Indie news,Komentarz eksperta

Krzysztof Iwanek: Waszyngton jest bliżej Pekinu niż Delhi

 

 Obama i Indie

Nie zdążyły jeszcze przebrzmieć echa spotkania Baracka Obamy z Hu Jintao, a już premier Indii, Manmohan Singh, jest  z wizytą w Białym Domu. Jego odwiedziny mają poprawić ostatnio naderwane więzi Waszyngtonu z New Delhi.

Singh rozmawia Obamą o kilku sprawach, z których każda jest w gruncie rzeczy sporna. Jedną jest handel: wymiana między Indiami a USA rozwijała się bardzo dynamicznie ale zaczął ja przyhamowywać polityka nowego rządu USA, która postawiła na protekcjonizm rodzimej przedsiębiorczości, mając na celu załagodzenie skutków kryzysu w Ameryce. Drugą jest cywilna umowa nuklearna, którą Indusi podpisali z Amerykanami za rządów Busha. Miała ona zezwalać na swobodną sprzedać materiałów i cywilnej technologii nuklearnej do Indii, teraz jednak pojawiły się obawy, iż nowa ekipa Obamy będzie chciała ją ograniczyć (albo nawet próbować zmusić Indie do podpisania umowy o nieproliferacji, czego New Delhi nie chce). Trzecią jest zanieczyszczanie środowiska – Indusi nie zamierzają ograniczać emisji gazów cieplarnianych (być może nie wezmą nawet udziału w szczycie w Kopenhadze), której zwolennikiem jest nowa ekipa w Białym Domu.

Niezmiennie istotna jest kwestia Pakistanu i Afganistanu, która stanowi prawdziwy węzeł gordyjski. Indie i USA mają tu po części wspólne cele (zwalczanie muzułmańskich terrorystów, chociaż w gruncie rzeczy innych grup), ale i inne strategie. Amerykanie dozbrajają Pakistan z nadzieją, iż będzie używać tej broni przeciw terrorystom, Indie niezmiennie obawiają się, iż Islamabad może użyć amerykańskiego oręża przeciw nim. W Ameryce uważa się, że większe zaangażowanie Indii w Afganistanie może poprawić tam sytuację, Pakistan tymczasem traktuje je jako zagrożenie dla siebie. New Delhi chciałoby tak ograniczyć możliwości Pakistanu, by uniemożliwić ponowny atak terrorystyczny z jego terenu na Indie (jak to było w Mumbaju), Waszygton chce, by Islamabad miał jak największe możliwości i dzięki temu wspierał amerykańską walkę z Al-Kaidą. Ta zapętlona sytuacja nie została jednak rozwiązana od dawna, i jedna Manmohana Singha w Waszyngtonie tego z pewnością nie zmieni.

Jest też inny aspekt wizyty premiera Indii w USA. Jest on prawdopodobnie najważniejszy, chociaż w oficjalnej dyplomacji wspomina się go co najwyżej marginalnie.  Chodzi o dynamiczny rozwój relacji amerykańsko-chińskich.  Odwiedziny Singha w Waszyngtonie poprzedził wyjazd Obamy do Pekinu, który, według większości komentatorów, symbolizuje nową jakoś w stosunkach USA-Chiny. Nie ma już teraz wątpliwości (mało kto miał ją zresztą i wcześniej), iż pośród krajów azjatyckich Chiny mają dla Waszyngtonu największe znaczenie. Sam kierunek wizyt wiele mówi o priorytetach USA: Obama sam udał się do Chin (do Indii już nie) – za to potem to premier Indii odwiedził USA (fakt, iż jest pierwszą głową państwa przyjętą przez nowego prezydenta USA na kolację stanowi małe pocieszenie).

Waszyngton nie ma łatwego zdania: chciałby mieć dobre stosunki i z Pekinem i Delhi. Tego samego chcą i Chiny i Indie, ale równocześnie te dwa kraje są swoimi największymi rywalami w polityce międzynarodowej. Każde zdecydowane zbliżenie USA do jednego z nich powoduje oddalenie od drugiego. Tak właśnie stało się po wizycie Obamy w Pekinie. Pozostaje otwartym pytaniem, czy odwiedziny Singha w Waszyngtonie mogą to zmienić.

Zresztą, wcześniejszej wizycie prezydenta USA w Pekinie też towarzyszył  akcent indyjski. Barack Obama i Hu Jintao wspólnie wyrazili wsparcie dla rozwoju relacji indyjsko-pakistańskich chęć wspierania ,,pokoju i stabilności’’ w regionie. W języku potocznym brzmi to miło, a nawet optymistycznie, ale na poziomie języka dyplomacji był to dla New Delhi afront. Indie przyjmują od zawsze, iż kwestia Kaszmiru to ich wewnętrzna sprawa a stosunki z Pakistanem rozstrzygać będą bilateralnie, bez ingerencji państw trzecich. Deklaracja Pekinu i Waszyngtonu, która z ich perspektywy mogła brzmieć jak obietnica pomocy, w oczach Delhi brzmiała jak groźba przeszkadzania.

Nie należy tej nowej sytuacji traktować (przynajmniej na razie) jako jakiegoś przewrotu w geopolityce, tylko jako przetasowanie w priorytetach Waszyngtonu. Chociaż USA wyraźnie obecnie faworyzują Chiny, a relacje indyjsko-amerykańskie doznały uszczerbku, nadal pozostaną serdeczne, bowiem oba państwa się potrzebują (np. z powodów ekonomicznych czy zaangażowania USA w Afganistanie, gdzie wpływ Indii jest istotny).  Ekipa Busha potrafiła zaskarbić sobie przyjaźń Delhi przez szereg gestów takich jak wspomniane podpisanie cywilnej umowy nuklearnej. Ludzie Obamy jak dotąd zniwelowali część osiągnięć swoich poprzedników na polu relacji z Indiami.

Jest takie perskie powiedzenie ,,Dilli hanoz dur ast’’ – ,,Do Delhi jeszcze daleka droga’’ (czyli ,,Jest jeszcze wiele do zrobienia’’, ,,Nie od razu Rzym zbudowano’’). Jeśli administracja Obamy nie zdecyduje się teraz na jakieś wyraźne pozytywne gesty wobec Indii, zdanie to będzie trafnie opisywało indyjsko-amerykańskie relacje.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Krzysztof Iwanek: Waszyngton jest bliżej Pekinu niż Delhi Reviewed by on 26 listopada 2009 .

    Nie zdążyły jeszcze przebrzmieć echa spotkania Baracka Obamy z Hu Jintao, a już premier Indii, Manmohan Singh, jest  z wizytą w Białym Domu. Jego odwiedziny mają poprawić ostatnio naderwane więzi Waszyngtonu z New Delhi. Singh rozmawia Obamą o kilku sprawach, z których każda jest w gruncie rzeczy sporna. Jedną jest handel: wymiana między

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź