Komentarz eksperta

Krzysztof Iwanek: Konsekwencje nasilenia nalotów USA w Pakistanie

iwanek2Czas prezydentury Baracka Obamy charakteryzuje się nasileniem dwóch procesów w wojnie w Afganistanie (a w zasadzie należałoby mówić: wojnie w Afganistanie i Pakistanie). Jeden to coraz częstsze mówienie o wycofaniu wojsk amerykańskich z tego kraju. Drugi natomiast to nasilenie nalotów bezzałogowych samolotów amerykańskich na kryjówki talibów i Al-Kaidy w sąsiednim Pakistanie. Według Year of the Drone w roku 2008 przeprowadzono 34 takie ataki, w roku 2009 było ich 53, w tym roku zaś dokonano ich już ponad 70 (stan na 28 września 2010). Te dwa procesy mogą być powiązane: jeśli faktycznie zdecydowano o wycofaniu armii, to waszyngtońska administracja może teraz starać się poprzedzić ją zadaniem chroniącemu się w Pakistanie przeciwnikowi jak największych strat.

Wydaje się, iż w ostatnim tygodniu doszło do kolejnej zmiany w strategii nalotów. 27 września śmigłowce sił ISAF dwa razy przekroczyły granicę afgańsko-pakistańską, w jednym ataku zabijając co najmniej 30 bojowników, w drugim 4. Są istotne różnice między tymi nalotami a dotychczasową strategią. Po pierwsze, dotąd używano niemal wyłącznie samolotów bezzałogowych (ang. drones), stosowanie śmigłowców było bardzo rzadkie. Po drugie, ataków dokonywały samoloty amerykańskie, teraz zaś mowa jest o maszynach sił ISAF (International Security Assistance Force), na które składają się kontyngenty wszystkich państw NATO obecnych w Afganistanie. Teoretycznie zatem ataków mogą teraz dokonywać także wojska inne niż amerykańskie.

Z czysto militarnego punktu widzenia taka strategia będzie przynosić korzystne dla Amerykanów rezultaty. Jest doskonale znanym faktem, iż dowództwo talibów afgańskich, całe siły talibów pakistańskich i większość członków al-Kaidy chroni się nie w Afganistanie, gdzie formalnie toczy się wojna, ale po drugiej stronie granicy, w górach Pakistanu. Stamtąd dokonują oni ataków na tereny Afganistanu. Wniosek jest prosty: nie da się wygrać wojny z talibami w Afganistanie  bez zaangażowania się na terytorium Pakistanu.

Inaczej może być jednak z efektami politycznymi. Amerykańskie naloty na Pakistan budzą oczywiście sprzeciw tamtejszej opinii publicznej. Rząd w Islamabadzie również je formalnie potępia, ale jest tajemnicą poliszynela, iż nie mogłyby się one dokonywać bez jego zgody i wsparcia. Sprawa jest trudna: Pakistan to formalnie sojusznik USA, a zatem Amerykanie bombardują terytorium swojego sojusznika i suwerennego państwa; z drugiej stronny państwo to w rzeczywistości nie kontroluje tej części swojego terytorium, na której chronią się talibowie i Al-Kaida – ale kontroluje przestrzeń powietrzną nad tym terenem. W kwestii nalotów pakistański rząd jest zatem rozdarty między opiniami własnego społeczeństwa i potrzebami najważniejszego sojusznika. Im bardziej nasilą się naloty w Pakistanie, tym większy będzie sprzeciw tamtejszego społeczeństwa i tym bardziej kłopotliwa stanie się sytuacja Islamabadu. Rząd pakistański musi wytyczać sobie pewną górną granicę tolerancji co do tego, na ile i jakiego typu naloty pozwala.

Być może właśnie teraz ta granica została przekroczona. 30 września doszło do kolejnego ataku śmigłowca ISAF w Pakistanie, ale tym razem ofiarami okazali się trzej żołnierze armii pakistańskiej. Na znak protestu tego samego dnia rząd w Islamabadzie zablokował trasy transportowe ISAF do Afganistanu (które prowadzą właśnie przez Pakistan).

Kilkanaście godzin później, w nocy z 30 września na 1 października na skraju miasta Shikarpur w prowincji Sindh bojownicy spalili 24 cysterny z transportu ISAF. Nie można wykluczyć związku między tymi dwoma wydarzeniami. Zablokowanie tras było zapewne tylko chwilową demonstracją siły, kryzys zostanie wkrótce zażegnany a drogi odblokowane. Islamabad przypomniał w ten sposób, iż bez jego udziału wojny w Afganistanie rozstrzygnąć się nie da i pokazał, co może robić w przyszłości, kiedy siły USA lub ISAF ponownie uczynią coś, czego Pakistan nie może tolerować.

Widać zatem wyraźnie linię konfliktu na najbliższą przyszłość. Amerykanie dążyć będą do dalszej intensyfikacji nalotów na teren Pakistanu, ale Islamabad może po raz pierwszy zacząć je blokować. A dysponuje po temu rozlicznymi środkami, bo bez jego pomocy Amerykanie nie są w stanie toczyć wojny w Afganistanie. W tym kontekście potwierdzać się wydaje teza, iż Waszyngton jest coraz bliższy wycofania swoich wojsk. Dotąd bowiem USA bardzo zależało na opinii Pakistanu, skoro wiadomym było, iż konflikt będzie trwał jeszcze lata, a pomoc Islamabadu będzie w nim ciągle niezbędna. Jeśli teraz przyjęto, iż wojska amerykańskie się wkrótce wycofają (niezależnie od tego, czy wojna będzie do tego czasu wygrana czy nie, a najpewniej nie będzie), to można zaryzykować intensyfikację nalotów w Pakistanie nawet kosztem ochłodzenia relacji z Islamabadem. Pakistan będzie przeciw nim coraz silniej protestował, ale gdy Amerykanie opuszczą Afganistan, wsparcie Islamabadu nie będzie już im potrzebne. Innymi słowy, w Waszyngtonie być może przyjęto, iż jeśli już trzeba będzie zostawić konflikt nierozstrzygniętym, to lepiej pozostawić wroga z największymi możliwymi stratami a sojusznika negatywnie nastawionego niż zostawiać nieprzyjaciela ze średnimi stratami a sojusznika nastawionego pozytywnie. Zresztą, Pakistan będzie potrzebować USA nawet wtedy, gdy Waszyngton przestanie potrzebować jego, bowiem amerykańskie wsparcie stanowi dla Islamabadu zabezpieczeniem przed jego dużo silniejszym rywalem: Indiami.

Kluczową kwestią jest również nie tylko to, na ile naloty te osłabią relacje amerykańsko-pakistańskie, ale na ile osłabią przeciwników Waszyngtonu. Mówiąc pokrótce:  uderzą one bardziej w Al-Kaidę niż talibów, i bardziej w talibów pakistańskich niż afgańskich. Na dwóch zamieszkanych przez plemiona pasztuńskie terytoriach Pakistanu, to jest w North-West Frontier Province i Federally Administered Tribal Areas, chroni się kilkuset członków Al-Kaidy i tysiące talibów pakistańskich. Statystycznie zatem rzecz biorąc, w nalotach ginie dużo więcej talibów niż bojowników organizacji bin Ladena. Tym niemniej, Al-Kaida składa się z międzynarodowych ochotników przybywających spoza Afganistanu i Pakistanu (i to w stosunkowo niewielkich ilościach). Talibowie wywodzą się z miejscowej, pasztuńskiej ludności a naloty często powodują śmierć niewinnych cywili, co niejednokrotnie może prowadzić do przystępowania do talibów kolejnych niezadowolonych osób. Kadry talibów bez przerwy się regenerują, kadry Al-Kaidy nie.

Ponadto, Amerykanie tak naprawdę ani razu nie zaatakowali dowództwa talibów afgańskich (mułły Omara i całej jego szury). Według najczęściej powtarzanej wersji, ma ono siedzibę w pakistańskim mieście Quetta, a więc również blisko granicy z Afganistanem, ale w prowincji Beludżystan, na południowy zachód od terytoriów pasztuńskich. Wojska amerykańskie nigdy nie próbowały na tamtym obszarze działać (bombardowanie dużego pakistańskiego miasta byłoby zresztą wykluczone, co jednak nie przekreślałoby innych rozwiązań). Tymczasem dowódcy talibów pakistańskich i Al-Kaidy chronią się właśnie na bombardowanym przez Amerykanów pasztuńskim pograniczu. Dość powiedzieć, iż w nalotach bezzałogowych maszyn zginęli zapewne: sławny przywódca talibów pakistańskich Baitullah Mehsud (5 sierpnia 2009 r.) i koordynator działań Al-Kaidy na Pakistan, Sheikh Fateh (28 września 2010 r.).

Powietrzne ataki na terytorium Pakistanu to jeden z najważniejszych elementów wojny w Afganistanie a ich intensyfikacja to proces wart uwagi. Czas pokaże, czy przyniosą one Amerykanom więcej rezultatów pozytywnych (osłabienie talibów i Al-Kaidy) czy negatywnych (opór Pakistanu). Jeśli tylko rząd w Islamabadzie będzie wobec nalotów tak tolerancyjny jak to było dotąd, przeważą te pierwsze rezultaty.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Krzysztof Iwanek: Konsekwencje nasilenia nalotów USA w Pakistanie Reviewed by on 1 października 2010 .

Czas prezydentury Baracka Obamy charakteryzuje się nasileniem dwóch procesów w wojnie w Afganistanie (a w zasadzie należałoby mówić: wojnie w Afganistanie i Pakistanie). Jeden to coraz częstsze mówienie o wycofaniu wojsk amerykańskich z tego kraju. Drugi natomiast to nasilenie nalotów bezzałogowych samolotów amerykańskich na kryjówki talibów i Al-Kaidy w sąsiednim Pakistanie. Według Year of the

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Patrycja Pendrakowska

Prezes CSPA od maja 2017 roku, ekspert od Chin. Doktorantka w zakładzie filozofii społecznej UW. Ukończyła sinologię, etnologię i socjologię na UW, którą studiowała również na Ludwig-Maximilians Universität w Monachium. W 2011 roku badała problem migracji w Nepalu, w Institute of Integrated Development Studies w Katmandu. Była redaktorka TVN24 i wolontariuszka w dziale misji PAH. Otrzymała stypendia naukowe na seminaria i badania w Polsce, Niemczech, Hiszpanii i Chinach. E-mail: [email protected]; twitter: @patrycjapendra

komentarze 2

  • jedno jest pewne, jesli Amerykanie and company nie rozwiaza powaznie problemu talibskiego w Pakistanie to USA predzej czy pozniej beda musialy sie wycofac no chyba,ze tesknia za drugim Wietnamem, inne problemy utrudniajace sprawe to korupcja i narkotyki, Afgan to glowny producent heroiny przeciez, ciekawe jak tam u Amerykanow z rozpoznaniem wywiadowczym ? bo penetracja srodowisk islamistycznych a Pasztunow zwlaszcza to raczej nie latwa sprawa…

  • Artykuł dotyka nie tylko tematu wojny Zachodu i popieranego przezeń umiarkowanego reżimu w Kabulu z talibskimi fanatykami, ale również skomplikowanej, a właściwie fatalnej sytuacji wewnętrznej Pakistanu. Cyt. „Sprawa jest trudna: Pakistan to formalnie sojusznik USA, a zatem Amerykanie bombardują terytorium swojego sojusznika i suwerennego państwa; z drugiej stronny państwo to w rzeczywistości nie kontroluje tej części swojego terytorium, na której chronią się talibowie i Al-Kaida – ale kontroluje przestrzeń powietrzną nad tym terenem.”
    Moim zdaniem efektem ubocznym intensyfikacji nalotów na cele w Pakistanie oraz przyzwolenia na nie Islamabadu może być dalsza radykalizacja i tak już bardziej niż kiedykolwiek antyzachodnich nastrojów wśród Pakistańczyków. Rezultatem może być destabilizacja, a nawet utrata władzy przez obecną ekipę i dostanie się pakistańskiego arsenału nuklearnego w ręce islamskich fanatyków… Bardzo możliwe więc, że nalotami na teren Pakistanu USA kopią polityczny grób obecnej ekipie w Islamabadzie, zarazem otwierając kolejną po Iraku i Afganistanie puszkę Pandory.
    Sytuacja jest, mówiąc kolokwialnie, podbramkowa. Osobiście uważam, że wojny w Afganistanie Zachód nie wygra, a już na pewno nie tak nieudolnymi politycznie metodami. Z dwojga złego chyba więc lepiej w miarę wcześnie wycofać się z Afganistanu i pozwolić, by dalej tkwił w średniowieczu niż pozwolić, by oprócz Afganistanu wrogowie Zachodu przejęli Pakistan i jego ośrodki atomowe…

Pozostaw odpowiedź