemy spodziewać się po synu? – wzdycha Li. Żeby uspokoić opinię publiczną, rząd niedawno nakazał egzekucję urzędnika, który był pomysłodawcą reformy walutowej. Południowokoreańska agencja informacyjna Yonhap doniosła, że 77-letni Pak Nam Ki został rozstrzelany przez pluton egzekucyjny po tym, jak oskarżono go o „umyślne zrujnowanie gospodarki”. Partyjni notable wystosowali również – co jest rzeczą niezwykłą – publiczne przeprosiny za nieudaną reformę.

– Przeprosili, ale nie zrobili nic więcej. Ludzie i tak stracili już wszystkie swoje oszczędności – mówi 17-letnia Song Hee. Dziewczyna uciekła z kraju w zeszłym miesiącu, po tym, jak okazało się, że nieudana reforma pochłonęła pieniądze, które jej rodzice odkładali z myślą o wysłaniu jej na studia. – Moi przyjaciele też by uciekli, gdyby mogli. Nie widzą dla siebie żadnej przyszłości w Korei Północnej.

Przed reformą matka Song Hee zarabiała na życie, sprzedając skarpetki. Skromny dochód pozwalał na utrzymanie całej rodziny. 30 listopada rząd Korei Północnej podał do wiadomości decyzję o denominacji wona. Ludziom pozwolono wymienić stare banknoty na nowe, ale tylko do sumy nie przekraczającej równowartości 30 dolarów (limit ten później podniesiono).

Inaczej niż w Phenianie, gdzie o denominacji poinformowano z siedmiodniowym wyprzedzeniem, w Musan zmiana waluty dokonała się w ciągu 48 godzin. – Ludzie byli w szoku – opowiada Song Hee. – Naraz nasze pieniądze straciły wartość. Wielu ludzi było tak wstrząśniętych, że trafiło do szpitala.

Dziewczyna mówi, że nikt nie śmiał wyrazić sprzeciwu z obawy przed surową karą. – Podobno ktoś powiedział, że woli spalić swoje pieniądze, zamiast oddać je rządowi. A ponieważ na banknotach widnieje podobizna Kim Ir Sena, rozstrzelali go za zdradę stanu – relacjonuje.

Ekonomiści mówią, że celem reformy było skonfiskowanie majątków należących do osób, które wzbogaciły się handlując na czarnym rynku, i przywrócenie równości leżącej u podstaw komunistycznego ustroju.

– Chcieli, żeby wszyscy mieli tyle samo – mówi Choi Kum Ok, 54-letni członek Partii Pracy Korei, który w połowie grudnia przyjechał do pracy do Chin. Choi, który podkreśla swoją lojalność wobec reżimu, przyznaje, że reforma była niewypałem. – W sklepach brakuje żywności, a jeśli nawet jest, nikogo na nią nie stać.

Zaraz po tym, jak ogłoszono denominację, policja zamknęła wszystkie sklepy. Teoretycznie w czasie przeprowadzania reformy ludzie mieli zaopatrywać się w żywność w specjalnych państwowych placówkach, tyle że brakowało w nich towarów. Zdesperowani obywatele zmuszeni byli więc kupować jedzenie na czarnym rynku, płacąc astronomiczne sumy za podstawowe produkty.

Przed końcem grudnia władze zniosły zakaz. Niestety, sklepikarze stracili już wszystkie swoje pieniądze i nie mieli gotówki, żeby kupić towar. Jednocześnie do kraju przestali przyjeżdżać chińscy dostawcy, ponieważ rząd wprowadził zakaz obracania obcą walutą.

Obecnie w Korei Północnej są takie braki w zaopatrzeniu, że cena jednego jajka równa się tygodniowej pensji przeciętnego obywatela. W państwowych magazynach brakuje ryżu; można go kupić jedynie na czarnym rynku.

Jak twierdzi jedna z naszych rozmówczyń, pensja przeciętnego robotnika wynosi teraz 2500 wonów miesięcznie, co odpowiada mniej więcej jednemu dolarowi na czarnym rynku. Olej do gotowania jest rarytasem, który stał się tak drogi, że ludzie jednorazowo kupują tylko kilka mililitrów w plastikowym woreczku.

Brak żywności zaczyna dotykać również bardziej uprzywilejowane warstwy społeczeństwa. Pracownik organizacji pomocowej, który regularnie odwiedza Północną Koreę, opowiada, jak lokalni notable błagali go, żeby przywiózł coś do jedzenia. – Do tej pory cieszyli się z butelek whisky. Teraz pytali, czy nie mogłem im zamiast tego przywieźć trochę ryżu.

Skutki kryzysu odczuła nawet relatywnie zamożna stolica. – Mieszkaliśmy w jednej z zamożniejszych części kraju. Jeszcze w 2004 roku wiodło się nam całkiem dobrze, ale teraz jest źle, gorzej niż kiedykolwiek… Ludzie głodują – mówi 28-letnia Su Jong z Pyongsong, mieście położonym na obrzeżach Phenianu, w którym siedzibę ma wiele czołowych instytutów naukowych kraju.

Chociaż Su Jong uważa, że polityka gospodarcza Korei Północnej jest błędna, nie traci wiary w Kim Dzong Ila. – Gdyby był dobrym przywódcą, nie widzielibyśmy głodujących dzieci, ludzi w łachmanach i pustek w sklepach – przyznaje. – Ale wierzę, że jego intencje są dobre. To ludzie pod nim są skorumpowani.

Podobne przekonanie podziela wielu Koreańczyków z Północy, z którymi rozmawialiśmy w Chinach. Niektórzy z nich podkreślają, że nie są uciekinierami i chcą wrócić do kraju.

Ludzie ci żyją w przekonaniu, że członkowie rodziny Kima są półbogami, którzy mają niezwykłe zdolności w każdej dziedzinie – od golfa po metalurgię, poprzez – a jakby inaczej – ekonomię.

W czasie głodu z lat 90. rządowa propaganda głosiła, że klęska spowodowana jest amerykańskimi sankcjami.

– W Chinach ludzie przeklinają rząd – mówi 50-letnia Jeong Hee Ok, która w grudniu wyjechała z kraju i teraz pracuje jako pokojówka w Chinach. – Ale ja pochodzę z Korei Północnej, a u nas nawet małe dzieci wiedzą, że nie wolno źle mówić o naszych przywódcach. Nie jest łatwo zmienić ten sposób myślenia.

Artykuł ukazał się na portalu Onet.pl. Jego autorem jest Barbara Dernick.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Los Angeles Times”: Głodny naród Umiłowanego Przywódcy Reviewed by on 6 kwietnia 2010 .

Koreańczycy z Północy tracą zaufanie do reżimu Kim Dzong Ila po katastrofalnej w skutkach reformie walutowej – twierdzą uciekinierzy, którym udało przedostać się do Chin Wprowadzona w listopadzie ubiegłego roku denominacja pozbawiła wielu obywateli oszczędności i doprowadziła do większego kryzysu żywnościowego niż ten z lat 90., kiedy z głodu zmarło 2 miliony ludzi. – Ludzie

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź