BLOGOSFERA

Kiss me, czyli Zrób mi zdjęcie (O Korei, chociaż się na niej nie znam)

Lubię czasem wchodzić na stronę engrish.com i zaśmiewać się z zamieszczanych tam przezabawnych zdjęć błędów i dziwacznych sformułowań w języku angielskim z całego świata. Do twórców tej strony każdy może wysłać zdjęcia ze swoich podróży, do którego nierzadko dodawany jest komentarz, czyniący lapsus jeszcze zabawniejszym. Niedawno na stronie zamieszczono na przykład zdjęcie menu w Mongolii, w którym reklamowano danie o nazwie spicy fried lamp, a nad i pod zdjęciem dopisano: For a light meal i today’s spotlight. Na engrish.com dominują obrazy z Chin, Japonii, Tajlandii i Kambodży, ale gdyby znaleźli się nowi ,,dostawcy’’ zdjęć, przez portal z pewnością przewijałoby się wiele innych państw. Bez wątpienia na liście nieraz zagościłaby Republika Korei.

Moja ulubiona anegdotka z tej kategorii opowiada jednak nie o napisie, ale rozmowie dotyczącej robienia zdjęć… a przynajmniej taką mam nadzieję. Kiedyś w centrum Seulu byłem świadkiem sceny, w której młoda para Koreańczyków podeszła do cudzoziemki z ewidentną, jak się wydaje, prośbą zrobienia im zdjęcia. Młodszy Koreańczyk wyraźnie chciał podać cudzoziemce aparat, jakiś czas zastanawiał się jednak, jakiej formy użyć. Ostatecznie spytał nieśmiało: Kiss me?…

(Cała historia zakończyła się happy endem w tym sensie, że cudzoziemka rzeczywiście zrobiła zdjęcie Koreańczykowi zamiast go całować).

A oto kilka przykładów zdjęć z Korei, które mogłyby znaleźć się na engrish.com (ale jak ich tam nie zamierzam wysyłać).

20150204_162138

20140915_173417

20140524_163153

Poza tym, jak w przypadku każdego regionalnego angielskiego, koreański angielski, jeśli już rzeczywiście używany, ma swoją specyfikę. Jako przykłady leksykalne mogą posłużyć: znacznie częstsze używanie store niż shop na ,,sklep’’, ogłaszanie grand open przy otwieraniu nowego sklepu czy innej placówki albo mówienie na lepsze autokary limousine. W efekcie w Korei można wybrać się na lotnisko limuzyną i to za całkiem przystępną cenę!

W Korei naprawdę na dłuższą metę trudno funkcjonować bez koreańskiego. Owszem, może póki trzyma się turystycznych enklaw… ale i wtedy może być różnie. Infrastruktura jest opisana w różnych językach, a centra obsługi turystów w większych miastach udzielą rozmaitej pomocy, ale już na przykład wiele hoteli, szczególnie mniejszych, może nie mieć ani strony internetowej, ani obsługi posługującej się językiem angielskim. Czasem nawet to, co powinno być dostosowane właśnie dla cudzoziemców, zaskakuje brakiem wersji anglojęzycznej. Ot, taki przykład z mojej uczelni, na której pracuje dość dużo zagranicznych wykładowców, bo specjalizuje się ona w nauczaniu języków. Zarówno na drukowanych listach obecności studentów, jak i w internetowych formularzach do wpisywania ocen imiona i nazwiska studentów zapisane są tylko pismem hangeul. Aby z tych list korzystać, trzeba albo nauczyć się tego pisma albo korzystać z figurujących obok numerów indeksów (ale rzędy cyfr mniej różnią się od siebie i nie kojarzą się z osobą, stąd ryzyko pomyłki uważam tutaj za większe). Szczęściem pismo hangeul jako takie – pomijam tu kwestię wymowy – jest bardzo proste, można się go nauczyć z Internetu. W zasadzie zatem może pierwsze zdanie tego akapitu powinienem lekko przerobić. Na dłuższą metę w Korei trudno funkcjonować bez koreańskiego, a nauka hangeul jest wysoce wskazana nawet na krótką metę, a przy dłuższym i większym zaangażowaniu po prostu niezbędna.

Trochę to paradoksalnie w Korei niemal wszyscy uczą się bądź pragną uczyć się angielskiego. W wielu szkołach poniżej poziomu uczelnianego zatrudnia się nauczycieli anglojęzycznych. A mimo to potem tak trudno się tu po angielsku porozumieć. Nie mi jednak oceniać, dlaczego tak jest. Koreańczykom bez wątpienia z wielu powodów trudno uczyć się angielskiego. Są publikacje analizujące te powody, niech zatem wypowiadają się ci, którzy o tym wiedzą więcej.

Mimo wszystkiego, co napisałem powyżej, nie chcę zabrzmieć jak osoba, która wyżywa się czy wyzłośliwia (cóż, w tym wypadku szczypty złośliwości nie dało się uniknąć). Dodam zatem na koniec, że problemy językowe nie muszą wiązać się z problemami organizacyjnymi. Wręcz przeciwnie – Republika Korei to dobrze zorganizowany kraj, pod różnymi względami lepiej niż Polska. Póki zaś wszystko idzie sprawnie, konieczność używania języka, a dokładniej używania języka do tłumaczenia trudniejszych rzeczy, jest mniejsza (łatwiej wytłumaczyć jak coś działa, trudniej – dlaczego nie działa). Jest to w ogóle ciekawe zjawisko. W Indiach przeciętna znajomość języka angielskiego jest dużo wyższa niż w Korei, ale organizacja kraju jest dużo gorsza. W Chinach i Korei jest na odwrót. Oceniam to tylko z perspektywy turystycznej (bo w Indiach mieszkałem, w Korei mieszkam, ale Chiny tylko trzy razy zwiedzałem, bez dłuższego mieszkania). Jako pilot wycieczek w Indiach musiałem rozwiązywać dużo więcej problemów niż w Chinach. W Chinach i Korei nie potrafię porozumieć się w miejscowym języku/językach, ale tak naprawdę konieczności rozwiązywania problemów jest relatywnie mniej. Nie chcę zatem żadnego potencjalnego podróżnika do Korei wystraszyć – może z porozumiewaniem się będzie różnie, ale organizacyjnie zazwyczaj będzie łatwo i wygodnie. No, i zawsze jest ta szansa, że jakiś przystojny nieznajomy czy nieznajoma nieśmiało zaproponuje pocałunek na ulicy.

Krzysztof Iwanek

Blog ,,O Korei, chociaż się na niej nie znam” ukazuje się w (prawie) każdy piątek (fakt, ostatnio miałem długą przerwę i brakowało mi regularności). Poprzedni wpis znajduje się tutaj:

http://www.polska-azja.pl/2014/12/22/dobongsan-w-jesiennych-szatach-o-korei-chociaz-sie-na-niej-nie-znam/

Mój drugi blog to ,,Blog o Wymyślonym Kraju’’, który ukazuje  się w (prawie) każdy czwartek. Można znaleźć go tutaj:

http://wymyslonykraj.blog.pl/

Blog o Wymyślonym Kraju bierze udział w konkursie Blog Roku 2014. Jeśli Ci się spodoba, wyślij proszę (płatnego) smsa o treści J11274 na numer 7122.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Kiss me, czyli Zrób mi zdjęcie (O Korei, chociaż się na niej nie znam) Reviewed by on 5 lutego 2015 .

Lubię czasem wchodzić na stronę engrish.com i zaśmiewać się z zamieszczanych tam przezabawnych zdjęć błędów i dziwacznych sformułowań w języku angielskim z całego świata. Do twórców tej strony każdy może wysłać zdjęcia ze swoich podróży, do którego nierzadko dodawany jest komentarz, czyniący lapsus jeszcze zabawniejszym. Niedawno na stronie zamieszczono na przykład zdjęcie menu w Mongolii,

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź