Artykuły,Publicystyka

Ł. Kosowski: (Nie)Bezpieczna Azja

Czy wzrost Chin doprowadzić do wojny? Czy zagrożenia dla bezpieczeństwa międzynarodowego, mające źródło na Wschodzie może mieć znaczenie globalne?

Światowe media analityczne ze sporą regularnością zastanawiają się nad tym, co może przynieść rozwój azjatyckich mocarstw. Zapewne wszystkich prześcigają w tym Amerykanie. Najbardziej wpływowy magazyn analityczny Foreign Affairs w samym tylko bieżącym roku opublikował kilka tekstów na ten temat. Wszystkie o chwytliwych tytułach – np. Will China’s Rise Lead To War?, The Inevitable Superpower. W tę też tendencję wpisuje się nowa na polskim rynku książka – Chiny światowym hegemonem. Pytanie o znaczenie wpływu jaki będą miały jeszcze potężniejsze Chiny nie jest bezpodstawne, jednak należy pamiętać o jednej, bardzo ważnej, rzeczy: próba analizy stosunków międzynarodowych w kontekście teraźniejszego bezpieczeństwa lub przyszłości relacji na deskach światowego teatru nie powinna odbywać się z punktu widzenia tylko jednego państwa, czy też jednej tylko dziedziny nauki. 

Biznes to biznes 

Oś zła znajduje się w Azji. Iran i Korea Północna są oczywistymi straszakami kolejnych amerykańskich administracji, jednak komentatorzy polityczni prześcigają się w analizie Chińskiej Republiki Ludowej i zagrożeń, płynących z jej rozwoju gospodarczego. Dzieje się tak z jednego podstawowego powodu – gospodarka żadnego innego kraju nie ma takiego wpływu na gospodarkę USA. Import z Chin w roku 2010 wyniósł[1] prawie 365 miliardów dolarów, przy eksporcie rzędu 92 miliardów. W roku bieżącym – do czerwca – te kwoty to odpowiednio: 183 i 50 mld. Dla porównania z Unią Europejską – za rok 2010: 319 i 240 mld, a 2011 (do czerwca): 181 i 134 mld. Warto również zerknąć na te statystyki, odnoszące się do wymiany handlowej z innymi ważnymi azjatyckimi graczami – Japonią, dla której liczby za rok 2010 prezentują się następująco: 120 i 60 mld, a za 2011 (również do czerwca): 59 i 32 mld oraz Indiami: 2010 – 29 i 19 mld, 2011 (do czerwca) – 18 i 11 mld.. Problemy amerykańskiej gospodarki odbijają się czkawką na światowych rynkach, a patrząc tylko na przytoczone powyżej dane dotyczące bilansu wymiany handlowej, można zrozumieć dlaczego relacje między Stanami Zjednoczonymi a ChRL są tak istotne. Dodatkowo, zważywszy na to, że Chiny są obecnie największym odbiorcą amerykańskich papierów wartościowych można zrozumieć dlaczego analitycy prześcigają się w omawianiu problemów Państwa Środka. Oraz dlaczego prezydent Obama próbuje wymusić na Pekinie uwolnienie chińskiej waluty, której wartość pozostaje mocno zaniżona. 

Ekonomiczny impas wywoływany chińską polityką pieniężną może mieć jednak zbawienny wpływ na mocarstwowe zapatrywania Chińczyków. Jeśli tylko Pekin nie będzie naciskany zbyt mocno. To może bowiem przypomnieć tamtejszej władzy o XIX-wiecznym okresie manipulacji zachodnich mocarstw, a od tego jest jedynie krok od nakręcenia spirali akcji prewencyjnych. 

Gigant na bambusowych szczudłach 

Nie bez przyczyny wspomniałem o XIX wieku. Wielu ekonomicznych analityków podkreśla iż obecny poziom chińskiej gospodarki (mierzonej parytetem siły nabywczej oraz PKB per capita) w stosunku do reszty świata przypomina ten z 1870 roku. Powinno to być znaczące dla wszystkich interesujących się regionem i stosunkami międzynarodowymi (nie ważne czy w wymiarze politycznym czy ekonomicznym). Wzorce postępowanie należy stworzyć na podstawie konsekwencji polityki tamtego okresu. Warto też zapamiętać, że strach ma wielkie oczy, a Chiny to w oczach opinii publicznej kraj wykreowany. Wykreowany głównie przez media i polityków wykorzystujących Państwo Środka do straszenia swoich wyborców.

Chiny niewątpliwie są mocarstwem i pozostają na dobrej drodze do podniesienia swojego statusu. Są gigantem, który z prędkością bambusa wyrasta ponad przeciętność po dwóch wiekach upadków, który jeszcze nie zostawił za sobą minionych problemów i ma przed sobą całkiem nowe. 

