Publicystyka,Wywiady

K. Sobieraj: O Chinach, języku chińskim i chińskiej „eurowizji” językowej- wywiad z Katarzyną Bańką

O Chinach, języku chińskim, chińskiej „eurowizji” językowej, a nawet chorobie Alzheimera rozmawiałem z Katarzyną Bańką, która jest wykładowcą akademickim w Zakładzie Psycholingwistyki Stosowanej na Uniwersytecie Śląskim, a także nauczycielem języka chińskiego w Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 1 w Świętochłowicach. Jest tłumaczem języka angielskiego i języka chińskiego. W 2010 r. zajęła drugie miejsce w prestiżowym konkursie „Most do Języka Chińskiego”. Wielokrotnie nagradzana stypendiami naukowymi, zarówno polskimi jak i chińskimi. Uczestniczka wielu konferencji naukowych, zaangażowana w imprezy kulturalne – największymi z nich były: Chiński Nowy Rok organizowany przez Ambasadę Chińskiej Republiki Ludowej w Warszawie oraz China Expo Brand Show Poland.

Kamil Sobieraj: O ile dobrze mi wiadomo, jest Pani na ostatniej prostej do osiągnięcia stopnia doktorskiego na Uniwersytecie Śląskim. Bardzo proszę o przedstawienie co jest przedmiotem Pani badań.

Katarzyna Bańka: W końcu ukończyłam pisanie mojego dziecka, czyli mojego doktoratu, którego tytuł po polsku brzmi „Specyfika języka chińskiego i jej wpływ na przyswajanie tego języka w mowie i piśmie przez początkujących studentów polskich”.

Jako nauczyciel języka chińskiego pewnie często spotyka się Pani z pytaniem o trudność nauki tego języka. Usłyszałem kiedyś ciekawą tezę, że nauka języka chińskiego jest trudna na początku, ale z czasem jest już tylko łatwiej. Więc jak to jest z tym językiem chińskim – łatwo się go nauczyć czy jest to bardzo wymagający język?

Napisałam kilka artykułów na ten temat. W jednym z nich poruszyłam tę tematykę, szczególnie uwzględniając uczniów początkujących. Na początku wszyscy traktują naukę języka chińskiego, jako fajną zajawkę, fajny język do uczenia się, wszystkim się podoba, wszyscy są zafascynowani, zaciekawieni. Rozpoczynając naukę języka chińskiego wydaje się nie być to trudne, ponieważ znaki na początku są mało skomplikowane, co wynika głównie z tego, że my – nauczyciele języka chińskiego – tak prowadzimy zajęcia, żeby nikogo nie wrzucać od razu na bardzo głęboką wodę. Dochodzi do tego nauka tonów, sylabiczność tego języka, odmienna – prostsza niż w każdym języku indoeuropejskim – gramatyka. Po ok. trzech miesiącach zauważalny jest spadek zapału i motywacji uczniów, co nazywam „critical period”, który trwa przez miesiąc. Uświadamia on uczniom, że nauka języka chińskiego nie jest taka łatwa, że trzeba włożyć w to mnóstwo pracy. Uczenie się języka jest jak otwieranie kolejnych drzwi – po nauczeniu się jednego znaku, otwieramy drzwi, a tam znajdujemy cztery kolejne. Każdy znak ma wiele znaczeń, znaki mają również wiele możliwości wymowy, więc problemów jest o wiele więcej. Chiński zatem, to bardzo wymagający język. Przyznam szczerze, że w porównaniu do języków indoeuropejskich jest to język bardzo specyficzny, ze względu na to, że ucząc się języka chińskiego, musimy uczyć się kilku rzeczy naraz: tonów, zapisu tych tonów, zapisu fonetycznego pinyin, znaków chińskich, kolejności pisania kresek, wymowy oraz znaczenia. W nauce chińskiego tych kilka procesów odbywa się jednocześnie, podczas gdy znajomość alfabetu w innych językach wystarcza nam do czytania w formie podstawowej np. języka angielskiego. Natomiast w chińskim jeśli nie znamy znaku, to wtedy mamy problem.

Podsumowując, staramy się tak uczyć języka chińskiego, by początki nie były nadmiernie trudne. Z czasem poziom trudności się zwiększa. Niestety jest to język, który wymaga systematycznej nauki. Jest to język dwojako złożony: mamy alfabet fonetyczny i alfabet w postaci znaków. Znaki są w większości piktogramami, czyli obrazkami, które łatwo się zapamiętuje, ale równie łatwo je zapomnieć. Dlatego ważnym jest aby systematycznie do nich wracać. Co więcej, trzeba je umieć zapisać w określonej kolejności, ponieważ dla Chińczyków pisanie znaków w odpowiedniej kolejności jest tym czym dla nas jest ortografia języka polskiego.

Czy Pani zdaniem do solidnej nauki języka chińskiego niezbędny jest wyjazd do Chin?

Przyznam szczerze, że zastanawiałam się wielokrotnie nad tym pytaniem. Sama jestem tłumaczem angielsko-chińskim, chociaż nigdy nie byłam na żadnym kursie językowym w Anglii, a gdy podróżowałam po Anglii, to w towarzystwie samych Polaków. Oczywiście byłam w krajach anglojęzycznych, gdzie szlifowałam język, natomiast nie mogę powiedzieć, że ćwiczyłam brytyjski akcent w Anglii, tylko – co ciekawe – w Chinach, oglądając ekranizacje powieści Jane Austen i coraz bardziej zakochując się w brytyjskim angielskim. Mimo iż nie doświadczyłam brytyjskiego w Anglii, częstokroć byłam pytana przez Brytyjczyków, z której części Anglii jestem, co było dla mnie bardzo miłe. Co więcej, przez wiele lat uczyłam angielskiego, a mój doktorat jest napisany w znakomitej części po angielsku. Jak widać, mając słuch muzyczny, można nauczyć się języka angielskiego bez wylotu na przykład do Anglii. Należy jednak mieć na uwadze jedno – jesteśmy otoczeni angielskim w życiu codziennym: anglicyzmy i inne makaronizmy językowe („hej”, „ok”, „sory”, itp.), wszelkie urządzenia gospodarstwa domowego i ich nazewnictwo („on”, „off”, „open”, „close”, itp.), systemy komputerowe, telewizja, itp. Wydaje mi się, że chiński jest na tyle odmienny od języków indoeuropejskich – od angielskiego, francuskiego czy polskiego – że jeżeli ktoś planuje nauczać chińskiego lub pracować jako tłumacz języka chińskiego, to tak, powinien tam pojechać. Choćby ze względu na to, że Chiny, prawie tak duże jak Europa, są jednym krajem. Co więcej, jest tam mnóstwo dialektów. Uważa się obecnie, że istnieje ponad 100 dialektów, mimo że jest „tylko” 56 grup etnicznych. To dużo bardziej komplikuje sprawę.

Jeżeli chodzi o sam wyjazd do Chin, trzeba się zastanowić, gdzie chcemy pojechać i z jaką formą wymowy chcemy się osłuchać. Na wschodzie Chin jest zdecydowanie największe zaludnienie, ale nie bez znaczenia jest, gdzie na tym wschodzie wylądujemy. Mandaryński został stworzony w Pekinie, więc jeśli chcemy nauczyć się, bądź osłuchiwać z poprawną wymową mandaryńską, wypadałoby jechać w okolice północno-wschodnie, tj. Pekin, Tianjin.

Uważam, że wyjazd do kraju, w którym posługują się językiem, którego się uczymy lub chcemy nauczać jest bardzo cennym doświadczeniem. Przede wszystkim, żeby poznać język codzienny, ale także po to, żeby poznać kulturę.

A Pani jak dużo czasu spędziła w Chinach?

Przyznam szczerze, że sama już nie wiem ile to było czasu. Za pierwszym razem, jako pierwsza osoba w Uniwersytecie Śląskim, otrzymałam rządowe stypendium chińskie i w 2007 r. poleciałam do Chin, sama, i spędziłam tam rok. Była to przygoda życia. Od tamtego czasu byłam już w Chinach 7-8 razy, średnio po 3-4 tygodnie. Były to różnego rodzaju wyjazdy: warsztaty metodyczne, szkolenia, konferencje. Warto wspomnieć, że w większości, szczególnie przy okazji ostatnich wizyt, wyjeżdżałam na warsztaty metodyczne języka chińskiego, w których, poza mną, uczestniczyli sami Chińczycy. Zabawnym doświadczeniem było, kiedy wykładowca wyławiał mnie z tłumu – co nie było trudne – i pytał się: „A czy Pani zna chiński?”. Jak odpowiadałam takiemu wykładowcy po chińsku, robił wielkie oczy, uśmiechał się, przepraszał i kontynuował.

Obecnie jest już duży dostęp do stypendiów, więc warto z tego korzystać. Jest również „Most do języka chińskiego” – konkurs ogólnoświatowy, podzielony na dwa etapy: krajowy i międzynarodowy, już w Chinach. Trochę jak taka chińska eurowizja językowa. Udało mi się zająć drugie miejsce w Polsce. I dobrze, że tylko drugie, bo nie musiałam przystępować do „eurowizji” – jak się okazało, było to szalenie widowiskowe przedstawienie, przyjemnie się na to patrzyło, natomiast trochę mniej przyjemnie się w tym uczestniczyło. Stres temu towarzyszący na pewno był niesamowity. Niemniej za zajęcie drugiego miejsca dostałam nagrodę w postaci fantastycznie zorganizowanego przez instytucję Hanban dwutygodniowego wyjazdu do Chin.

Najczęstszym pytaniem jakie zadaje się Chińczykom i osobom, które były w Chinach brzmi: „jadłeś/aś psa”? Z jakim najbardziej absurdalnym mitem dotyczącym Chin albo języka chińskiego się Pani spotkała?

To jest chyba właśnie ten największy mit. Przez ostatnie 2-3 pobyty w Chinach wręcz usiłowałam znaleźć restaurację, która serwowałaby takie „delikatesy”. Kierowała mną czysta ciekawość i plan reportażu na ten temat. Podczas wszystkich moich pobytów w Chinach, tylko w jednej restauracji znalazłam taki chiński „specjał”. Chińczycy generalnie uwielbiają psy jako pupili, są to ich przyjaciele. Chińczycy są bardzo samotnym narodem, a przyjaciel w postaci zwierzaka jest dla nich olbrzymią odskocznią, mają ich mnóstwo. Pracują sześć dni w tygodniu, niejednokrotnie po dwanaście godzin, do tego jeszcze co najmniej trzy godziny dziennie spędzają w podróży do i z pracy. Zwierzęta są dla nich więc prawdziwymi przyjaciółmi, zwłaszcza psy. Pośród mnóstwa osób pochodzenia chińskiego, które poznałam, na palcach jednej ręki mogłabym policzyć te, które jadły bądź nadal zdarza im się jeść psie mięso.

Jak ocenia Pani poziom wiedzy Polaków o Chinach? I czy Chińczycy wiedzą coś więcej o Polsce, poza faktem, że istnieje?

Poziom wiedzy Polaków o Chinach jest skandalicznie niski. Nie mówiąc o tym, że wiele osób nie ma bladego pojęcia o tym jak wygląda życie w Chinach i wydaje im się, że Chińczycy nadal pracują za przysłowiową miskę ryżu. A tak naprawdę ich średnia płaca jest wyższa niż w Polsce, a życie na miejscu jest tańsze. Jedynie ceny mieszkań i wynajmu mieszkań są horrendalne. To też jest kolejny mit do obalenia – Chińczycy nie pracują za miskę ryżu. Tak samo jak w Chinach, w innych krajach, również w Europie, znajdziemy przykłady skandalicznych warunków w fabrykach. Jeśli chodzi o Chińczyków, to widzę jakie oni wynajmują mieszkania, widzę jak żyją. Oczywiście jest też skrajne ubóstwo, są ludzie bardzo biedni, ale z tego co widzę, wiele osób traktuje swoją pracę jak drugi dom ze względu na wygodę – wtedy są w stanie pracować dużo więcej godzin. Dlatego w miejscu pracy, za ścianką, mają swoje małe mieszkanko.

Dla większości Polaków kung-fu i karate to jest to samo, nie rozróżniają znaczków chińskich, koreańskich czy japońskich – to te najprostsze przykłady. Jak usłyszą hasło „Mao Zedong”, to wiedzą, że jest taka nazwa, ale co się z tym wiąże, to już kompletnie nic nie wiedzą. Poziom niewiedzy jest olbrzymi.

Natomiast co do Polaków w oczach Chińczyków, niejednokrotnie byłam zaskoczona. Polska, jako jeden z tak wielu krajów, położony daleko od Chin, który nie jest żadnym potentatem gospodarczym, jest przez nich zauważany. Bardzo dużo osób mówi o drugiej wojnie światowej, o tym, że zaczęła się w Polsce, mówią o Warszawie czy o niektórych rzekach, które płyną przez Polskę. Potrafią nawet powiedzieć kilka podstawowych zwrotów. Odnoszę wrażenie, że oni uczą się w szkole o naszej historii – nie wiem czy tak jest w rzeczywistości. Mało tego, często zastanawiałam się, dlaczego niektóre osoby wybierają się na wycieczki właśnie do Polski. To jest bardzo ciekawe. Nie mówiąc o tym, że nasze stosunki są coraz lepsze, więc sądzę, że jest to droga ku lepszej wzajemnej znajomości społeczeństw obu krajów.

Na kilku chińskich uniwersytetach coraz częściej uruchamiane są lektoraty z językiem polskim, a także kierunki polonistyczne. Dlaczego chińscy studenci chcą uczyć się języka polskiego?

Może właśnie z powodów, o których powiedziałam przed chwilą. Rozwija się współpraca gospodarcza między naszymi państwami. Prezydent Duda był w Chinach, mają miejsce rewizyty, tzw. Nowy Jedwabny Szlak ma przebiegać przez Polskę, a sytuacja gospodarcza w Polsce sprzyja temu, żeby uczyć się chińskiego i polskiego.

Wydaje mi się, że w związku tym, coraz więcej firm chce współpracować z nami. Chińczycy widzą sens w tym, żeby uczyć się polskiego. Tym bardziej, że jesteśmy dla nich najdalej wysuniętą na wschód kolebką europejską, pośrednikiem w rozwijaniu współpracy z Europą Środkową i Zachodnią. Co więcej, jest to też pewnego rodzaju trend. Angielski to oczywistość, a polski jest dodatkowym przedmiotem. Muszę przyznać, że ładnie mówią po polsku. Szczególnie, że moim zdaniem łatwiej jest nam nauczyć się chińskiego niż Chińczykom polskiego. Olbrzymią trudnością naszego języka jest gramatyka. Chińczycy muszą się jej uczyć na pamięć, ponieważ oni takiej gramatyki nie mają: nie mają fleksji, koniugacji, deklinacji.

Co przeniosłaby Pani z Chin do Polski, a co jest takiego w Polsce, co chciałaby Pani zobaczyć w Chinach?

Z Chin do Polski przeniosłabym chyba kulturę dbania o rodziców do ostatniej chwili. Mimo, że jesteśmy postrzegani jako kraj rodzinny, w Polsce bardzo często ścieżki rodzinne się rozchodzą. Natomiast w Chinach niepisanym obowiązkiem jest dochować rodziców.

Co z Polski do Chin? Chciałabym, żeby Chińczycy mogli swobodniej podróżować po świecie i żeby nie byli tak bardzo skrępowani przepisami wizowymi.

Odpowiedź na pytanie, po co uczyć się języka chińskiego wydaje się być oczywista. Ale czy poza katalogiem oczywistych odpowiedzi np. o możliwościach znalezienia dobrze płatnej pracy, możliwości wyjazdu, dodałaby Pani coś jeszcze?

Czytałam kiedyś artykuł o tym, że uczenie się języka chińskiego jest świetną metodą walki z chorobą Alzheimera. Jeżeli ktoś nie chce zapomnieć w przyszłości kim jest, niech uczy się chińskiego.

Zanim rozpocząłem swoją przygodę z językiem chińskim, bardzo długo zastanawiałem się, jak się za niego zabrać i jak sprawdzić czy jestem w stanie się go nauczyć. Gdybyśmy spotkali się w tamtym momencie, co by mi Pani poradziła?

Na początek proponowałabym krótką, 30-minutową lekcję, żeby sprawdzić czy mamy predyspozycje do uczenia się chińskiego, tj. czy mamy pamięć fotograficzną, czy potrafimy poprawnie powtarzać dźwięki po lektorze i z jaką łatwością te dźwięki wypowiadamy później samodzielnie. Ciekawym jest, że charakter pisma nie ma znaczenia – okazuje się, że osoby, które bardzo nieładnie piszą po polsku, mogą bardzo ładnie pisać znaczki. Umiejętność pisania znaków też jest warta zweryfikowania. Generalnie do sprawdzenia jest słuch muzyczny i czy mamy pamięć fotograficzną. Jeżeli nie ma się choćby najmniejszego słuchu muzycznego, to oczywiście nadal realnym jest nauczenie się języka chińskiego, ale wtedy czeka nas dłuższa i trudniejsza droga.

Podzieli się Pani jakimiś wskazówkami dydaktycznymi dla osób, które zaczynają naukę języka chińskiego, jak i dla tych, którzy potrafią powiedzieć kilka zdań po mandaryńsku?

Po pierwsze – proszę uważać na tony. Tony w języku chińskim są szalenie ważne. Jeżeli ktoś chce być odbierany ze zrozumieniem, ale i zaskoczeniem jak ładnie mówi, powinien zwracać uwagę na tony. Poza tonami, w języku chińskim każdy wyraz i każde zdanie ma również intonację.

Po drugie, nie poddajemy się w trakcie nauki! Trzeba być katem dla samego siebie i trzeba cały czas wracać do pisania znaków. Zdaję sobie sprawę, że życie pisze różne scenariusze, że mamy mnóstwo innych obowiązków, natomiast bardzo ważnym jest, żeby nie przestawać pisać.

Dobrze byłoby też ćwiczyć wymowę. Najlepiej znaleźć sobie jakiegoś pen-frienda albo koleżankę/kolegę Chińczyka, którzy mogliby z nami ćwiczyć wymowę. Może to być transakcja wiązana, czyli wy ich uczycie polskiego albo angielskiego, a oni Was polskiego.

Poza wykładaniem na uczelni, jest Pani również nauczycielem klasy z językiem chińskim jako przedmiotem obowiązkowym, utworzonej w Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 1 w Świętochłowicach. Jak bardzo różni się nauczanie licealistów od nauczania studentów?

Studenci przychodzą na uczelnię z zamiarem uzyskania wiedzy instrumentalnej – oni w przyszłości chcą być tłumaczami. Ich motywacja jest bardziej ukierunkowana. Zdecydowanie bardziej są świadomi, co chcą osiągnąć i są o wiele bardziej zacietrzewieni i zdeterminowani, bardziej skupieni na celu. Natomiast w liceum młodzież nie do końca jest jeszcze ukierunkowana. Pomimo, że chiński jest jednym z przedmiotów obowiązkowych, to niektórzy się nie odnajdują w nim tak jakbym sobie tego życzyła. Nie są skupieni na nauce języka albo po prostu ich talentem nie jest uczenie się języków, tylko np. talent techniczny, matematyczny czy plastyczny. Wydaje mi się, że dzieci i młodzież podchodzi do chińskiego jako dodatkowego atutu, a nie do swojego „być albo nie być” w przyszłości. Studenci są o wiele bardziej zdeterminowani, przez co lepiej się uczą. Oczywiście w liceum mamy kilkoro uczniów, którzy są świetni, fantastycznie się uczą, co zostało zauważone również przez Prezydenta Miasta Świętochłowice, który ufundował trzem osobom wylot do Chin. Odbędzie się on we wrześniu tego roku.

Czy w Polsce brakuje takich inicjatyw, jak ta w Świętochłowicach?

Zdecydowanie tak! Przez kilka lat próbowałam taką inicjatywę uruchomić w okolicach Katowic i Sosnowca, ale w związku z różnego rodzaju kwestiami technicznymi, nie było to możliwe. Co więcej, niestety wykwalifikowana kadra nauczycielska mówiąca po polsku i po chińsku jest szalenie skromna. Nie ma zbyt wielu osób, które podjęłyby się nauczania języka chińskiego i znały język polski, a także potrafiły dostosować naukę języka chińskiego do Polaków. Sposób nauczania chińskiego przez Chińczyków różni się od tego, jaki wykorzystujemy w Polsce. Niejednokrotnie przynosi to negatywne rezultaty przy nauczaniu Polaków z wykorzystaniem chińskich metod nauczania – szczególnie w polskich szkołach i na uczelniach.

