BLOGOSFERA

„Konrad Godlewski”: Lekcje chińskiego

Każdy sinolog z lekcjekrwi i kości przynajmniej raz w życiu marzył, że zostać Chińczykiem. John Pomfret, były korespondent AP i “Washington Post” w Pekinie, jest jednym z nielicznych, którzy się do tego marzenia zbliżyli.

“Lekcje chińskiego” zaliczam do najlepszych książek o Chinach współczesnych. Pomfret trafił za Wielki Mur w 1980 roku, jako jeden z pierwszych amerykańskich studentów po oficjalnym nawiązaniu stosunków amerykańsko-chińskich rok wcześniej. Postarał się o miejsce na Uniwersytecie Nankińskim (Nanda), bo tam jeszcze cudzoziemców kwaterowano w akademikach razem z Chińczykami. Gdyby nie ta zapobiegliwość, nie byłoby “Lekcji Chińskiego”.

Każdy, kto miał do czynienia z Chinami wie, jak trudo przenikąć tamtejszą kulturę i nawiązać autentyczne przyjaźnie z Chińczykami. Mieszkając z kilkoma tubylcami w jednym, ciasnym pokoju, Pomfret nawiązał takie znajomości i posiadł zrozumienie kraju dostępne jednynie najbardziej “wtajemniczonym” lao-łajom. Wiedzę systematycznie pogłębiał: pracował w Państwie Środka jako korespondent i relacjonował wydarzenia w Pekinie w 1989 roku, za co został z Chin wyrzucony; potem jednak zdołał wrócić i w 1999 roku poznał tam swą obecną żonę.

Gawęda Pomfreta ciągnie się od początków “otwarcia Chin na świat”, aż po przedolimpijską gorączkę w połowie lat “zerowych” nowego wieku. Jej bohaterami jest pięcioro studentów, którzy podzielili się z nim intymnymi szczegółami ze swego życia. Jest wśród nich partyjny aparatczyk, naukowiec-biznesmen, dziennikarz na emigracji we Włoszech oraz zdolna dziewczyna, która poświęciła karierę w Pekinie dla małżeństwa.

“Lekcje chińskiego” to książka, która pomaga zrozumieć współczesne Chiny. Zaczyna się od rewolucji kulturalnej – będącej swego rodzaju mordem założycielskim dla teraźniejszego pragmatyzmu. Opisując tragedie swoich bohaterów, Pomfret tłumaczy, skąd wziął się w nich hart ducha, pragnienie normalności.

Książka pozbawiona jest jednak jakiejś przewodniej diagnozy – na pewnym etapie zrozumienia, żaden kraj nie da się przecież zredukować do stereotypu (dobrze to widać w Polsce po katastrofie smoleńskiej). Na przykład Pomfret – na przekór rzeszom zachodnich autorów powielających klisze o “kolektywizmie” – przekonuje, iż Chińczycy to w zasadzie naród indywidualistów:

Wbrew stereotypom o ludziach Wschodu nastawionych bardziej na działanie zespołowe, Chińczycy często byli większymi indywidualistami niż przybysze z Zachodu. Przez całe życie siłą zmuszani do łączenia się w grupy i komuny, szczerze ich nienawidzili. Nie umieli współpracować.”

Wielką zaletą pisarstwa Pomfreta jest uniwersalność. Laik, znajdzie u niego porywającą opowieść, a chiński pasjonat – wnikliwe obserwacje. Dla mnie taką ciekawostką była relacja z wybuchu narodowego entuzjazmu w listopadzie 1981 roku, kiedy to chińskie siatkarki pokonały Japonię. Słownik modnych słówek, który kupiłem w Pekinie poświęca temu wydarzeniu hasło “duch siatkarek” (oznaczające coś w rodzaju naszej małyszo-, czy też kubicomanii). Tymczasem Pomfret postrzega to zdarzenie jako początek nowego chińskiego nacjonalizmu (i antyjaponizmu):

Idąc ulicami, spotkaliśmy jeszcze kilkoro innych znajomych z roku. Niektórzy płakali. “Chiny powstały!” – zawołał do nas jeden z nich, używając tych samych słów, po jakie sięgnął Mao w 1949 roku. Rozglądając się dookoła, widziałem coraz więcej płaczących młodych ludzi. Byłem zaskoczony. Jedno zwycięstwo w siatkówkę wystarczyło, żeby uwolnić długo skrywane namiętności…

Książkę Pomfreta cenię jeszcze za intymność – nie tylko opisy rozlicznych romansów autora i jego przyjaciół, ale i za bardziej skomplikowane sprawy. Choćby za jego poczucie winy wobec Liu Ganga, wojskowego i kompozytora, który w maju 1989 roku zdobył dla Amerykanina dokument sugerujący, iż plac Tian’anmen czeka rozwiązanie siłowe. Pomfret przyznaje, że otrzymał rzecz będącą marzeniem każdego dziennikarza, ale o niej nie napisał, bo był tak zmęczony, że usnął… Dla Liu Ganga sprawa skończyła się jednak przykro – aresztowany przez bezpiekę, został za ujawnienie tajemnicy państwowej skazany na trzy lata więzienia. Pomfret odnalazł go po latach. Okazało się, że Liu nie ma wobec niego żalu, a nawet zrobił karierę komponując propagandowe opery (cos jak opisywałem), z ukrytą antysystemową drwiną w libretto.

Całą orkiestra podjęła główny temat, dyrygent szarpał się spazmatycznie. Trzech tenorów zaczęło dynamiczną piosenkę o “zabijaniu karłowatych Japońców”. Utwór wyraźnie porwał publiczność. Chór złożony z kobiet w średnim wieku zaczął zwiewną śpiewkę o umiejętnościach chińskich strzelców wyborowych. Refren brzmiał: “Zastrzelić ich, zastrzelić, niech krew płynie z ich oczu”. Publiczność kołysała się w rytm. (…)

– Sam napisałem większą część libretta – odparł Liu z cierpkim uśmiechem. – Ten tekściarz nie miał pojęcia o swojej pracy. To wszystko jest żart. Jeden wielki dowcip.

Powodów do zachwytu nad “Lekcjami” jest jeszcze mnóstwo: świetne anegdoty, ciekawe uwagi na temat języka, świetny przekład i wygodny indeks. W mojej biblioteczce ksiażka ta – pokreślona uwagami i odnośnikami do ciekawych cytatów – już zajęła poczesne miejsce.

Artykuł ukazał się na blogu Konrada Godlewskiego.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Konrad Godlewski”: Lekcje chińskiego Reviewed by on 27 kwietnia 2010 .

Każdy sinolog z krwi i kości przynajmniej raz w życiu marzył, że zostać Chińczykiem. John Pomfret, były korespondent AP i “Washington Post” w Pekinie, jest jednym z nielicznych, którzy się do tego marzenia zbliżyli. “Lekcje chińskiego” zaliczam do najlepszych książek o Chinach współczesnych. Pomfret trafił za Wielki Mur w 1980 roku, jako jeden z pierwszych

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 5

  • Z początku wydawało mi się, że książka będzie świeżym, godnym uwagi spojrzeniem na Chiny. W miarę lektury artykułu coraz bardziej zacząłem odnosić wrażenie, że Mr. Pomfret patrzy na Chiny przez typowo anglosaskie „okulary”. Pisząc, jak to w 1981 r. ludzie wołali „Chiny powstały”, zupełnie pomija fakt, że w świadomości Chińczyków wydarzenia sprzed kilku dekad, jak japońska okupacja, czy z XIX wieku jak interwencje obcych mocarstw są stosunkowo świeże. I nawet trudno się dziwić, czasowa odległość tych wydarzeń od współczesności to bowiem ledwie drobny procent całej historii Chin.
    Jeśli cała książka prezentuje się tak, jak opisał ją Pan Godlewski, to raczej nie sądzę, bym miał ją kupić. A jeśli wolno mi pokusić się o mwienie o swojej biblioteczce, to w niej poczesne miejsce zajmuje „Chińszczyzna” Ireny Sławińskiej – Hu Pei-Fang, która to książka ukazała się nakładem toruńskiego wydawnictwa Adam Marszałek. Autorka jest osobą wybitnie kompetentną, by pisać o Kraju Środka. Jest bowiem rodowitą Chinką, która większą część życia spędziła w Polsce. Pani Sławińska, niegdyś reporterka ilustrowanego miesięcznika „Kontynenty”, z pasją i niezwykłą wnikliwością opisuje Chiny, różne aspekty ich historii i kultury. Nie szczędzi słów krytyki pod adresem przyczyn upadku Chin w czasach nowożytnych. Zarazem daje wyraz głębokiej miłości do swego kraju, jego piękna i kulturowego bogactwa, którym z pasją dzieli się z czytelnikem. Niezwykła lektura. Gorąco ją polecam! :-)

    • Mimo wszystko nie zrażałbym się powyższą recenzją i szczerze polecam tę książkę. Czytając tę recenzję można odnieść wrażenie, że książka pełna jest szowinistycznych i anty-japońskich treści ale zapewniam, że taka nie jest. Mam wrażenie, że autor recenzji poszedł trochę w złym kierunku. Opisy z Tiananmen są bardzo ciekawe, ponieważ dotyczą kwestii, które można by uznać za „niepoprawne politycznie” na Zachodzie. Np. „protest głodowy”, który autor książki widział osobiście. Według opisów Pomfreta, część „głodujących” po cichu podjadała, a niektórzy nawet głodowali na zmiany (3 osoby zmieniały się co 8 godzin udając przed dziennikarzami jedną osobę). Pozycja niewątpliwie ciekawa.

  • Dobra, co nas obchodzą tam jakieś ekscesy/sukcesy jakiegoś amerykańca. Mówmy o POLSCE w Azji! Heh, czytać książkę o Chinach, napisaną przez amerykańca (nawet takiego), nigdy!

    • Nie wiem, czy żartujesz, czy piszesz poważnie? Tę książkę z pewnością warto przeczytać, bez względu na pochodzenie autora. Do pozycji „Lekcje chińskiego” dodałbym również książkę Emily Wu pt. „Piórko na wietrze”. Obie książki traktują o pokoleniu wychowanym w czasach rewolucji kulturalnej i świetnie się uzupełniają.

Odpowiedz na „Mariusz DąbrowskiAnuluj pisanie odpowiedzi