BLOGOSFERA

„Los Angeles Times”: Bilet do piekła

Japan_North_Korea_South_Korea_LocatorPo wojnie kilkadziesiąt tysięcy osób dobrowolnie zgodziło się wyjechać z Japonii do Korei Północnej

Obiecywano im pracę, darmową edukację i powszechny dobrobyt. Nikt nie powiedział ochotnikom, że jest to bilet do piekła, i to w jedną stronę.

Ko Jong-mi ma ciągle przed oczami obraz swojej umierającej matki. Starsza kobieta, leżąca na łożu śmierci w biednej północnokoreańskiej wiosce, wyszeptała z trudem: – To ja skazałam cię na takie życie. Wybacz mi proszę.

Między 1959 a 1984 rokiem ponad 93 tysiące Koreańczyków mieszkających w Japonii zgodziło się wyjechać do Korei Północnej w ramach programu, któremu towarzyszyło hasło „powrotu do ojczyzny”. Była wśród nich matka Ko, wdowa z trójką dzieci, pracująca w fabryce opakowań w Osace. Działacze z Korei Północnej przekonali ją do wyjazdu, obiecując „raj na ziemi”, w którym każdy obywatel ma dostęp do bezpłatnej edukacji i opieki zdrowotnej.

Chętnych do wyjazdu werbowali członkowie Stowarzyszenia Koreańczyków w Japonii, działającego pod japońską nazwą Chosen Soren, którego siedziba w Tokio pełni rolę nieformalnej ambasady Korei Północnej. Dziś organizacja ta stanowczo zaprzecza, jakoby miała jakikolwiek związek z programem powrotów.

Był rok 1963. Matka Ko słyszała, że ochotnicy, którym nie spodoba się w nowej ojczyźnie, będą mogli po trzech latach wrócić do Japonii. Co prawda nie spotkała nikogo, kto by tak postąpił, założyła jednak, że wszyscy zdecydowali się pozostać w Korei Północnej. – Nigdy nie przyszło mi do głowy, że oni po prostu nie mogą wrócić – opowiadała później swojej córce.

Mając nadzieję na poprawę losu, wdowa z Osaki szybko poślubiła mężczyznę, który z pochodzenia był Koreańczykiem i razem z piątką dzieci weszła na pokład statku płynącego do Korei Północnej. Ko miała wówczas dwa lata. Jeszcze zanim statek dobił do brzegów nowej ojczyzny, rodzina zdała sobie sprawę z popełnionego błędu.

– Według opowieść matki mój 15-letni przyrodni brat szybko zorientował się, że coś jest nie tak – wspomina Ko. – Kiedy tylko wspomniał o tym, że chciałby wrócić do Japonii, strażnicy zaraz go zabrali. Nigdy potem nie zjedliśmy z nim nawet obiadu.

Ko widziała swojego brata jeszcze jeden raz, jak się miało okazać – ostatni. Pięć lat po tym, jak zniknął w towarzystwie strażników, rodzina odnalazła go w szpitalu psychiatrycznym. – Byli tam brudni, zarośnięci ludzie, których trzymano w klatkach jak w zoo – wspomina Ko, wycierając łzy. – Wielu poruszało się na czworakach, jak zwierzęta. Do końca życia będę miała przed oczami ten obraz.

Po tej wizycie jej rodzice zmienili się. Ojczym często chodził zamyślony, a matka do końca życia nawet słowem nie wspomniała o przybranym synu, który w końcu zmarł w przytułku dla obłąkanych. Atmosfera przygnębienia udzielała się również dziewczynce.

Komunistyczny rząd Kim Ir Sena uważał wielu nowo przybyłych za potencjalnych szpiegów i pod byle pretekstem zsyłał ich do obozów koncentracyjnych. Rodzina Ko trafiła do przygranicznego Sinuiju, które przez rzekę graniczyło z chińskim miastem Dandong. Jej ojczym stopniowo doszedł do kierowniczego stanowiska w fabryce maszyn. Rodzice starali się, żeby Ko nie czuła się inna od reszty dzieci. Udało im się umieścić córkę w szkolnej drużynie ping ponga. – Wiedziałam, że jeśli będę ciężko pracować, wszyscy będą traktowali mnie jak równą – opowiada Ko. – To zmieniło moje życie.

Ko dostała się na lokalny uniwersytet, na którym zaczęła później wykładać. Ożeniła się i urodziła dwójkę dzieci, jednak jej życie naznaczone było cierpieniem. Rodzice kłócili się nieustannie; ojczym został w pewnym momencie aresztowany i poddany przesłuchaniu.

O tym, że musi wyjechać z Korei Północnej, przekonała się ostatecznie, kiedy władze nakazały jej w sekrecie pozbyć się ciał sąsiadów zmarłych w wyniku fali głodu z lat 90. – Nocą wrzucałam te trupy do rzeki. Nie mogłam uwierzyć, że ten kraj robi nam coś takiego. Ale przede wszystkim zrozumiałam, że i ja mogę tak skończyć.