Jak ocenia Pani poziom nauczania języka chińskiego w Polsce?

Szczerze muszę przyznać, że jestem nim zawiedziona. Jako studentka miałam zajęcia z wieloma wykładowcami – głównie chińskimi – a jako wykładowca trenuję i obserwuję innych wykładowców – zarówno polskich, jak i chińskich. Obserwuję również wykładowców na innych uniwersytetach i moim zdaniem poziom nauczania języka chińskiego w Polsce jest jeszcze niewystarczająco dobry.

Ponadto, nie mamy jednego, wspólnego modułu nauczania chińskiego skierowanego do Polaków, więc wszyscy uczą tak, jak im się podoba. A tak jak wspominałam wcześniej, nie wszystkie ogólnodostępne metody uczenia języka chińskiego sprawdzają się w Polsce. Moim zdaniem trzeba wypracować jednolity system nauczania, który powinien być wykorzystywany jako wzorzec. Jest taki ogólnodostępny system, zorganizowany przez Hanban, natomiast moim zdaniem wiele jego punktów nie znajduje zastosowania w Polsce.

Czy jest Pani w stanie ocenić czy w Polsce dużo Polaków dobrze włada językiem chińskim? Czy jednak mamy z tym problem?

Na szczęście coraz więcej, natomiast mamy problem z tym, że Polacy wyjeżdżający do Chin zostają tam, ponieważ mają tam zapewnione lepsze warunki do życia i lepszą pracę.

Poza nauką języka chińskiego, jest Pani również zaangażowana w różne projekty, które mają na celu przybliżenie Polakom chińskiej kultury. Pani zdaniem takich inicjatyw w Polsce jest wystarczająco dużo czy widzi Pani jeszcze duże pole do działania w tym zakresie?

Oczywiście widzę jeszcze olbrzymie pole do działania! Poza Instytutami Konfucjusza, inicjatyw wychodzących od strony polskiej jest niewiele. Moim zdaniem mamy zdecydowanie za mało takich inicjatyw, które umożliwiałyby stworzenie jakiejś platformy polsko-chińskiej, przy pomocy której wykładowcy pochodzenia polskiego i chińskiego spotykaliby się i wspólnie omawiali problemy i wzajemnie się wspierali. Podobnie sytuacja wygląda w środowisku studenckim – oczywiście są różne koła, są inicjatywy, ale moim zdaniem jest tego zdecydowanie za mało.

Jakie wydarzenie lub wydarzenia kulturalne w Polsce dotyczące Chin wyróżniłaby Pani, jako te, w których warto uczestniczyć?

Zdecydowanie Chiński Nowy Rok, organizowany przez Ambasadę Chińskiej Republiki Ludowej w Warszawie. Zwykle odbywa się on w Warszawie w Teatrze Wielkim i Operze Narodowej. Miałam przyjemność kilkukrotnie prowadzić tę uroczystość. Uważam, że jest to jedna z najpiękniejszych i najatrakcyjniejszych kulturowo imprez, które odbywają się w Polsce, pokazujących kulturę chińską. Oczywiście warto zainteresować się też dniami chińskimi, które odbywają się w Uniwersytecie Śląskim, a także w innych placówkach czy przy Instytutach Konfucjusza.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadził Kamil Sobieraj

Źródło zdjęcia: https://pixabay.com/pl/latarnie-chi%C5%84ski-lampion-kultura-315853/

Udostępnij:
  • 15
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    15
    Udostępnienia
K. Sobieraj: O Chinach, języku chińskim i chińskiej „eurowizji” językowej- wywiad z Katarzyną Bańką Reviewed by on 25 sierpnia 2017 .

O Chinach, języku chińskim, chińskiej „eurowizji” językowej, a nawet chorobie Alzheimera rozmawiałem z Katarzyną Bańką, która jest wykładowcą akademickim w Zakładzie Psycholingwistyki Stosowanej na Uniwersytecie Śląskim, a także nauczycielem języka chińskiego w Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 1 w Świętochłowicach. Jest tłumaczem języka angielskiego i języka chińskiego. W 2010 r. zajęła drugie miejsce w prestiżowym konkursie

Udostępnij:
  • 15
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    15
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź