Komentarz eksperta

K. Iwanek: Trzy dylematy Obamy: o stosunkach USA-Indie

iwanek2Tego roku Indie przeżywają prawdziwy szturm głów państwa. Po indyjskich czerwonych dywanach przeszli m.in. premier Wielkiej Brytanii D. Cameron,  premier Federacji Rosyjskiej Putin, a także premier RP Donald Tusk; obecnie czyni to prezydent Sarkozy, a do końca roku zrobią to premier Wen Jiabao i prezydent Miedwiediew. Na tej liście nie mogło zabraknąć prezydenta USA Baracka Obamy, który gościł na subkontynencie w dniach 6-9  listopada.

Odwiedziny amerykańskiego prezydenta miały podkreślić wyjątkowe relacje między USA i Indiami i tym samym pokazać, że Barack Obama robi dla przyjaźni z Indiami tyle samo co jego poprzednik (był bowiem oskarżany, iż robi mniej). Trudno na razie orzec, czy jego wizyta, choć bez wątpienia niezmiernie istotna, wyniosła relacje indo-amerykańskie na nowy poziom. Z jednej strony, podpisano podczas niej ważne umowy handlowe i wykonano jeden potężny gest dyplomatyczny; z drugiej strony odwiedziny te  unaoczniły największe dylematy stojące przed Waszyngtonem w utrzymywaniu serdecznych stosunków z New Delhi.

Pierwszy dylemat to wybór między dozbrajaniem Pakistanu a współpracą z Indiami. Pakistan to nieodzowny sojusznik Waszyngtonu w wojnie afgańskiej. Jednakże im bardziej Waszyngton wspiera Islamabad dając mu pieniądze lub broń, tym bardziej Indie obawiają się, iż środki te mogą być użyte przeciwko nim. Tak się może dziać np. gdy część tych pieniędzy trafia do muzułmańskich radykałów, którzy otrzymają je od wspierających ich oficerów armii pakistańskiej. Z kolei zwalczanie właśnie ekstremistycznych islamskich organizacji stanowi wspólny cel tak USA jak i Indii. Im mocniej jednak Amerykanie współpracują na tym polu z Indusami, tym większe obawy wywołuje to w Islamabadzie, który nie chce utracić swojego statusu sojusznika USA. Symbolem owej zagmatwanej sytuacji był fakt, iż tuż przed wizytą Obamy Ameryka przyznała kolejne 2 miliardy dolarów pomocy Pakistanowi, po czym amerykański prezydent odwiedził jedynie Indie (pomijając Pakistan, który zwykle przy tej okazji wizytował) i na  indyjskiej ziemi mówił o tym, iż będzie dalej naciskać na Pakistan w kwestii usunięcia baz terrorystów. Waszyngton nieprędko zatem wydostanie się z owego indyjsko-pakistańskiego labiryntu – przynajmniej tak długo, jak długo zostaje uwiązany w Afganistanie.

Drugi dylemat to wybór między ochroną amerykańskiego rynku pracy a otwieraniem się na firmy indyjskie. Podczas gdy co najmniej część obywateli oczekuje od administracji Baracka Obamy, iż będzie ona chronić krajowe miejsca pracy, indyjskie firmy, w tym informatyczne i outsourcingowe, liczą na nowe kontrakty w USA. Efektem tego byłoby oczywiście dalsze dostarczanie usług Amerykanom przez obywateli indyjskich. Tuż przed wyjazdem prezydenta na subkontynent w USA pojawiły się głosy krytykujące outsourcing. Gubernator Ohio Ted Strickland stwierdził wtedy, iż jego stan stracił przez outsourcing 400 000 miejsc pracy. Rok wcześniej zresztą, w 2009, sam Obama wypowiedział słynne słowa ,,nie dla Bangalore, tak dla Buffalo’’, zapowiadając, iż jego rząd będzie dawał ulgi podatkowe tylko tym firmom amerykańskim, które wytwarzają miejsca pracy w kraju, nie za granicą. Podczas wizyty w Indiach Obama radykalnie zmienił ton wypowiedzi, nie wspominając słowem o obronnych ulgach podatkowych i zwracając uwagę nie na indyjską sprzedaż usług do USA, ale na proces odwrotny: zakupywanie amerykańskich technologii przez Nowe Delhi. Stwierdził, iż Indie nie zabierają miejsc pracy Amerykanom, ale je wytwarzają. I faktycznie, podczas jego wizyty podpisano umowy handlowe opiewające w sumie na 10 miliardów dolarów (kontrakty dotyczyły technologii: między innymi produkcji silników, samolotów pasażerskich czy sprzętu wojskowego). Te umowy, jak stwierdził prezydent, mają wytworzyć 54 000 miejsca pracy w USA.

Trzecia  kwestia to w zasadzie już nie wewnętrzny dylemat Ameryki, a sprawa dzieląca Waszyngton i Nowe Delhi. Można ją nazwać konfliktem między utrzymywaniem pax americana a bezpieczeństwem energetycznym Indii. Ameryka chętnie widziałaby zmianę niedemokratycznych rządów Iranu i Birmy. W wypadku tego pierwszego kraju Waszyngtonowi zależy też na poparciu każdego możliwego państwa przy powstrzymywaniu teherańskiego programu nuklearnego. Nowe Delhi natomiast traktuje sąsiednią Birmę jako potencjalnego dostawcę ropy i gazu, Iran zaś dostarcza ropy Indiom już teraz (w 2009 r. 16% indyjskiego importu ropy pochodziła z tego kraju). Ponadto, Iran i Indie w podobny sposób przejmują się procesami dokonującymi się u ich wspólnych sąsiadów: handlem narkotykami i działalnością talibów w Afganistanie, jak i niestabilnością Pakistanu. Rząd indyjski wspierał swego czasu birmańską opozycję demokratyczną, obecnie jest jednak zdania, iż dla zrównoważenia wpływów chińskich w tym kraju i zapewnienia sobie dostępu do jego surowców lepsze będzie porozumienie z rządzącą nim wojskową juntą (dyktator Than Shwe był kolejną z głów państwa, która złożyła w tym roku wizytę w Delhi). Stąd też gdy Obama w indyjskim parlamencie wzywał do sankcji wobec Iranu i wspierania walki o prawa człowieka w Birmie, jego słowa nie trafiły na podatny grunt.

Różnica zdań może też pogłębić się w kwestii Afganistanu. Wydaje się coraz pewniejszym, iż Amerykanie będą musieli wycofać się z Hindukuszu bez zadania rozstrzygającego ciosu talibom. Tym samym, w momencie swojego odejścia będą musieli zawrzeć z nimi porozumienie (i być może zawierane jest ono już teraz). Indie są natomiast przeciwne jakiemukolwiek kompromisowi, bowiem: 1) obecność talibów osłabia proindyjski rząd, a wzmacnia inne radykalne muzułmańskie organizacje, które mogą stamtąd wpływać na stabilność Indii 2) przedłużająca się niestabilność Afganistanu na stałe blokuje dostęp Indii do środkowoazjatyckich surowców 3) w zawieraniu jakiegokolwiek porozumienia z talibami wziąłby udział – w charakterze pośrednika – rząd pakistański, co wzmocniłoby wpływy Islamabadu w Pakistanie.

Te dylematy nie są oczywiście nowe i bynajmniej nie są produktem prezydentury Obamy. Dozbrajanie Pakistanu dokonywało się również za czasów Busha i było wtedy równie bulwersujące dla Indii jak jest teraz. Specyfiką obecnych relacji indo-amerykańskich jest jednak ich wieloaspektowość (którą starałem się omówić w poprzednich akapitach), dzięki czemu konflikt na jednym polu można zrównoważyć wzmożoną współpracą na innym. I tak administracji Busha udało się przesłonić negatywne wrażenie z finansowania Pakistanu przez wykonanie bardzo pozytywnego gestu w stosunku do Nowego Delhi jakim było zniesienie zakazu na sprzedaż Indii cywilnych technologii nuklearnych.

Podczas listopadowej wizyty Barack Obama próbował ten gest powtórzyć, oferując Indiom poparcie dla ich kandydatury na stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Pozostaje pytaniem, czy indyjskie elity uznają ową ofertę za równie ważną jak wcześniejsze zniesienie zakazu na sprzedaż technologii nuklearnych (RB ONZ może po reformie stracić wiele ze swojej pozycji, choć może nadal zachować prestiż). Jeśli nie, to Obama będzie musiał szukać rozwiązania powyższych dylematów lub nowego gestu, by pozwolić o nich zapomnieć; jeśli tak, to jego wizytę będzie można uznać za pełnoprawny sukces.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
K. Iwanek: Trzy dylematy Obamy: o stosunkach USA-Indie Reviewed by on 6 grudnia 2010 .

Tego roku Indie przeżywają prawdziwy szturm głów państwa. Po indyjskich czerwonych dywanach przeszli m.in. premier Wielkiej Brytanii D. Cameron,  premier Federacji Rosyjskiej Putin, a także premier RP Donald Tusk; obecnie czyni to prezydent Sarkozy, a do końca roku zrobią to premier Wen Jiabao i prezydent Miedwiediew. Na tej liście nie mogło zabraknąć prezydenta USA Baracka

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Z jednej strony „Pakistan to nieodzowny sojusznik Waszyngtonu w wojnie afgańskiej”, z drugiej „w zawieraniu jakiegokolwiek porozumienia z talibami wziąłby udział – w charakterze pośrednika – rząd pakistański, co wzmocniłoby wpływy Islamabadu w Pakistanie”.
    To oznacza, że Pakistan ma w swym ręku ważne atuty. W razie, gdyby wojna w Afganistanie miałaby jeszcze trochę potrwać, Pakistan jest Waszyngtonowi nadal potrzebny. Gdyby natomiast USA zdecydowały się zakończyć swoją obecność w Afganistanie, Islamabad miałby tam szansę odegrać rolę pierwszoplanową. Tak więc spisywanie Pakistanu na straty jest przedwczesne. Jednak jest druga strona medalu. USA nadal będą uzależniać status Islamabadu jako sojusznika i pomoc wojskową od tego, jaka będzie jego inicjatywa w zwalczaniu terroryzmu. Jest oczywiste, że Pakistan nie jest w stanie do końca opanować tego problemu na własnym podwórku, a mimo to będzie musiał starać się to robić. To uwikłanie Pakistanu we własne problemu daje swobodę manewru Indiom, ale pod warunkiem, że przypadkiem władzy w Islamabadzie nie obejmą fanatycy, a takich w kręgach armii nie brakuje. Pan Iwanek wspomniał tu o islamskich ekstremistach wspieranych przez oficerów pakistańskiej armii. Poza tym zapewne pamiętamy postać gen. Zia ul-Haqa, którego reżim wprowadził w Pakistanie prawo szariatu…
    Odrębna sprawa to tradycyjnie bliskie stosunki łączące Indie i Rosję (niegdyś ZSRR). Elity polityczne obu krajów odczuwają zaniepokojenie wzrostem potęgi Chin oraz ich zbliżeniem gospodarczym i politycznym z zasobnymi w surowce krajami Azji Środkowej. Dlatego przypuszczam, iż więzy Moskwy i New Delhi będą ulegać dalszemu zacieśnieniu, także na płaszczyźnie współpracy militarnej.

Pozostaw odpowiedź