Komentarz eksperta

Krzysztof Iwanek: Indyjski awatar Camerona

iwanek226 lipca b.r. premier Wielkiej Brytanii David Cameron przybył do Indii na trzydniową wizytę. Odbyła się ona z wielką pompą a politykowi towarzyszyła potężna delegacja oficjeli, największa od czasów kolonialnych, kiedy to ,,perłę w koronie’’ odwiedzali brytyjscy monarchowie ze swoją świtą.

Nic dziwnego zatem, iż w oczach niektórych komentatorów wizyta Camerona ma w pewnym sensie przypominać o kolonialnych związkach między dwoma państwami. Niektórzy stwierdzają, iż dzięki wspólnej przeszłości Wielka Brytania ma ze wszystkich państw europejskich najlepsze możliwości rozwoju współpracy z Indiami. W rzeczywistości jednak wizyta brytyjskiego premiera dowodzi czegoś zupełnie odwrotnego. Jeśli bowiem Wielka Brytania nadal korzystałaby z prestiżu wyniesionego z epoki kolonialnej, to dlaczego jest zmuszona tak zwracać na siebie uwagę Indii, organizując tak liczną delegację i tak huczne odwiedziny?

Odpowiedź jest prosta: bo indyjsko-brytyjskie relacje nie są już tak świetne. Kapitał zachowany z czasów kolonialnych dawno się zdewaluował, w ostatnich latach zrobiono za mało, by wzajemne stosunki poprawić a obydwa państwa szukały priorytetów w swojej polityce zagranicznej gdzie indziej (w Londynie patrzono bardziej w stronę Chin, w Nowym Delhi – w stronę USA). W ostatnich latach sytuację utrudniło kilka gaf popełnionych przez angielskich dyplomatów. Indyjski eksport i inwestycje w Wielkiej Brytanii są dużo prężniejsze niż brytyjskie działania w przeciwną stronę (dość wspomnieć symboliczne bardziej wykupienie Jaguara i Land Rovera przez koncern Tata), a indyjskich obywateli dodatkowo rozeźliła rygorystyczna polityka wizowa, jaką stosuje wobec nich Londyn. Skoro David Cameron podkreśla, iż owocem jego wizyty ma być ,,nowy’’ i ,,wyjątkowy’’ związek z Indiami, to znaczy, że dotychczasowy, stary związek wyjątkowy nie był.

Odwiedziny brytyjskiego premiera unaoczniają nam zatem, iż w Nowym Delhi coraz bardziej podchodzi się do stosunków międzynarodowych w duchu realpolitik, w której interesy państwa są ważniejsze od sentymentów jego mieszkańców. Owszem, Wielka Brytania jest do dzisiaj w Indiach najlepiej kojarzonym i szanowanym państwem Starego Kontynentu, wielu Indusów do dziś lubuje się we wszystkim tym, co brytyjskie a Londyn to najlepszy punkt startowy dla indyjskiego emigranta szukającego pracy w Europie. Tylko że stołeczni politycy nie pozwalają już, by te zamiłowania obywateli wpływały na kierunek polityki zagranicznej. Dość przypomnieć, że jednym z państw Europy, które w ostatnich czasach zbudowało najlepsze relacje z Indiami jest Francja, chociaż przecież wielu Indusów nawet nie pamięta, iż miała ona kolonialne posiadłości na subkontynencie. Zresztą, Nowemu Delhi najbardziej zależy na dobrych stosunkach z USA (a w następnej kolejności: z Rosją) i w wypadku obu tych państw chodzi o ich mocarstwową pozycję, a nie historyczne związki z Indiami.

Dla krajów takich jak Polska powyższe wnioski to zarówno dobra jak i zła wiadomość. Dobra, bo oznacza ona, że obecnie przychylność Nowego Delhi może uzyskać również kraju dotąd historycznie z nimi niezwiązany i pozbawiony dotąd znaczniejszej rozpoznawalności i prestiżu w Indiach. Zła, bo jeśli nawet kraj tak znaczący jak Wielka Brytania potrzebuje takiego rozgłosu, by zwrócić na siebie uwagę Nowego Delhi, to jakie szanse ma państwo o potencjale Polski? Z drugiej strony, nie chodzi przecież o to, by delegacja była jak największa, jak to uczynili ludzie Camerona, ale by składała się z właściwych ludzi, którzy rozmawiać będą na właściwe tematy. Równocześnie jednak, wizyta brytyjskiego premiera w Indiach pokazuje, że istotny jest odpowiedni profil:  odwiedziny na subkontynencie powinny trwać odpowiednio długo i nie należy ich łączyć z podróżą do zbyt wielu krajów (jak wspomniano, Cameron był w Indiach trzy dni, a poza tym zatrzymał się tylko w Turcji). W stolicy jednej z azjatyckich potęg nie można zatrzymywać się tak, jakby była tylko punktem przesiadkowym podczas kontynentalnej objazdówki.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Krzysztof Iwanek: Indyjski awatar Camerona Reviewed by on 3 sierpnia 2010 .

26 lipca b.r. premier Wielkiej Brytanii David Cameron przybył do Indii na trzydniową wizytę. Odbyła się ona z wielką pompą a politykowi towarzyszyła potężna delegacja oficjeli, największa od czasów kolonialnych, kiedy to ,,perłę w koronie’’ odwiedzali brytyjscy monarchowie ze swoją świtą. Nic dziwnego zatem, iż w oczach niektórych komentatorów wizyta Camerona ma w pewnym sensie

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 2

  • Ciekawy artykuł, poruszający złożony temat wzajemnych relacji Londynu i New Delhi. W stosunku mieszkańców Indii do dawnej metropolii istnieje kompleks ledwo skrywanego podziwu i niechęci. Hindusi mają sporo powodów do pretensji względem Brytyjczyków, podobnie jak Polacy wobec Rosji. Mimo to, w przeciwieństwie np. do PiS, politycy z New Delhi stosują się do zasady realpolitik, zamiast dąsać się i w kółko wypominać „wrednym Brytolom” ich draństwa.
    A przecież powodów do pretensji wobec UK nie brak. Niegdyś „Złoty Bengal”, a potem reszta Indii, były widownią skrajnej eksploatacji. Brytyjski system lichwy, wygórowanych podatków, ceł, egzekucji komorniczych zastąpił dawne rozwiązania oparte na wspólnocie i podziale pracy. Zadłużeni i w rezultacie pozbawiani ziemi chłopi zasilali rzesze taniej siły roboczej w Kalkucie i innych miastach. Uprawy żywieniowe zostały zastępowane przez plantacje herbaty, juty, palmy oleistej, konopi indyjskich. Notabene, te ostatnie służyły do produkcji opium eksportowanego głównie do Chin. Tak więc to brytyjska Kompania Wschodnioindyjska, którą tak piętnował Adam Smith za jej monopolistyczne praktyki, była nie tylko czynnikiem sparaliżującym drobną przedsiębiorczość, ale wręcz swoistym pierwowzorem karteli z Medellin, Cali i Tijuany…
    Na skutek bezwzględnej, systematycznej eksploatacji kolonialnej oraz korzystnej wyłącznie dla W. Brytanii polityki celnej i podatkowej, Bengal (część Indii, która jako pierwsza dostała się Anglikom) stał się strefą skrajnej nędzy z epicentrum w Kalkucie, nazywanej kilkadziesiąt lat temu „kloaką świata” i „zbiorowym grobem żywych i umarłych” . Podsumowaniem brytyjskiej polityki maksymalnej eksploatacji była śmierć głodowa 4 milionów Bengalczyków w 1943 r. Dopiero w czasach niepodległości Indie stały się samowystarczalne żywnościowo. Anglia zadbała też o to, by Indie nie rozwinęły zbytnio swego przemysłu. W interesie brytyjskich „nosicieli cywilizacji” było bowiem nie dopuścić do powstania konkurencji. Warto tu przypomnieć, że Mahatma Gandhi zasłynął jako człowiek, który w pokojowy sposób występował przeciwko brytyjskiej eksploatacji Indii.
    Dla Brytyjczyków Indie były „perłą w koronie” – żadna inna kolonia nie dawała im takich zysków: plantacje konopi indyjskich, herbaty, juty, kopalnie węgla, zyski z lichwy, a do tego najtańsza w świecie siła robocza, często rekrutująca się z doprowadzonych uprzednio do ruiny indyjskich kupców, rzemieślników i chłopów. Oczywiście trwało to tak długo, jak długo opłacało się Londynowi. W. Brytania poniosła olbrzymie straty w 2 wojnie światowej, co utrudniało jej kontrolę nad koloniami. A gdy dodatkowo koszty zaczynały przewyższać zyski ciągnięte z doprowadzonego do „parteru” kraju, Brytyjczycy zgrabnie się wycofali, pozostawiając Indie w stanie religijnej wojny domowej. W jej efekcie powstały dwa odrębne państwa – świeckie Indie i muzułmański, aczkolwiek wówczas bardziej liberalny obyczajowo niż dziś, Pakistan.
    Owszem, są rzeczy pozytywne jakie Indie zawdzięczają brytyjskiej władzy: zniesienie okrutnego hinduskiego zwyczaju palenia wdów (sati), system parlamentarny, sieć kolejowa. Oczywiście naiwnością byłoby sądzić, że Anglicy pobudowali koleje z poczucia misji cywilizacyjnej: chodziło raczej o możliwość szybkiego transportu surowców i produktów, a także wojsk.
    Mimo tych wszystkich zaszłości historycznych, niepodległe Indie nigdy nie odrzuciły możliwości współpracy z dawną metropolią. Tak samo i my nie powinniśmy blokować możliwości współpracy gospodarczej z Rosją. A tym, którzy zioną nienawiścią do Rosjan, Niemców, Żydów, cyklistów itd., należy po prostu zalecić badanie kontrolne u psychiatry.