Przed końcem drugiej wojny światowej w Japonii żyło dwa miliony rdzennych Koreańczyków. Część z nich trafiła tam w poszukiwaniu pracy, część została przymusowo przesiedlona podczas okupacji Korei przez Cesarstwo Japońskie.

Wielu czuło się ofiarami dyskryminacji i marzyło o powrocie. Powojenny podział Korei na dwa państwa postawił ich przed trudnym dylematem. Propagandowe plakaty i publikacje organizacji Chosen Soren przekonywały, że to Korea Północna jest ich prawdziwą ojczyzną; kraj ten przedstawiano jako miejsce, gdzie „życie upływa szczęśliwie na dobrej pracy, pośród śpiewów  i śmiechów”.

Ostatecznie Ko przekonała się, że Korea Północna była jednym wielkim kłamstwem. Zamiast rajskiej krainy, którą obiecywano jej matce, rodzina poznała jedynie głód i nieszczęście.

Jej życie naznaczały kolejne tragedie. Matka Ko zmarła na początku lat 90., ojczym rok później. Do końca nie mogli sobie wybaczyć, że opuścili Japonię. Później zmarł mąż Ko, a zaraz potem ona sama straciła pracę i wysłano ją do pracy na wieś. – Pomimo poświęceń moich rodziców, znowu stałam się nikim – wspomina.

Dziesięć lat temu Ko została okrutnie pobita po tym, jak wraz z dziećmi załapano ją na próbie opuszczenia kraju. Obrażenia były tak poważne, że do dziś nie może pracować. W 2005 roku podjęła drugą próbę ucieczki, która zakończyła się sukcesem: razem z dziećmi znalazła się w Osace. Czterdzieści lat po tym, jak jej rodzina weszła na statek mający zabrać pasażerów do ziemi obiecanej, Ko nareszcie była wolna.

W 2007 roku zgłosili się do niej aktywiści działający na rzecz praw człowieka. Zamierzali pozwać organizację Chosen Soren za to, że przyczyniła się do wysłania kilkudziesięciu tysięcy osób do Korei Północnej. Liczyli, że Ko zostanie oskarżycielem. – Większość uciekinierów przeżyła tak wielką traumę, że boją się ujawniać – mówi Fumiaki Yamada, profesor ekonomii na Uniwersytecie w Osace, który jest członkiem organizacji udzielającej pomocy zbiegom z Korei Północnej. – Potrzebowaliśmy kogoś, kto by się na to odważył.

Ko wiedziała, że swoim wystąpieniem może narazić rodzinę w Korei Północnej na represje. Mimo to po miesiącach rozważań przystała na propozycję aktywistów. Tym samym stała się pierwszym w Japonii zbiegiem z Korei Północnej, który zdecydował się świadczyć przeciwko Chosen Soren. Kiedy podpisywała niezbędne dokumenty, pomyślała o swojej matce. – Całe życie żałowała swojej decyzji – wspomina. – Ja nie chcę niczego żałować.

W listopadzie sąd oddalił jej pozew przeciwko Chosen Soren z powodu przedawnienia. Jak tłumaczył sędzia, kiedy Ko zdecydowała się wnieść oskarżenie, była już od dłuższego czasu mieszkanką Japonii.

Ostatnio kobieta poszła do tokijskiego biura organizacji. – Musicie przeprosić za to, co nam zrobiliście – krzyczała, waląc pięściami w zamknięte drzwi. Chosen Soren odmawia komentarzy. – Nie mieliśmy z tym nic wspólnego – twierdzi rzecznik organizacji, zapytany o jej związki z programem powrotów. Prawnicy Ko odwołali się od decyzji sądu. Kobieta planuje też pozwać Koreę Północną do międzynarodowego trybunału.

Chociaż jej matka nie żyje od dwudziestu lat, Ko cały czas pamięta jej ostatnie słowa, wzruszające przeprosiny. – Mamo, chcę ci podziękować – odpowiedziała jej wówczas, z trudem powstrzymując łzy – Zawsze ze mną byłaś. Zawsze mi pomagałaś.

Ale matka nie chciała sobie wybaczyć. – Nieprawda – powiedziała – Skazałam cię na straszny los.

Artykuł ukazał się na portalu Onet.pl. Jego autorem jest John M. Glionna.
Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Los Angeles Times”: Bilet do piekła Reviewed by on 31 stycznia 2010 .

Po wojnie kilkadziesiąt tysięcy osób dobrowolnie zgodziło się wyjechać z Japonii do Korei Północnej Obiecywano im pracę, darmową edukację i powszechny dobrobyt. Nikt nie powiedział ochotnikom, że jest to bilet do piekła, i to w jedną stronę. Ko Jong-mi ma ciągle przed oczami obraz swojej umierającej matki. Starsza kobieta, leżąca na łożu śmierci w biednej

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź