Artykuły,Publicystyka

Ł. Gadzała: Po co Chińczykom Madagaskar?

Chińska ekspansja w Afryce trwa w najlepsze. Mimo niezliczonej liczby problemów proceduralnych, a nieraz i niechęci lokalnej ludności, projekty finansowane przez Pekin zaczynają dominować w krajobrazie większości państw kontynentu. Kenia od dawna jest jednym wielkim chińskim placem budowy. Infrastruktura Angoli powstaje głównie przy pomocy chińskich kredytów. W Tanzanii Stadion Narodowy także został wybudowany za pieniądze z Pekinu. Wszystkie te prace wykonują chińscy robotnicy kontraktowi, którzy najczęściej wracają do domów tak szybko, jak tylko zakończą pracę. Ale Madagaskar jest wyjątkiem. Ta wielka afrykańska wyspa – większa niemal dwa razy od Polski – może pochwalić się najliczniejszą chińską kolonią i to wcale nie importowaną w ostatnich latach. Chińskie osadnictwo jest na Madagaskarze stałym elementem krajobrazu od końca XIX wieku, a przybysze z Azji są na ogół dobrze zasymilowani. Stosunkowo niedawno samą wyspą zainteresowały się władze w Pekinie. Mimo że Madagaskar nie jest położony w miejscu strategicznym dla chińskich interesów, długie ręce Pekinu starają się dotrzeć i tam ze swoim sztandarowym projektem „nowego Jedwabnego Szlaku”. Paradoksalnie, to właśnie zaangażowanie w miejscach niewiele znaczących z punktu widzenia wielkiej strategii – takich jak Madagaskar – pokazuje, że Chiny rzeczywiście stają się mocarstwem globalnym.

„Chińska kolonia”

Madagaskar to jedno z najbiedniejszych państw świata, gdzie niemal 70% ludności żyje za nie więcej niż jednego dolara dziennie. Mieszkańcy trudnią się najczęściej rolnictwem i pracą w kopalniach – państwo zarabia głównie na eksporcie wanilii, goździków i kawy oraz rzadkich kamieni: szafirów, szmaragdów i rubinów. W XIX wieku skromna populacja wyspy nie wystarczała do uprawy i eksploatacji tak wielkiej powierzchni, a to martwiło francuskich kolonizatorów, którzy zostali pozbawieni taniej siły roboczej w wyniku całkowitego zakazu handlu niewolników. Dlatego kiedy w drugiej połowie XIX wieku na wyspę zaczęli napływać pierwsi Chińczycy, Francuzi patrzyli na nich przychylnym okiem. Przybysze z Azji osiedlali się w różnych zakątkach wyspy, zakładali rodziny, trudnili się handlem, a przez kolonizatorów byli najmowani do realizacji projektów infrastrukturalnych – najczęściej do budowy dróg, mostów i obiektów kolejowych.

Jednak przez dość długi czas liczebność chińskiej populacji na Madagaskarze utrzymywała się na niskim poziomie. Zmieniło się to dopiero w drugiej połowie XX wieku, a przyczyniły się do tego dwa wydarzenia. Po pierwsze, dyktatura Mao. Tysiące Chińczyków zamiast wykonać wielki skok naprzód, wolało dać drapaka tam, gdzie nie mogła ich dosięgnąć ręka reżimu. Wybierali więc miejsce dalekie od domu, ale przyjazne napływowej ludności, zwłaszcza, że niektórzy z nich mieli już na wyspie rodziny. Drugim czynnikiem było otwarcie na świat chińskiej gospodarki przez Denga Xiaopinga. Większa swoboda przemieszczania, zwłaszcza od początku lat 90., zaowocowała kolejnymi wyjazdami i w ten sposób chińska kolonia na Madagaskarze mogła znacząco się powiększyć. U progu XXI wieku liczyła już przeszło 40 tysięcy osób. Dziś to dwa razy tyle, a mówi się nawet o stu tysiącach.

Co więcej, Chińczycy udanie wtopili się w krajobraz wyspy. Na Madagaskarze rzadziej występują znane z innych części Afryki konflikty między przyjezdnymi, a lokalną ludnością. Przybysze z najludniejszego państwa świata nie są tu traktowani jak obcy, bowiem nie mają problemów w przyjmowaniem lokalnych zwyczajów czy religii, a na porządku dziennym są mieszane małżeństwa. Nie powinno więc dziwić, że Pekin postrzega Madagaskar jako państwo, które dość łatwo można wciągnąć do swojej strefy wpływów. A przynajmniej uzależnić je od chińskich kredytów i pomocy rozwojowej.

Jeden pas, jedna droga, jeden most

„Madagaskar ma szansę służyć jako most spajający Afrykę z Chinami w ramach inicjatywy Jednego Pasa, Jednej Drogi” możemy przeczytać na stronie ministerstwa spraw zagranicznych Chin. To nie przypadek. Jak zauważa dr Cornelia Tremann z Centrum Badań Afryki Zachodniej, która zajmuje się stosunkami madagaskarsko-chińskimi, z żadnego innego punktu w Afryce nie jest tak blisko do Chin jak z Madagaskaru, a przez Ocean Indyjski biegną szlaki handlowe od lat łączące dwa kraje. Pekin już 15 lat temu stał się największym partnerem handlowym dla Antananarywy. Do dziś przeszło jedna piąta jej importu pochodzi z Państwa Środka.

W dodatku to właśnie Pekin najczęściej przychodzi z pomocą, kiedy Madagaskar potrzebuje jej najbardziej. Gdy w ubiegłym roku na wyspie rozszalała epidemia dżumy płucnej, Chiny jako pierwsze wysłały swoich lekarzy, aby pomogli ją zatrzymać. Kilka miesięcy wcześniej Pekin nie zostawił Antananarywy w potrzebie, kiedy ta zmagała się ze skutkami długotrwałej suszy. Ponad 4 tysiące ton jedzenia popłynęło na Madagaskar przez Ocean Indyjski, aby nie dopuścić do klęski głodu.

Pomoc ta jest, rzecz jasna, pragmatyczna i wymiar humanitarny – choć istotny – nie jest dla Chin najważniejszy. Ważne jest to, że dzięki takim właśnie akcjom mogą coraz śmielej angażować swoje zasoby na polach, które do niedawna pozostawały w gestii rządów państw zachodnich. Nie jest przypadkiem, że w oficjalnych dokumentach Chińczycy często starają się podkreślić swój wkład w podtrzymywanie globalnego bezpieczeństwa i rozwiązywanie problemów o zasięgu ponadregionalnym. David Shambaugh w swojej doskonałej analizie chińskiej potęgi w stanie rozkwitu, China Goes Global, twierdzi, że podejście to wynika z przekonania chińskich przywódców o tym, że potęga państwa nie może być skoncentrowana wokół jednego wybranego aspektu – musi opierać się na wielu filarach i oddziaływać na możliwie dużym obszarze. Dziś podobna działalność ma również za zadanie wzmocnić przekonanie innych państw o tym, że w erze Trumpa to Chiny są najbardziej odpowiedzialnym i stabilnym mocarstwem. Chiński przywódca Xi Jinping zdaje się pilnie słuchać rad Denga – z USA Pekin rywalizuje na razie bardzo subtelnie i po cichu, jednak metodycznie zaczyna wchodzić na terytoria, na które Waszyngton zapuszcza się coraz bardziej niechętnie.

Dlatego dla pilnych obserwatorów nie było zaskoczeniem, kiedy w marcu ubiegłego roku Xi Jinping z honorami podjął w Pekinie prezydenta Madagaskaru, Henry’ego Rajaonarimampianina. Na wspólnej konferencji obaj przywódcy ogłosili, że Madagaskar przyłączy się do globalnej chińskiej inicjatywy „Jednego Pasa i Jednej Drogi”. Podpisane zostały dokumenty o współpracy rolniczej, przemysłowej i infrastrukturalnej. Chińczycy mają zbudować port w północno-zachodniej części wyspy i połączyć go autostradą ze stolicą państwa, rozbudować lotnisko, a także zaangażować się w rozbudowę i modernizację sieci energetycznych. Dla Madagaskaru podobne inwestycje są na wagę złota, bowiem stwarzają możliwości przyciągnięcia większej liczby turystów oraz jeszcze większej ilości zagranicznego kapitału. A ten jest niezwykle potrzebny, bo Madagaskar od lat targany jest politycznymi kryzysami, w świetle których trudno mu pretendować do miana oazy gospodarczej stabilności.

O ile dla Madagaskaru wymiar ekonomiczny podpisanych umów jest ważniejszy, o tyle dla Pekinu liczy się przede wszystkim geopolityczny aspekt całego przedsięwzięcia. Inicjatywa nazwana nowym Jedwabnym Szlakiem, którą Chiny zainaugurowały w 2013 roku, jest w zamierzeniu projektem czysto ekonomicznym. Trudno jednak nie dostrzec, że rosnące wpływy i potęga Pekinu pozwalają mu na wywieranie większego nacisku na państwa oddalone nawet tysiące kilometrów od jego granic. Chiny inwestują nie tylko w państwach afrykańskich i latynoamerykańskich, ale również coraz śmielej poczynają sobie w Oceanii. Potrzebujące państwa otrzymują drogi i lotniska, które finansowane są na ogół z kredytów zaciąganych w chińskich bankach. Nieraz więc zdarza się, że Chińczycy wydzierżawiają strategicznie położone porty czy zamorskie bazy w zamian za pomoc w ich budowie.

Wszystko to wpisuje się w dobrze przemyślaną strategię coraz większej militaryzacji chińskiej obecności poza granicami kraju. W sierpniu 2017 roku Pekin otworzył swoją pierwszą zamorską bazę wojskową w Dżibuti. Od kilku lat pracowicie zagospodarowuje również sporne wysepki na Morzu Południowochińskim, budując na nich obiekty użyteczności wojskowej. Ostatnio Chińczycy umieścili na nich samoloty transportowe, a nawet przeciwokrętowe pociski manewrujące.

W ten sposób – działając podobnie jak każde inne światowe mocarstwo – Pekin dąży do wytyczenia własnej strefy wpływów. Madagaskar jest zaledwie jednym z elementów tej układanki, ale pokazuje pewien mechanizm. Otóż Chiny zaczynają już wchodzić na obszary dotąd zarezerwowane dla Stanów Zjednoczonych, a przyczółki w państwach tak pozornie niewiele znaczących z czasem pozwolą im na kwestionowanie amerykańskiej dominacji na Pacyfiku i na Oceanie Indyjskim. Zadaniem Madagaskaru jest nie tylko połączenie Afryki z Chinami. Ma on również odegrać rolę symbolicznego mostu, po którym Chiny wkraczają w przestrzeń polityki globalnej. Tej samej, od której – na tyle ile mogli – trzymali się dotąd z daleka.

Smok kontra tygrys

Czy jest coś, co może zagrozić chińskim inicjatywom na Madagaskarze? Obecność na wyspie ponad 800 chińskich firm pokazuje, że Pekin nie bardzo przejmuje się jej polityczną niestabilnością. Tylko raz na przestrzeni ostatnich dekad zmiana władzy dokonała się tu w sposób demokratyczny i nic nie wskazuje na to, aby w zaplanowanych na listopad wyborach prezydenckich i parlamentarnych taka sytuacja miała się powtórzyć. W przeciwieństwie do państw świata zachodniego, Chiny nie żądają demokracji i rządów prawa w zamian za zainwestowane pieniądze, dlatego nie są ograniczone przez krytyczne głosy opinii publicznej.

Większym problemem dla chińskiej ekspansji może być coraz poważniejszy niepokój mocarstw, które z Pekinem rywalizują. Siły połączyły już Indie i Japonia, opowiadając się za „wolnym i otwartym Pacyfikiem i Oceanem Indyjskim”, a więc za niedopuszczeniem do zdominowania tego terytorium przez jedno państwo. Za słowami poszły czyny. Utworzony został wspólny fundusz infrastrukturalny dla państw azjatyckich, ale znalazło się również miejsce dla inicjatywy gospodarczej skierowanej do państw afrykańskich. Jak podaje indyjski miesięcznik Swarajya, nawiązanie przez Indie i Japonię ściślejszych relacji z afrykańskimi wyspami położonymi na Oceanie Indyjskim jest jednym z priorytetów nowego projektu. To z pewnością nie ułatwi planów Chińczykom i potencjalnie może zawęzić ich pole działania.

Silni osiągają swoje cele, a słabsi muszą… z tego korzystać

Co z tego całego zamieszania będzie miał Madagaskar? Mimo że nie znajdzie się w centrum walki mocarstw o wpływy, to jego przypadek doskonale pokazuje, że państwa dotąd zainteresowane głównie swoim najbliższym otoczeniem, dziś zaczynają myśleć i działać globalnie. Być może rządzący w Antananarywie nawet nie zdają sobie z tego sprawy, ale to właśnie obecność ich państwa w strategicznym myśleniu azjatyckich potęg – a zwłaszcza Chin – jest najlepszym dowodem na zmierzch amerykańskiego porządku i wykluwanie się nowego ładu światowego. I choć w tej ostatniej kwestii Madagaskar nie będzie miał nic do powiedzenia, rządzący wyspą ucieszą się z każdych pieniędzy, które zaproponują im mocarstwa rywalizujące o hegemonię. Czy będą potrafili to wykorzystać- nie wiadomo. Na razie największym beneficjentem całej sytuacji jest Pekin. Chińczycy, jak zwykle, trzymają się mocno.

 

Łukasz Gadzała

Udostępnij:
  • 25
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    25
    Udostępnienia
Ł. Gadzała: Po co Chińczykom Madagaskar? Reviewed by on 19 lipca 2018 .

Chińska ekspansja w Afryce trwa w najlepsze. Mimo niezliczonej liczby problemów proceduralnych, a nieraz i niechęci lokalnej ludności, projekty finansowane przez Pekin zaczynają dominować w krajobrazie większości państw kontynentu. Kenia od dawna jest jednym wielkim chińskim placem budowy. Infrastruktura Angoli powstaje głównie przy pomocy chińskich kredytów. W Tanzanii Stadion Narodowy także został wybudowany za pieniądze

Udostępnij:
  • 25
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    25
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Madagaskar to dobry punkt strategiczny. Przeciw Amerykanom i ich bazie na Diego Garcia i Indiom. Neutralizuje więc chociaż częściowo absolutnąprzewagę USA i Indii na Oceanie Indyjskim. Przecina Korytarz wzrostu tworzony pod auspicjami Indii i Japonii,. Madagaskar jest świetnym przyczółkiem wobec Mozambiku, a tylko nieco dalej jest Zimbabwe. to samo dotyczy też innych krajów wschodnioafrykańskich. Całkiem dobrze pasuje do MEGAGRY.

Pozostaw odpowiedź