    • Avatar Krzysztof Iwanek

      Szanowny Panie
      Dziekuje za obszerny komentarz.
      Poruszył Pan ciekawe zagadnienie (niejedno zresztą), nad którym kiedyś się zastanawiałem. W każdej chyba, lub niemal każdej byłej kolonii istnieje jednak jakiś sentyment do byłej metropolii i pewnych elementów kolonialnych. W Polsce w stosunku do Rosji – ani trochę.
      Władza rosyjska budzi same złe skojarzenia. Oczywiście, formalnie według historycznej terminologii kolonią nie byliśmy ale w sumie dlaczego nie mielibyśmy tak tego określać.
      Myślę, że powody są dwa
      – każde lub prawie każde państwo kolonialne coś jednak kolonii dawało, jakiś rozwój i technologię w zamian za wyzysk. A my, a raczej część Polski, trafiliśmy akurat pod władzę zacofanego jak na warunki europejskie państwa, jakim była Rosja. Wbrew ogólnoświatowej tendencji, byliśmy pod władzą kraju na wschód od nas, nie na zachód. Ale już wobec Niemców nadal czujemy zazdrość ze względu na ich ordnung i rozwój, prawda? I to uczucie jakie Polacy żywią steretypowo do Niemców, niechęć wymieszana z zazdrością, jest typowo postkolonialnme, podobne pewnie do tego jakie czuje się w koloniach do metropolii (tylko że u nas dochodzi doświadczenie okrucieństw drugiej wojny)
      – Rosjanie u nas próbowali wykorzenić narodowość (no, Niemcy akurat też). Brytyjczycy w Indiach przynajmniej nikogo na siłę nie próbowali uczyć angielskiego i niszczyć języków indyjskich (bo i tak by się nie udało). A im większy przymus, tym mniejsza reakcja odwrotna. U Rosjan ten przymus był większy niż u Brytyjczyków w Indiach, szczególnie po powstaniu styczniowym.
      – No i w stosunku do Rosjan też zostaje doświadczenie drugiej wojny i potem władzy sowieckiej.

      Z tych powodów, jak sądzę, jesteśmy krajem, w którym były władca, przynajmniej wschodni, jest traktowany z dużo większą niechęcią niż Wielka Brytania w Indiach.

      Ale oczywiście to wszystko są przyczyny historyczne, którze trzeba zrozumieć, ale jednak na obszarze polityki zagranicznej trzeba wyjść poza nie i patrzeć w przyszłość.

      Indie mają teraz dobre stosunki z Izraelem, którego kiedyś nawet nie uznawały (był w końcu brytyjskim tworem, no i wtedy mieli bliskie relacje z blokiem arabskim). Natomiast w relacjach z Pakistanem nawet twarda hinduska prawica, która kiedyś wzywała do militarnych rozwiązań, kiedy doszła do władzy w latach 90., dążyła do konkretnego porozumienia.

      Pozdrawiam
      KI

Pozostaw odpowiedź