Chiny news,Komentarz eksperta

K. Palonka: Diaspory – szansa czy zagrożenie dla gospodarki światowej?

Czasy gospodarczych kryzysów  często wywołują dyskusje o roli diaspory, czyli mniejszości narodowych. Wiąże się to pośrednio z  problemami legalnej bądź nielegalnej imigracji  i narodowych polityk w tej dziedzinie oraz postaw  społecznych wobec imigrantów.

Bardzo ciekawą prezentację: Vietnamese diaspora In Poland: opportunities and challenes dotyczącą wietnamskiej diaspory w Polsce przedstawiła ostatnio Dr Grazyna Szymanska –Matusiewicz z CSPA[1]. Problem wszakże jest natury globalnej. I może być rozpatrywany w wielu płaszczyznach.

Jedna z nich to ochrona granic państwowych, miejsc pracy czy wreszcie zwalczanie potencjalnej przestępczości (szczególnie przemytu narkotyków czy handlu ludźmi). Wiadomo  na przykład, że prezydent Obama przegrał w amerykańskim Kongresie walkę o abolicję dla wieloletnich nielegalnych emigrantów w USA.

Warto jednak zastanowić się, czy imigranci nie są tez źródłem gospodarczego wzrostu,  wzbogacenia tkanki kulturowej danego kraju i bodźcem do zwiększania konkurencyjności, a wiec, czy efekt pozytywnej synergii nie przeważa nad ewentualnymi  stratami.

Według przybliżonych szacunków, emigranci pierwszej generacji to obecnie około 215 milionów ludzi – czyli 3% światowej populacji. Ponad 60 mln Chińczyków i 22 miliony Indusów przebywają poza granicami swych krajów, nie licząc tych, którzy wyjechali wcześniej i mają obywatelstwo goszczących ich krajów. Migracja współczesna rożni się znacznie od tej „dawnej”. Po pierwsze, jest znacznie większa, po drugie, jest bardziej mobilna. Wiele osób emigruje czasowo, chcąc zdobyć wykształcenie lub nawiązać kontakty biznesowe. Majaąoni nawet swoje nazwy w niektórych krajach (np.  w Chinach noszą raczej pejoratywną nazwę  sea turtles, a jak przewidują niektóre badania, mogą oni stanowić około 15-17% przyszłego biura politycznego Komunistycznej Partii Chin – czy z bardziej prodemokratycznymi  ideałami, czas pokaże).

Poczucie wspólnoty  i możliwość porozumiewania się tym samym językiem pozwalają tym ludziom na tworzenie sieci powiązań (networking), prowadzenie działalności gospodarczej i szybki przepływ informacji. (Jak  wieść  niesie, vuvuzele podczas wydarzeń sportowych w Afryce Południowej były hitem rynkowym, bo pewien chiński przedsiębiorca zadzwonił do kolegi w Chinach i zamówił ogromne ilości tego produktu.) Wspólnoty pozwalają też skuteczniej wałczyć z często skorumpowanym i nieefektywnym aparatem biurokratycznym wielu  krajów

Możliwość szybkiego i relatywnie taniego podróżowania i komunikowania się w skali świata czyni też emigrację bardziej komfortową, a rozstanie z krajem lub rodziną nie tak bolesnym. Możliwość telefonicznego porozumienia się z najodleglejszym miejscem na świecie, porozmawiania, a nawet obejrzenia rodziny i przyjaciół  poprzez np. Skype’a  to wielkie udogodnienie nieosiągalne jeszcze nie tak dawno temu. Ci współcześni, niekiedy bardzo wykształceni emigranci, często zakładają własne firmy wykazując, według niektórych  badań,  większą innowacyjność i przedsiębiorczość niż właściciele rodzimych firm.

Powstają również zupełnie nowe enklawy emigrantów, szczególnie w krajach rozwijających się (np. w chińskiej prowincji  Guangdong osiadła ostatnimi czasy spora społeczność imigrantów z Afryki Zachodniej – głownie z Nigerii).

