Indie news,Komentarz eksperta

K. Iwanek: Ucieczka w reformy. O schematach indyjskiej polityki

Ujawnienie oszustw przy rozdzieleniu praw do wydobycia węgla, nowa fala ruchu antykorupcyjnego i spowalniająca gospodarka – oto główne wizerunkowe problemy rządu indyjskiego z ostatnich miesięcy. Na dwa pierwsze problemy Delhi odpowiedziało zapowiedzią reform z zupełnie innej półki (socjalnej) i przemeblowaniem ministerialnego gabinetu a na ten ostatni – uchyleniem okna na kolejne inwestycje zagraniczne. Wszystkie te wydarzenia wydają się nowe, a jakby jednak znane; niewiele trzeba, by znaleźć do nich analogie w dziejach niepodległych Indii. Tym samym, mówią one wiele o swoistym i głęboko ugruntowanym schemacie zachowań rządów indyjskich.

1. Akcja afirmująca rząd, czyli doskonała zmiana tematu

W marcu b.r. do listy afer ujawnionych w ostatnich latach została dopisana kolejna, której nadano jakże uroczą nazwę Coalgate. Pokrótce chodzi o to, że na wydobycie węgla w Indiach monopol ma państwo, ale ze względu na niską wydajność państwowych firm dokonuje się podziału praw do wydobycia zasobów między prywatne przedsiębiorstwa. Raport jednego z państwowych urzędów  ujawnił, że w latach 2006-2010 (czyli za władzy obecnej koalicji), prawa te rozdzielono z wyraźną stratą dla skarbu państwa (ok. 30 miliardów dolarów) i z korzyścią dla pewnych firm. Demonstrując swoje oburzenie, posłowie partii opozycyjnych przez … dni blokowali obrady Lok Sabhy (niższej izby parlamentu związkowego) domagając się natychmiastowego wyciągnięcie konsekwencji wobec winnych. W ten sposób utrzymywano też temat skandalu na pierwszych stronach gazet. Rządząca koalicja (United Progressive Alliance, czyli Zjednoczony Sojusz Postępowy, na której czele stoi Indyjski Kongres Narodowy), poza oczywistą obietnicą zbadania afery i ukarania winnych, podjęła próbę przełamania blokady przez znalezienie tematu zastępczego.

Na sejmowy stół wyłożono projekt ustawy o akcji afirmatywnej w promowaniu pracowników. Mówiąc krótko, w indyjskich przedsiębiorstwach państwowych i na uczelniach obowiązuje prawa rezerwujące część miejsc i posad dla osób z najniższych warstw społecznych (Scheduled Tribes, czyli Plemiona Rejestrowe; Scheduled Castes, czyli Kasty Rejestrowe i Other Backward Castes, czyli Inne Zacofane Kasty). Stąd też w Indiach całe rozwiązanie jest zazwyczaj nazywane nie akcją afirmatywną, ale ,,rezerwacją’’ (reservation). Warstwy niższe bronią tych praw jako zwalczających nierówność społeczną, warstwy wyższe krytykują je jako tworzące nierówność prawną. Pojawia się też przeciw nim jeszcze jeden argument: że w praktyce rezerwacja nie jest tak często realizowana jak wytyczyły to określone przez ustawodawców procenty; posady teoretycznie zarezerwowane niekoniecznie dostają się przypisanym im osobom. Co więcej, reprezentacji warstw niższych narzekają, że unika się dawania im promocji; dany pracodawca może być zmuszony, by zatrudnić osoby z tych warstw, ale nigdy nie wyniesie ich na wyższe stanowiska. Jedni powiedzą, że jest to sposób na obronę tradycyjnego systemu społecznego (wyższe kasty zmuszono do podzielenia się posadami z niższymi kastami, ale pozostawiły sobie wyższe stanowiska), inni zaś stwierdzą, że jest to obrona merytokracji. W zależności od konkretnego przypadku obie strony mogą mieć rację. Grunt, że jeszcze w roku 1955 wprowadzono rezerwację w promocjach. Określone wspólnoty miały zapewniony nie tylko pewien procent posad, ale pewien procent ze wszystkich dokonujących się w danym zakładzie promocji pracowników. Jednakże od lat 90. Sąd Najwyższy Indii kilkakrotnie wyrażał się przeciw temu rozwiązaniu, twierdząc, że takich promocji zaczęto używać za często i że w przyszłości nie powinny one przekraczać całościowych limitów rezerwacji (50% pracowników), powinny być tylko stosowane, jeśli dowiedzie się, że dana osoba naprawdę wywodzi się z ,,zacofanej’’ (backward) grupy, że nie można zabiegać o rezerwację opierając się na dwóch argumentach jednocześnie (pochodzeniu z niskiej warstwy i starszeństwie jako pracownik) i że rezerwacja w promocji powinna być stosowana tylko jeśli nie będzie to wpływało na efektywność zakładu pracy.

Na początku września, kiedy parlament był sparaliżowany a w mediach mówiono tylko o aferze Coalgate, rządząca koalicja wyciągnęła zza pazuchy projekt nowego prawa o rezerwacji w promocjach, by podłożyć nogę szarżującej opozycji. Zaproponowano teraz wprowadzenie go w formie nowej, sto siedemnastej poprawki do konstytucji, co pozwalałoby obejść wyroki sądów. Jednakże dopisać poprawki strona rządzącą nie mogłaby dokonać bez głosów części opozycji. Ponieważ skorzystałyby warstwy niższe, stanowiące bardzo pokaźną część społeczeństwa (czytaj: elektoratu), wiele partii opozycyjnych, opierających się na głosach tych warstw, nie będą mogły sobie pozwolić na sprzeciwienie się temu projektowi. Żeby jednak za nim zagłosować, musiałyby przerwać bojkot prac parlamentu. Gdyby zaś bojkotu nie przerwały, zostałyby uznane za sabotażystów nowej poprawki (co skwapliwie podkreślała strona rządząca). Równocześnie zaczęła się zmiana tematu w mediach: kwestia rezerwacji w posadach zaczęła, acz na krótko, rywalizować na pierwszych stronach gazet z aferą Coalgate i tym samym rząd nie tyle poprawił swój wizerunek, co uratował się przed jego dalszym pogarszaniem. Ponieważ paraliż Lok Sabhy nie ustał rząd zdążył wprowadzić projekt poprawki do izby wyższej: Radźja Sabhy. Tymczasem jednak dobiegła końca tzw. ,,monsunowa’’ – my powiedzielibyśmy ,,letnia’’ – sesja parlamentarna i zaczęła się przerwa w obradach. Zaraz potem cała sprawa rezerwacji w posadach jakoś zniknęła z medialnego dialogu, ale też ogień skandalu Coalgate przygasł, choć żarzy się dalej.

Rząd może nie popisał się przy wydobyciu węgla, ale okazał się ekspertem w wydobywaniu odpowiednich projektów we właściwej chwili. Nie jest to pierwsze tego typu zagranie z użyciem rezerwacji dla niższych warstw. W roku 1990 premier V.P. Singh zdymisjonował skonfliktowanego z resztą gabinetu i skompromitowanego cudami nad urną ministra Devi Lala. Lal, energiczny chłopski przywódca, odpowiedział demonstracją politycznej siły: poprowadził na Delhi pochód swoich zwolenników, rolników ze wspólnoty dźatów ze stanu Harijana. Wówczas V.P. Singh ogłosił projekt rezerwacji dla tak zwanych Innych Zacofanych Kast (dotąd miały ją tylko Plemiona i Kasty Rejestrowe). Nowe prawo w końcu wprowadzono, acz towarzyszyła mi gigantyczna kontrowersja, która przybrała również formę krwawych zamieszek. Tak czy inaczej, w hałasie nowego sporu bojowe antyrządowe krzyki Devi Lala przestały być słyszane i w tym sensie istnieje paralela między tamtymi wydarzeniami a obecnym zagraniem z rezerwacją w promocjach. Zasadnicza różnica była jednak tak, że późniejszy bieg wypadków – acz nieprzewidywalny dla premiera V.P. Singha –doprowadził do upadku jego rządu. Obecny zaś rząd co prawda przetrwał i raczej przetrwa, ale też nie zdołał nową ustawą o rezerwacjach całkowicie zakryć wstydliwie obnażonej kontrowersji.

2. Nowy plan Kamaraja, czyli wiele się musi zmienić, by wszystko zostało po staremu

Obecny rząd musiał zatem podjąć kolejne działania na rzecz poprawy wizerunku. Dokonał tego pod koniec października, acz już pod koniec sierpnia dziennik The Hindu sugerował, że może dojść do wymiany ministrów. Dokładniej rzecz biorąc, w dniach 26-27 października 2012 r. swoje rezygnacje złożyło 7 ministrów w rządzie centralnym a ich następców ogłoszono w następnych dniach. Częściowo po prostu przesunięto ludzi z jednych resortów do innych, resztę wolnych ministrów obsadzono zaś osobami z partyjnego drugiego szeregu. Podczas gdy premier Manmohan Singh tę przebudowę swojego gabinetu określił wprowadzeniem ducha ,,młodości’’ i ,,eksperckiej wiedzy’’, opozycja okrzyknęła go jako czysto PR-owe zagranie.

Pamiętajmy, że rząd centralny republiki Indii składa się z 81 ministrów (a mogłoby ich być więcej, ale obecnie kilku z nich sprawuje pieczę nad więcej niż jednym resortem). Wymienienie 7 ministrów, choć istotne, nie musi oznaczać rewolucji. Po drugie, nie tylko nowo wprowadzone osoby nie są raczej specjalnie ciężkiej wagi, ale też i te, które ustąpiły. Wyjątkiem i największym zaskoczeniem była rezygnacja S.M. Krishny, ministra spraw zagranicznych, który akurat dotąd nie bywał zanadto krytykowany. Po czwarte, sprawę oczywiście sprytnie rozegrano wizerunkowo – choć przemeblowanie w gabinecie zapowiedziano wcześniej, ministrów nie zwolniono, ale pozwolono złożyć rezygnację, czyli wyjść z twarzą. W razie jeśli w przyszłości okaże się, że których z ustępujących ministrów miał coś na sumieniu, zawsze będzie można bronić się, że przecież ustąpili sami i że nie miało to związku z późniejszymi zarzutami wobec nich.

Po piąte i najważniejsze, reorganizacja gabinetu to nie tylko seria kopniaków w dół, co raczej wysłanie na inne pozycje. Być może zwolnienie niektórych polityków osłabi rząd, ale wzmocni partię i jej wyborcze wyzwania w niektórych stanach. Sami ministrowie tłumaczyli  zresztą swoją rezygnację chęcią pracy w strukturach partyjnych. Jako że w 2013 r. odbędą się wybory w stanie Karnataka, wywodzący się stamtąd S.M. Krishna, nie tak dawno zresztą premier Karnataki, jest teraz ważniejszy dla Indyjskiego Kongresu Narodowego jako jedna z twarzy elekcyjnej kampanii w swoim stanie niż jako minister spraw zagranicznych. Mukul Wasnik, dotąd minister sprawiedliwości społecznej jest sekretarzem generalnym ogólnoindyjskiego komitetu partii, może więc bez ciężaru ministerialnej teki będzie się mógł zatem lepiej skupić na swojej partyjnej pracy. Tak samo Ambika Soni, dotąd minister informacji, ma dostać wysoką pozycję w strukturach Kongresu. Rahul Gandhi, syn najbardziej wpływowej polityk w kraju (Sonii Gandhi, przywódczyni Kongresu) pozostał natomiast wielkim nieobecnym rządu. Od ośmiu lat – bo tyle obecna koalicja jest u władzy – wielu obserwatorów politycznej sceny oczekiwało, że zostanie głównym aktorem, to jest premierem, albo przynajmniej wstąpi do ministerialnej obsady. On jednak znowu podkreślił, że woli pracować dla struktur partyjnych (jest obecnie sekretarzem generalnym partii). Po raz kolejny zatem traci rząd, zyskuje partia – bo i przecież wybory ogólnokrajowe 2014 r. zbliżają się wielkimi krokami.

Obecne przemeblowanie rządowego gabinetu również ma swój precedens. W roku 1963, w obliczu coraz bardziej powszechnej krytyki rządzącego podówczas Indyjskiego Kongresu Narodowego, polityk tej partii i ówczesny premier stanu Tamilnadu K. Kamaraj zaproponował, by jego towarzysze ustąpili z rządowych stanowisk i wrócili do kruszejących i przerdzewiałych struktur partyjnych. Nazwano to ,,planem Kamaraja’’ i wówczas do dymisji podały się wielu polityków, w tym 6 ministrów rządu centralnego i 6 premierów stanów. Nowy, ,,drugi plan Kamaraja’’ był skromniejszy, ale tak wówczas, jak i w październiku 2012 r. korzyści były podobne: rząd mógł stwierdzić, że zmienia swoją twarz i odtąd będzie działał sprawniej a partia odzyskała mocnych ludzi. Na dodatek, nikt z najważniejszych graczy nie wylądował poza boiskiem; wszyscy dostali po prostu inne pozycje. Po prostu win-win.

3. Jaki kryzys, taka liberalizacja

Dla partii wizerunek może być ważniejszy niż finanse, ale z państwem jest wręcz przeciwnie. Dlatego obok wyżej wymienionych problemów obecny rząd musiał zmierzyć się z problemem spowalniającej gospodarki. We wcześniejszych latach roczny wzrost PKB wynosił zazwyczaj ok. 7%, ale ostatnio spowolnił. W pierwszym kwartale nowego roku podatkowego 2012-2013 (w Indiach: kwiecień-czerwiec) wyniósł on 5.5%. Stojący na czele gabinetu doktor ekonomii Manmohan Singh zdecydował się na zastrzyk zagranicznych inwestycji. We wrześniu 2012 r. powrócono do nie tak dawnego porzuconego i mocno krytykowanego otwarcia rynku handlu detalicznego na pozaindyjskie firmy, umożliwiono im też wykup udziałów w przemyśle lotniczym i ułatwiono wykup ubezpieczeń. Planowano również umożliwić rozszerzyć możliwość bezpośrednich inwestycji zagranicznych na rynek emerytur i ubezpieczeń.  Podniesiono też ceny oleju napędowego i transportu kolejowego (a są to, dodajmy, wyjątkowo niepopularne decyzje, bo uderzają w szarego człowieka).

Większość z tych reform pasuje do poglądów Manmohana Singha, zdeklarowanego zwolennika liberalizacji i zapraszania zagranicznych inwestorów. Rzecz jednak w tym, że Singh jest premierem od ośmiu lat a takich rozwiązań wprowadzano jak na taki okres relatywnie niewiele. I tak wracamy do motywu przewodniego tekstu: wizerunku rządu i popularności partii. Liberalizacja ma swoich licznych wrogów a ich argumenty są ważkie. I tak na przykład w Indiach ogromna ilość ludzi żyje z prowadzenia małych sklepów. Oni odczytują wpuszczenie wielkich zagranicznych inwestorów, w tym sieci takie jak TESCO czy Walmart, jak otwarcie drzwi olbrzymom, którzy zdepczą ich dorobek. Mimo to, w zeszłym roku rząd już tę reformę wprowadził, ale opór przeciw niej, tak polityczny jak i społeczny w postaci protestów sklepikarzy, zmusił go do wycofania się. Zresztą najszerszych liberalnych reform Manmohan Singh dokonał nie przez osiem lat obecnego premierowania, ale przez dwa lata na stanowisku ministra gospodarki (1991-1993). Wtedy to widmo bankructwa państwa zmusiło rząd do zaufania koncepcjom Singha. Zresztą, i te reformy nie były całościowe a przerwano je jak tylko gospodarka nabrała na tyle zagranicznych finansów, by otrząsnąć się z kryzysu. Liberalizacja nie była zatem świadomym skokiem na głęboką wodę, ale rozpaczliwym złapaniem brzytwy w obliczu bliskiego zatonięcia. Poglądy Singha były w pewnym sensie drugorzędne; liczył się brak alternatyw. Tak samo zresztą premier Indira Gandhi, w latach 70. zdeklarowana zwolenniczka gospodarki socjalistycznej (jeszcze pod koniec lat 60. znacjonalizowała niektóre banki), w latach 80. w obliczu finansowych problemów państwa dopuściła do niewielkiej liberalizacji systemu. Gdy obecna największa partia opozycji, czyli Indyjska Partia Ludowa (Bharatiya Janata Party) doszła do władzy na czele koalicji w 1999 r., zaczęła co prawdę liberalizację z przyczyn poglądów nie ze względu na przymus sytuacji gospodarczej, ale w 2002 r. dalszy proces został wstrzymany przez siły jej przeciwne tak wewnątrz jak partii jak i wspierające ją z zewnątrz.

4. Wnioski, czyli (wreszcie) o schematach indyjskiej polityki

Banalna w gruncie rzeczy konstatacja, że każda z ważniejszych decyzji rządu z ostatnich miesięcy miała swój precedens pozwala jednak doprowadzić do ciekawszych chyba wniosków. To, że indyjskie partie dbają o swój wizerunek kosztem szerszych reform, też nie jest w skali światowej ani trochę nietypowe. Jednakże pewne cechy indyjskiego systemu politycznego sprawiają, że tamtejszy proces decyzyjny jest bardziej podatny na populizm niż w wielu innych państwach.

Po pierwsze i najważniejsze, żadna partia ogólnokrajowa nie jest w stanie zdobyć władzy centralnej sama. Trzy główne siły – Indyjskie Kongres Narodowy, Indyjska Partia Ludowa i komuniści – otaczają się wianuszkiem mniejszych koalicjantów, którzy, zbierając po kilka, kilkanaście a nawet kilkadziesiąt szabel w sejmie decydują o przewadze jednego z politycznych sojuszy. Można sobie wyobrazić, jak wygląda proces decyzyjny takiej koalicji: obecnie rządzący Zjednoczony Sojusz Postępowy składa się z 12 ugrupowań i sojuszników zewnętrznych. Choćby zeszłoroczne wprowadzenie zagranicznych inwestorów na rynek handlu detalicznego wywołało wielkie tarcia w tej koalicji i groźbę odejścia jednej z partii: był to bengalski Trinamool Congress, który zresztą potem i tak odszedł, w związku z tym przy ponownym wprowadzeniu prawa o bezpośrednich inwestycjach nie miało to już znaczenia. Co więcej, każda taka partia stara się reprezentować interes różnie pojętych wspólnot, więc koalicja staje się niewiarygodną plątaniną walk o przywileje przeróżnych grup. Kiedy premier V.P. Singh ogłosił rezerwację dla Innych Zacofanych Kast, licząc na przyciągnięcie warstw niższych, będąca dotąd jego koalicjantem Indyjska Partia Ludowa, mająca wsparcie między innymi u kast wyższych, dokonała manewru, który ostatecznie obalił jego rząd.

Po drugie, wspólnoty i stany, które reprezentują politycy, są tak różne pod względem języka, kultury, itd., że lokalni przywódcy stają, że tak powiem, niewymienialni. Owszem, zdolnego organizatora partia może wysłać w różne zakątki kraju do pracy nad efektywnością samej struktury, ale twarzą swojego ugrupowania ma on szansę zostać raczej tylko we własnym regionie. Tak jak francuski polityk bez żadnych związków z Polską nie miałby raczej szans zbudować sobie politycznego poparcia w naszym kraju, tak polityk z, dajmy na to Tamilnadu bez związków z Uttar Pradeś nie miałby szansy w tym stanie zaistnieć. W efekcie ogólnokrajowa partia musi polegać na lokalnych przywódcach, a jeśli w jakimś stanie jest za słabo reprezentowana – na przywódcach koalicyjnych partnerów. Pamiętajmy o ważnym elemencie struktury politycznej: w Indiach ordynacja jest jednomandatowa. Liczy się zatem nie tylko wizerunek partii jako takiej, ale jej reprezentantów, bo wygrywa tylko jeden na każdy okręg wyborczy. Cała walka o przywileje schodzi zatem jeden poziom niżej: reprezentant danej wspólnoty lub wspólnot w pewnym okręgu po wygraniu wyborów zażąda od lokalnego przywódcy wynagrodzenie siebie i swojego elektoratu. Lokalny przywódca, jeśli zostanie premierem stanu, może część z tych postulatów zrealizować sam, ale z częścią może być zmuszony udać się do rządu centralnego. Poza tym, jeśli odda wielkie zasługi dla partii w stanie, może zażądać kawałków z większego politycznego tortu dla siebie. Wtedy dla partii pojawia dylemat: jeśli w zamian za zasługi zażąda posady w rządzie centralnym, to na jakiś czas stracimy go jako przywódcę w stanie.

Po trzecie, republika Indii ma charakter federalny a wybory do poszczególnych stanów odbywają się niezależnie od siebie. W praktyce co roku gdzieś są jakieś wybory, co dla partii ogólnokrajowych może oznaczać, że będzie trzeba ważnego polityka wysłać do kampanii wyborczej w jego stanie, nawet jeśli jest w środku kadencji jako członek rządu centralnego. Przykładem może być ostatnie odesłanie S.M. Krishny, ministra spraw zagranicznych, jednego z przecież najważniejszych resortów w państwie, na front wyborczy w stanie Karnataka. Co gorsza, władająca partia ogólnokrajowa zamiast skupiać się tylko na rządzeniu do czasu najlepszych wyborów, ciągle będzie patrzeć na to, w którym stanie zbliżają się wybory i może starać się w jakiś sposób zadowolić wspólnoty tam właśnie występujące.

Po czwarte, wszystkie te punkty sprawiają, że polityk postrzegać może swoją strategię nie w kategoriach jakichś stałych postulatów, ale jako ciągłe próby zadowalania różnych wspólnot (słowem – populizm). Indyjska Partia Ludowa miała np. pewne trzy stałe postulaty do drugiej połowy lat 90., ale musiała z nich zrezygnować na platformie szerszej koalicji. Zagęszczenie takiego myślenia powoduje, że rządzenie staje się grą spełniania życzeń i rozwiązywania kryzysów. Trochę jak w grze Twister – trzeba się nagimnastykować, żeby ciągle mieć oparcie w różnych punktach. Przykładem może być kwestia bezpośrednich zagranicznych inwestycji w rynek handlu detalicznego. Rząd chciał je wprowadzić, bo państwu brakło pieniędzy (czynnik zewnętrzny) i wycofał się, bo opór był zbyt duży (czynnik zewnętrzny), następnie wrócił do projektu, gdy po roku gospodarka była w jeszcze gorszej kondycji (znowu ten sam czynnik zewnętrzny). Nasuwa się smutna refleksja, że rząd najtrudniejsze i kontrowersyjne reformy nie tyle planuje, co raczej w nie ucieka, kiedy jest do tego zmuszony.

Po piąte, w razie z jednej strony stałego oporu jakiejś grupy przeciw danej reformie a z drugiej uznawanej konieczności tej reformy (np. z przyczyn gospodarczych), wypracowaną metodą jest przeczekanie. Ludzie nie mogą protestować na ulicy wiecznie, opozycja nie może w nieskończoność blokować obrad. Tak uczyniono z inwestycjami na rynku handlu detalicznego, które za drugim razem nie wywołały takiej burzy. Poza tym, reformę można dla niepoznaki wprowadzić w zmienionej, choćby kosmetycznie, formie. Tak też czyniono w przeszłości: premier Nehru, gdy w latach 50. chciał radykalnie poprawić prawną sytuację kobiet (tyle że w tamtych czasach tego typu reformy były podyktowane autentyczną wiarą w ich słuszność) poniósł za pierwszym razem klęskę, po czym przeczekał kontrowersję, rozbił oryginalną ustawę na cztery mniejsze i w końcu po kolei wprowadził w życie. Jednakże taka strategia niemiłosiernie wydłuża proces parlamentarny.

Po szóste, ów system sprzyja osłabianiu władzy sądowniczej, co widać było po sprawie rezerwacji w promocji. Rząd uznał, że dobro pewnych wspólnot jest na tyle ważne, że lepiej uderzyć w werdykt sądu poprawką konstytucyjną. Tak też było wielokrotnie w przeszłości, choć oczywiście nie każde starcie z Sądem Najwyższym jest podyktowane populizmem; w każdym jednak razie poprawka stała się nieodłącznym orężem parlamentu przeciw sądom.

Chciałbym, żeby niniejszy tekst został odebrany w kategoriach apolitycznych w tym sensie, że nie jest do krytyka postulatów jakiekogokolwiek ugrupowania, tylko ogólnych postaw, które mogą się odnosić się do wszystkich większych partii i koalicji w Indiach. Jest osobną kwestią, czy ktoś zgadza się z daną reformą, np. rzeczoną rezerwacją w promocjach. Rzecz w tym, że każda taka reforma, niezależnie od jej kierunku i ideologicznych przesłanek, narażona jest na wykolejenie. Można być zwolennikiem gospodarki skrajnie liberalnej lub skrajnie socjalistycznej czy jakichkolwiek innych radykalnych rozwiązań – tylko że i obecnie i tak żadnego nie da się w Indiach wprowadzić szybko i do końca. Zaletą całego systemu jest to, że zabezpiecza przed nieprzemyślanym pośpiechem i zapędami rewolucyjnymi, jak też, że reprezentuje dość dużą liczbę wspólnot (choć nadal wiele czuje się wykluczonymi). I tak na  przykład sklepikarze protestujący przeciw widmu nadchodzących TESCO i Walmartu mogli czuć się politycznie reprezentowani; tej gwarancji mogliby nie mieć w innych ustrojach. Niestety, im więcej wspólnot jest reprezentowanych, tym bardziej system jest wolny, niewydajny i narażony na populizm – i z tymi zarzutami zgodzi się chyba każdy obserwator indyjskiej sceny politycznej, niezależnie od tego, z której strony na nią patrzy. Problem nie tkwi w żadnej jednej partii czy ideologii. Problemem jest obecny system jako taki.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
K. Iwanek: Ucieczka w reformy. O schematach indyjskiej polityki Reviewed by on 31 października 2012 .

Ujawnienie oszustw przy rozdzieleniu praw do wydobycia węgla, nowa fala ruchu antykorupcyjnego i spowalniająca gospodarka – oto główne wizerunkowe problemy rządu indyjskiego z ostatnich miesięcy. Na dwa pierwsze problemy Delhi odpowiedziało zapowiedzią reform z zupełnie innej półki (socjalnej) i przemeblowaniem ministerialnego gabinetu a na ten ostatni – uchyleniem okna na kolejne inwestycje zagraniczne. Wszystkie te

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 2

  • Inercja jest bardzo charakterystyczna dla Indii. Stosując metaforykę można powiedzieć, że Indie są łodzią, w której każdy wiosłuje w swoim kierunku. A rząd właściwie nie jest sternikiem, tylko jednym z wielu wioślarzy.
    Z perspektywy lat można powiedzieć, że ta bezwładność się zwiększa, niż zmniejsza.
    Od czasów J.Nehru i IG nie ma już prawdziwego przywódcy. Obecny premier jest dobrym urzędnikiem, ale jako urzędnik wypełnia polecenia SG, z której namaszczenia pełni swoją funkcję.
    Partie główne słabną na rzecz regionalnych, liczba stanów powoli aczkolwiek konsekwentnie się zwiększa, kryterium kastowe lub religijne wciąż odgrywa kluczową rolę w procesie podejmowania decyzji wyborczej.
    Rząd w zasadzie nie rządzi, ale administruje (i oczywiści rozdziela między siebie profity).
    Uwarunkowania Indii wymuszają kompromisy na każdym kroku, a wszechogarniający populizm obok setek starych grup interesu tworzy zupełnie nowe. Tylko osoba o wyjątkowych cechach przywódczych, a także ciesząca się autorytetem byłaby w stanie narzucić określoną wizję i tym samym przełamać impas. Takimi osobami nie jest na pewno Sonia Gandhi, której najbardziej zależy na zabezpieczeniu interesów klanowych czy tym bardziej jej syn. Brak politycznych sukcesów Rahula Gandhiego stawia pod znakiem zapytania jego predyspozycje do roli przyszłego decydenta.
    Tak więc przez następne lata postęp w Indiach będzie napędzany jak do tej pory przez samoistne przemiany społeczne (wpływ diaspory, wzrost wykształcenia, korzyści z globalizacji), natomiast jakiekolwiek reformy strukturalne (jakie dokonały się w Chinach w lat. 80 – 2000 czy lat. 90 w Indiach na mniejszą skalę) są obecnie niemożliwe do wprowadzenia.

    • Obawiam się panie MG że ma pan dużo racji a szkoda bo to taki piękny kraj.Nazwisko Gandhi i już tak mało znaczy.A swoją drogą to jakich mamy charyzmatycznych przywódców w świecie bo ja nie widzę może jednego ale nie podam nazwiska gdyż jest to postać dla niektórych kontrowersyjna.Dziś jest moda na populizm a stąpanie twardo po ziemi nie jest modne,ciekawe dokąd to prowadzi.To wszystko karze nam się zastanowić nad jakością demokracji i jej samo przez się wielkiej wartości.

Pozostaw odpowiedź