Wzrost ma swoją cenę. Chiny płacą nie tylko w twardej walucie. Industrializacja i urbanizacja, które napędziły dwucyfrowy wzrost gospodarczy staną się naturalną koleją rzeczy powodem jego zahamowania. Pierwsze doprowadza do coraz większej degradacji środowiska naturalnego, co już obecnie powoduje katastrofalne susze i przyspieszone pustynnienie wnętrza kraju. Drugie doprowadza do sytuacji, w której coraz większa ilość ludzi potrzebuje pomocy socjalnej. Powstające slumsy są problemem, z którym administracja chińskich metropolii nie do końca wie jak sobie poradzić (częste jest niszczenie nielegalnych osiedli i pozostawienie pozbawionych miejsca do życia obywateli samym sobie), a wraz z coraz większą przepaścią ekonomiczną, dzielącą tereny zurbanizowane od rolniczych, problem będzie się nasilał. To tylko wierzchołek góry lodowej. Na część ukrytą pod wodą składa się zapotrzebowanie na energię i surowce, problemy demograficzne inne od migracji ludności do miast, kwestie militarne, polityka oraz niestabilność wewnętrzna, objawiająca się np. ruchami separatystycznymi Tybetu i Xinjiangu. Wszystko to okraszone oderwaniem polityków od zwykłej ludności. Utrata mandatu niebios przez pekiński rząd może doprowadzić do oddolnych ruchów, czerpiących z chińskiej tradycji powstań. 

Azjatycka układanka 

Abstrahując od problemów, Chiny pozostają znaczącym (jednym z najważniejszych!) aktorem na deskach międzynarodowego teatru. Ich występ nie jest jednak monodramą. To sformułowanie wydaje się oczywistością, ale zapomina o niej wielu analityków. A Chiny są doskonałym dowodem na jego prawdziwość. Bowiem tak jak są źródłem pożyczek dla wielu potrzebujących państw, tak dla wielu są dłużnikiem i nie należy o tym zapominać. Dodatkowo ich przyszłość w znacznej mierze zależy od relacji z azjatyckimi sąsiadami oraz partnerami na innych kontynentach. Wobec nich Pekin zdaje się prowadzić politykę dwóch twarzy – przyjaznej i wrogiej, co w podsumowaniu daje nijakość, stojącą u podstaw status quo, które w tym wypadku oznacza brak drastycznych zmian i powolne – krok po kroku – dążenie do osiągnięcia jeszcze wyższej pozycji przy braku bezpośrednich konfliktów. 

Inny świat 

Podstawowe mechanizmy rządzące światem pozostają dzisiaj takie same, jak za czasów potęg kolonialnych czy też zimnowojennego układu bipolarnego. Jednak ilość powiązań między elementami globalnej układanki jest większa niż kiedykolwiek a ich liczba nie przestanie rosnąć. Efektem czego wpływ na międzynarodowe bezpieczeństwo będzie miało coraz więcej czynników. Ma to swoje dobre i złe strony. Przede wszystkim trudniejsze stają się próby przewidywania trendów i dróg jakie obiorą poszczególni aktorzy. Motyli wywołujących huragany (spójrzmy na Arabską Wiosnę) może pojawiać się coraz więcej. Dlatego też straszenie wojną może mieć odwrotny od oczekiwanego skutek – może ją wywołać, a nie doprowadzić do szukania wspólnej polityki. Nie zmienia to faktu, iż dyskusje na ten temat są niezbędne, tak jak i niezbędny w ich przypadku jest chłodny racjonalizm. 

Chiny, tak jak już teraz wydają się graczem potężnym, tak nie są jedynym, a polityka Pekinu zależy w takiej samej mierze od własnej strategii, jak i od planów pozostałych aktorów, występujących na deskach azjatyckiego i globalnego teatru. Najbezpieczniejszym założeniem na przyszłość jest utrzymanie wspomnianego status quo, a czy w globalizującym się świecie wciąż ciąży nad nami strach przed jednym mocarstwem, które chciałoby zdominować wszystkie inne? Niech każdy odpowie sobie na to pytanie sam.



[1]    Dane przytaczam za amerykańskim Censusem (http://www.census.gov/).

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Ł. Kosowski: (Nie)Bezpieczna Azja Reviewed by on 20 października 2011 .

Czy wzrost Chin doprowadzić do wojny? Czy zagrożenia dla bezpieczeństwa międzynarodowego, mające źródło na Wschodzie może mieć znaczenie globalne? Światowe media analityczne ze sporą regularnością zastanawiają się nad tym, co może przynieść rozwój azjatyckich mocarstw. Zapewne wszystkich prześcigają w tym Amerykanie. Najbardziej wpływowy magazyn analityczny Foreign Affairs w samym tylko bieżącym roku opublikował kilka tekstów

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

KOMENTARZE: 1

  • Ważny artykuł, szkoda tylko, że pod tak dziwnym tytułem. W rzeczywistości zdarza się bowiem, że nie pretendent do zajęcia pozycji nr 1 jest groźny i nieobliczalny tylko ten, który boi się utraty swojej hegemonii. Zwłaszcza, gdy obawia się „twardego lądowania”…
    Chiny rzeczywiście zmagają się z tyloma problemami, że z powodzeniem starczyłoby ich na cały kontynent. Efekt skali to jedno, walka z wielowiekowym zacofaniem to drugie. Natomiast faktem jest – jak stwierdził Milton Friedman – że nigdy w historii tylu ludzi nie wydźwignęło się z ubóstwa co w Chinach od końca lat 70-tych. I – być może zabrzmi to cynicznie, ale za to bez hipokryzji – ma to dużo większe znaczenie niż wygnanie Dalajlamy albo sporadyczne akcje ujgurskich separatystów, którym być może marzy się państwo islamskie z chłostą i kamienowaniem wpisanymi do kodeksu praw.

Pozostaw odpowiedź