Jest jeszcze jeden istotny czynnik tzw. remittances, czyli przesyłanie pieniędzy z krajów, gdzie emigranci pracują, do krajów skąd pochodzą. Są to niebagatelne sumy. Według Banku Światowego  w 2010 roku około 325 miliardów dolarów USA przepłynęło do krajów rozwijających się jako prywatne przekazy. W Bangladeszu czy Filipinach stanowiły one około 12% produktu krajowego.  Oczywiście największe sumy przepłynęły do Chin i Indii ale były to tylko 1% produktu krajowego Chin i 3,9% Indii. Często podnoszone kwestie tzw. drenażu mózgów niektórzy specjaliści uważają za przesadzone, ponieważ wykształceni emigranci przysyłają więcej pieniędzy do krajów pochodzenia niż kraje te wydały na ich edukację. Jest to kwestia sporna i tylko szczegółowe badania mogą ją dostatecznie wyświetlić.

Tzw. „Stary Świat” optując za zamykaniem granic i większymi restrykcjami często nie zdaje sobie sprawy, że pozbawia się młodej krwi i kreatywnych umysłów… powinien raczej popracować nad bardziej efektywnymi metodami integracji tych ludzi we własną społeczną i ekonomiczną tkankę.

 


[1] Conference: The Rise of Asia – A Perspective from Eastern Europe;  European Parliament; December 8th 2011. Brussels. Vietnamese diaspora In Poland: opportunities and challenges;  Dr Grazyna Szymanska –Matusiewicz.[1]na

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
K. Palonka: Diaspory – szansa czy zagrożenie dla gospodarki światowej? Reviewed by on 19 grudnia 2011 .

Czasy gospodarczych kryzysów  często wywołują dyskusje o roli diaspory, czyli mniejszości narodowych. Wiąże się to pośrednio z  problemami legalnej bądź nielegalnej imigracji  i narodowych polityk w tej dziedzinie oraz postaw  społecznych wobec imigrantów. Bardzo ciekawą prezentację: Vietnamese diaspora In Poland: opportunities and challenes dotyczącą wietnamskiej diaspory w Polsce przedstawiła ostatnio Dr Grazyna Szymanska –Matusiewicz z

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 9

  • To prawda, że polska emigracja pomogła gospodarce UK i innych krajów. Z drugiej strony jest faktem, że w warunkach problemów ekonomicznych coraz bardziej liczą się głosy taniego populizmu i ksenofobii. Te zaś niekoniecznie mają cokolwiek wspólnego z myśleniem o gospodarce. Już teraz widać to w Holandii, gdzie zarządzono, że osoby nie znające dobrze niderlandzkiego (a ilu go zna?) i nie mogące przez 3 miesiące znaleźć pracy nie mają prawa do wynajmu mieszkania i mogą zostać deportowane. Pomijając już bzdurność i populistyczny charakter tej ustawy, bo ktoś może nieźle żyć w Holandii jako rentier i przynosić tamtejszej gospodarce korzyści wydawanymi tam pieniędzmi. Przepis ten de facto ma charakter dyskryminacyjny i wychodzi on naprzeciw oczekiwaniom tych, które postrzegają nas jako zagrożenie i konkurencję na rynku pracy. I to mimo faktu, że Polacy i inni przybysze z Europy Środkowo-Wschodniej na ogół podejmują się tych prac, do których rodowici Holendrzy niezbyt się garną.
    Podejrzewam, że takie i podobne ustawy będą coraz częstsze. Obecne bolączki Eurolandu w pełni obnażą pustosłowie „europejskiej solidarności”.

  • ze 2 lata temu jeden z ministrow brytyjskiego rzadu stwierdzil, ze polska emigracja pomogla ich gospodarce.

    przed slynna ksiazka o wychowaniu dzieci amy chua napisala inna swietna ksiazke, w ktorej zajmuje sie m.in. emigracja na przestrzeni dziejow. mnostwo przeciekawych obserwacji.
    zasadnicza konstatacja – nie ma potegi gospodarczej (mowa o tych najwiekszych), ktora mialaby wystarczajacy potencjal do rozwoju. zastrzyk swiezej krwi jest potrzebny i konieczny do przetrwania i rozwoju. nie tylko dzisiaj, bylo tak zawsze i wiele poteg gospodarczych w wiekach wczesniejszych temu wlasnie zawdzieczalo swoj wzrost.

  • Bardzo ważny artykuł, a sam temat – coraz bardziej aktualny. Nie wiem, czy dla P. Mieszka to, że zanika rasa nordycka jest ważniejsze niż realia ekonomiczne. Wiem tylko, że ekonomia ma priorytet nawet jeśli będziemy się zarzekac, że tak nie jest. W końcu co dla każdego z nas ma większe znaczenie: własna pomyślnośc materialna czy to, jaki kolor włosów i oczu mają spotykani przez nas przechodnie na ulicy? :-) Podejrzewam, że jednak to pierwsze.
    Większym problemem jest oczywiście postępująca degeneracja cywilizacji łacińskiej (a w zasadzie też bizantyjskiej, do czego przyczynił się komunizm). Rysuje się kuriozalna perspektywa, że ostatnią twierdzą tradycyjnych wartości naszej cywilizacji będzie z pewnym przymrużeniem oka Ameryka Łacińska – region żywotny demograficznie i dynamicznie rozwijający się gospodarczo. Kto wie, może doczekamy czasów, gdy młodzi Europejczycy – jak 100 lat temu – ruszą na południe Nowego Świata?… Zwłaszcza, że już dziś niektóre regiony latynoskie (Chile, Urugwaj, Kostaryka, Puerto Rico, wschodnia Argentyna, południowe stany Brazylii, czy północno-wschodni Meksyk) prezentują poziom rozwoju porównywalny z niektórymi krajami UE.

    • P.S. W jednym miejscu zapomniałem poprawic. Miało byc: „…będzie traktowana dziś z pewnym przymrużeniem oka Ameryka Łacińska”.

  • Problem jest taki, że Europejczycy znikają. To nie rasizm, ale fakty: znika blond kolor włosów, jasne oczy. Imigracja jest korzysta tylko ekonomicznie, biologicznie ani kulturowo już nie.

    • @ p. Mieszko
      Europejczycy znikają, przede wszystkim, na własne życzenie. Nikt im nie
      zabrania mieć więcej dzieci. Co do imigracji w sensie kultury to już w dużej
      mierze zależy od polityki państwa, kogo przyjmuje i jak prowadzi asymilacje.
      Odnośnie rasy – przewiduje się, że badania genetyków doprowadzą za jakiś czas do wyodrębnienia genów odpowiadających za kolor włosów i oczów i potencjalni rodzice będą mieli możliwość „regulowania” tych spraw poprzez odpowiednie zapłodnienia „in vitro”.

      • Avatar Zyggi

        @ Wute.
        Owszem, nikt nie zabrania mieć więcej dzieci. Oczywiście problemem jest pewne wygodnictwo, które jest zwykle efektem dobrobytu i z którego wynika niż demograficzny także w bogatych krajach pozaeuropejskich (klasyczny przykład to Japonia). Ważnym elementem jest też przymus ubezpieczeń społecznych. To dlatego, że nie ma go w USA, kraj ten wykazuje wyższy przyrost naturalny niż Europa, gdzie on jest.
        Natomiast w samej Europie dochodzą dwa poważne problemy będące efektem ideologii dominującej w UE. Pierwszy ma charakter kulturowy. Otóż w Europie istnieje od kilku dekad typowo lewacka tendencja do traktowania rodziców jako „opiekunów”, którzy sprawują pieczę nad swoimi dziećmi tylko z łaski wszechmocnego i wszędobylskiego państwa. W Szwecji za wymierzenie klapsa „z mety” taki „opiekun” (oficjalna nazwa; słowo „rodzic” wyszło tam z oficjalnego nazewnictwa) traci prawa rodzicielskie. Ale nie tylko, czasem wystarczy, że pracownik państwowy arbitralnie uzna, że dziecko jest zaniedbane, np. ma brudne buciki… U nas to wygląda mniej orwellowsko, ale i także i w III RP bezpieczniej ma smarkacz, który w przypływie złości zdzieli rodziciela niż vice versa. „Skoro moje dzieci nie są moje, to po cóż je mieć?” – zdaje się myśleć wielu ludzi.
        Jest jeszcze aspekt ekonomiczny, dotyczący zwł. krajów postkomunistycznych, gdzie zapaść demograficzna jest bodaj jeszcze większa niż w krajach bogatych. Czy wyobrażamy sobie wielodzietne małżeństwo mieszkające w kilkunastotysięcznej mieścinie z 30% bezrobocia? Ci ludzie są skazani na nędzę podobną do tej w fawelach Rio; nawet dochody mają zbliżone do ubogich Latynosów; ich mieszkania są podobnie wyposażone w sprzęt RTV i AGD, podobny odsetek ma samochody i oszczędności na koncie w banku. Ponieważ jeden mój krewny wżenił się w ekwadorską rodzinę i był w tym kraju, więc mam trochę aktualnej wiedzy na ten temat.
        Byłoby inaczej gdyby państwo zamiast ryby dawało ludziom wędkę, np. zwalniając ich przez pierwsze trzy lata działalności gospodarczej z płacenia podatku od dochodów – jak zachodnie sieci supermarketów. Tymczasem w sytuacji jaka jest, ludzie wykazują postawę wyczekującą na jałmużnę, na zasadzie: skoro mam tak ciężko, to mi się NALEŻY renta, pomoc socjalna, dodatek itd. A za to wszystko płacimy wszyscy, a najwięcej – jednostki przedsiębiorcze uciskane ZUS-em i podatkami. I to te przedsiębiorcze uchodzą za „wyzyskiwaczy”, a nie państwo z jego rzeszami urzędników. Gdyby ludzie mieli więcej możliwości działania, byliby mniej skłonni do patologii, za to bardziej do posiadania potomstwa, i to odpowiedzialnego rodzicielstwa, a nie dziecioróbstwa „po pijaku”. Niestety, państwo wykreowało postawy roszczeniowe, toteż chcąc zapewnić sobie polityczne poparcie daje środki utrzymania jednym zabierając innym. Gdyby Janosik przejadał i przepijał 75% tego, co zabrał bogatym a resztę rozdawał biednym, byłby jak państwo opiekuńcze. Wg amerykańskich badań właśnie tyle % środków tzw. opieki społecznej pochłania aparat biurokratyczny. Skoro tak to wygląda w USA, to można tylko snuć domysły jak to może wyglądać w słabiej zorganizowanych krajach, np. w III RP.
        Moim zdaniem takie są główne przyczyny zapaści demograficznej w Europie.

      • Avatar Zyggi

        P.S. Odnośnie zapłodnienia „in vitro”. To zależy, czy się to upowszechni, czy pozostanie luksusem dla osób z zasobniejszym portfelem. Bardzo możliwe, że interes rozkręcą np. zamożni mieszkańcy Azji. Np. Hindusi, którzy będą chcieli mieć dzieci o jak najjaśniejszej karnacji, tak aby różniły się od ciemnoskórego „pospólstwa”. Zresztą Hindusi mają chyba fiksację na tym tle. Wystarczy popatrzeć na ubóstwiane gwiazdy z Bollywood. Ich skóra, włosy i oczy zawierają bez porównania mniej melaniny niż to jest u siudrów czy niedotykalnych. „Czarnuch” nie ma tam szans, chyba że jako drugorzędny aktor grający np. szofera czy oddźwiernego.

      • Avatar wute

        @ Zyggi
        Bardzo trafnie opisałeś przyczyny będące hamulcem przyrostu
        naturalnego.
        Rodzic zamieniony w opiekuna. Aberacja umysłowa tych ludzi nie
        ma granic. Co mnie najbardziej smieszy to, że ci ludzie są
        przekonani, że mają absolutną rację a myślących inaczej uważają
        za barbarzyńców.

Pozostaw odpowiedź