Artykuły,Publicystyka

Ł. Gadzała: Ból głowy Shinzo Abe

Premier Japonii Shinzo Abe po raz trzeci został wybrany przewodniczącym swojej partii, co daje mu możliwość sprawowania urzędu szefa państwa aż do wyborów w 2021 roku. Jednak w kwestii Korei Północnej i jej arsenału nuklearnego, Abe ma niewiele do powiedzenia. Przynajmniej na razie.

Jak to możliwe, że największy partner Stanów Zjednoczonych, który jeszcze do niedawna brał aktywny udział w wyznaczaniu twardego kursu wobec północnokoreańskiego reżimu, dziś jest odsunięty na boczny tor?

Abe był przecież pierwszym zagranicznym przywódcą, który goszcząc u Donalda Trumpa na Florydzie, starał się zniechęcić go do jakichkolwiek ustępstw wobec Kima. Japonia optowała za kolejnymi sankcjami i jak największą izolacją Korei Północnej, dopóki Kim nie zgodziłby się na zaprzestanie produkcji i testów broni nuklearnej. Prowadzona przez Abe dyplomacja golfowa i hamburgerowa miała utwierdzić w przekonaniu Amerykanów, a przede wszystkim samego Trumpa, że to właśnie Japończycy najlepiej wiedzą jak należy postępować z Pjongjangiem.

Nie udało się. Po serii agresywnych twittów pod koniec ubiegłego roku Trump i Kim nagle zdecydowali się spróbować uregulować wzajemne relacje w nieco bardziej pokojowy sposób. Kim zobowiązał się zaprzestać testów broni atomowej, wobec czego Trump wyraził chęć dialogu na temat przyszłości koreańskiego programu nuklearnego i przyszłych stosunków amerykańsko-północnokoreańskich. Aktywną rolę w zbliżeniu zwaśnionych stron odegrał prezydent Korei Południowej Moon Jae-in, który sam spotkał się z Kimem, a następnie twardo obstawał przy kontynuowaniu rozpoczętej odwilży. Efekt tych zabiegów jest dobrze znany. Trump z Kimem spotkali się w czerwcu w Singapurze i od tego czasu – choć na razie bez większych rezultatów – prowadzony jest dialog w trójkącie Korea Płd. – Korea Płn. – USA.

Abe – jako ten, który opowiadał się za sankcjami i izolowaniem Kima – jest dziś więc w mało komfortowej pozycji.

Dla reżimu północnokoreańskiego, który gra dziś na rozbicie jedności swoich dotychczasowych przeciwników, aby jak najwięcej od nich uzyskać, Japonia stała się wrogiem numer 1. Państwowa telewizja nie atakuje już „imperialistycznych” Amerykanów, za cel obrała sobie za to „wstecznych” Japończyków, którzy jakoby jako jedyni prą do konfliktu i izolacji Pjongjangu na arenie międzynarodowej.

To jeszcze nic. Abe obawia się warunków ewentualnej denuklearyzacji Korei Północnej. Dokładniej rzecz biorąc, ma wątpliwości czy Trump – któremu zależy na pozbyciu się przez Kima rakiet międzykontynentalnych – zabezpieczy również interesy Japonii i doprowadzi do wyczyszczenia północnokoreańskiego arsenału z rakiet krótkiego i średniego zasięgu. To ich właśnie najbardziej obawia się Abe, bowiem łatwo mogą one dosięgnąć terytorium Japonii. Japonii, która nie posiada broni atomowej, i musiałaby liczyć na pomoc ze strony Stanów Zjednoczonych. A z tym – w erze Trumpa – mogłoby być różnie.

Dodatkowym problemem w stosunkach Japonii z Kimem pozostaje sprawa obywateli japońskich uprowadzanych przez Koreę Płn. na przełomie lat 70. i 80. Do dziś trwają śledztwa mające na celu wyjaśnić ich los i kwestia ta cały czas ciąży na dwustronnych stosunkach. Dla Japończyków jest to sprawa niezwykle honorowa, Kim więc wie, że może ją dowolnie wykorzystywać przy negocjacjach dużo poważniejszych kwestii. Obecnie, w czasie rozmów Amerykanów z Kimem, sprawa ta musiała zostać odsunięta na bok, bowiem Waszyngton bardziej zainteresowany jest rozbrojeniem niż wewnętrznymi sprawami państw azjatyckich.

Na razie więc Abe został postawiony w dość niezręcznej sytuacji. Polityk, który do niedawna był pupilem Waszyngtonu i wraz z Trumpem obmyślał jak najostrzejsze rozwiązania wobec reżimu Kima, pozostał przy swojej wizji polityki północnokoreańskiej i płaci za to relatywną izolacją. Mimo że dziś wydaje się, że właściwą drogę obrały Korea Południowa i bardziej koncyliacyjnie nastawione USA, niedługo może okazać się, że ich wysiłki spełzną na niczym i znowu to Japonia będzie rozdawać karty.

A jako że posiadanie broni atomowej jest dla Kima jedyną gwarancją przetrwania, trudno sobie wyobrazić, aby chciał się jej pozbyć, nawet za cenę sporych ustępstw ze strony USA. Abe ma więc szansę wrócić do łask w Waszyngtonie szybciej niż to dziś wydaje się możliwe.

 

Łukasz Gadzała

Udostępnij:
  • 11
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    11
    Udostępnienia
Ł. Gadzała: Ból głowy Shinzo Abe Reviewed by on 25 września 2018 .

Premier Japonii Shinzo Abe po raz trzeci został wybrany przewodniczącym swojej partii, co daje mu możliwość sprawowania urzędu szefa państwa aż do wyborów w 2021 roku. Jednak w kwestii Korei Północnej i jej arsenału nuklearnego, Abe ma niewiele do powiedzenia. Przynajmniej na razie. Jak to możliwe, że największy partner Stanów Zjednoczonych, który jeszcze do niedawna

Udostępnij:
  • 11
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    11
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Pozostaw odpowiedź