Inne-news,Komentarz eksperta

K. Iwanek: Śmierć Osamy bin Ladena a konflikty w Afganistanie i Pakistanie

iwanek2Gdy w 1853 r. brytyjski  kapitan James Abbot zakładał Abbotabad, miał już za sobą walki w Afganistanie i ,,misję dyplomatyczną’’ (czyli zapewne szpiegowską) do Rosji w ramach ,,Wielkiej Gry’’. Gdyby móc spytać Osamy bin Ladena jak oceniłby taką osobę, pewnie nazwałby Abbota ,,typowym reprezentantem dziewiętnastowiecznego brytyjskiego imperializmu, którego następnym wcieleniem jest imperializm USA’’ (a na dodatek nazwisko Abbota oznacza ,,opat’’, więc kto wie, czy bin Laden nie nazwałby go przy okazji ,,reprezentantem świata krzyżowców’’). Czy w takim razie bin Ladenowi przeszkadzało, iż zapewne dobrych kilka lat mieszkał w mieście nazwanym od tegoż ,,imperialisty’’: w Abbotabadzie w Pakistanie? Tego się już nigdy nie dowiemy, gdyż przywódca Al-Kaidy najwyraźniej już nie żyje. Pozostaje rozważyć, co jego śmierć spowoduje – tym razem już bez odwoływania się do historii, chyba że zupełnie współczesnej. Poniższy tekst będzie próbą takich rozważań w odniesieniu do Afganistanu,  a jeszcze bardziej do Pakistanu.

Po pierwsze,  jego śmierć nie oznacza jeszcze rozpadu Al-Kaidy, choć oczywiście doprowadzi do znacznego jej osłabienia i zapewne przesunięcia centrum jej dowodzenia z Afganistanu i Pakistanu do krajów arabskich. Al-Kaida zorganizowana jest w systemie komórek, małych grup rozsianych po świecie, a nie wojskowym systemie jednolicie uporządkowanej struktury. Uważa się też, że od kilku lat ulega ona dalszej decentralizacji: kluczową rolę decyzyjną mają mieć przywódcy regionalni (a nie centrum z bin Ladenem na czele, które być może od kilku lat nie jest w stanie finansować poczynań wszystkich przywódców). Bin Laden to symbol klęski jedenastego września, a zatem jego zabicie to swoiste odczynianie tamtych zamachów. Jednakże utożsamienie bin Ladena z całą Al-Kaidą nie sprawi, iż jego zabicie zniszczy całą organizację. Z drugiej strony, bin Laden był symbolem nie tylko dla USA, ale i dla całej Al-Kaidy i wszystkich jej sympatyków: stracono charyzmatycznego przywódcę, zdolnego i zamożnego organizatora. Następcą bin Ladena będzie najpewniej Ayman al-Zawahiri. Cóż jednak jeśli zabraknie i jego? (w październiku zeszłego roku CNN twierdziło, iż mieszka on w rezydencji obok binladenowej – mimo to jednak w chwili obecnej brak informacji nawet i o tym, by wraz ze śmiercią bin Ladena natrafiono na miejsce zamieszkania Zawahiriego). O ile bowiem do niedawna Amerykanie nie odnieśli sukcesu w eliminacji najwyższych przywódców organizacji, to naloty ich bezzałogowych samolotów na pogranicze afgańsko-pakistańskie spowodowały śmierć wielu dowódców średniego i niższego szczebla. Bez Zawahiriego Al-Kaidę czekać może kryzys sukcesji. Być może organizacja ta tego nie przetrwa jako jedność. Jako osobny podmiot wyodrębnić się może część Al-Kaidy działająca na półwyspie arabskim, dlatego, że 1) ta gałąź organizacji jest najsilniejsza 2) straty poniesione na pograniczu afgańskim, łącznie z tą ostatnią, mogą sprawić, iż Al-Kaida będzie przenosić się z powrotem do krajów arabskich*, zwłaszcza, że 3) pomóc jej w tym mogą obecne niepokoje w tych ostatnich. Taki rozłam czy decentralizacją mogą co prawda sprawić, iż Al-Kaida będzie niezdolna do spowodowania drugiego 11 września, ale jej komórki nadal będą w stanie spowodować dziesiątki nowych 11 marca czy 7 lipca, jak również tysiąc nowych mniejszych ataków. Ponadto, decentralizacja czy rozłam tej organizacji nie oznacza przecież likwidacji żadnego z problemów, który ją stworzył; jego zabójstwo jest zajęciem się skutkami, nie przyczynami. Te ostatnie istnieć będą dalej i jeśli w nadchodzącym czasie Al-Kaida rozpadnie się, zastąpi ją zapewne kilka mniejszych organizacji.

Po drugie, śmierć przywódcy Al-Kaidy nie oznacza końca wojny w Afganistanie. Po pierwsze należałoby bowiem spytać:  o którą wojnę chodzi:  USA z Al-Kaidą czy Sojuszu Północnego z talibami? Można tu przypomnieć to, co jest oczywiste: do 2001 r. Amerykanie nie interesowali się przesadnie talibskim reżimem, nie zamierzali też z nim walczyć po 11 września, gdyby tylko zgodził się on na wydanie bin Ladena. Ponieważ ówczesny rząd w Kabulu na to ostatnie nie wyraził zgody, USA zaatakowały talibów. Jednakże i potem, przez całe 10 lat do chwili obecnej,  głównym celem Amerykanów byli członkowie Al-Kaidy, z talibami w zasadzie walczono niejako z konieczności (bo inaczej polowanie na Al-Kaidę nie byłoby możliwe). Teraz, gdy bin Laden nie żyje, jest bardziej pewnym, iż Amerykanie wycofają się z Afganistanu tak, jak planowali (do końca 2014 r.) lub nawet wcześniej (zwłaszcza jeśli dojdzie do dalszego osłabiania przywództwa Al-Kaidy). Jednakże wojna z talibami daleka jest od końca – wręcz przeciwnie, od jesieni 2010 r. trwają negocjacje z nimi, co jest w zasadzie przyznaniem się do niemożności pokonania ich na drodze zbrojnej. Jeśli nawet do porozumienia z talibami dojdzie, nie ma przecież pewności, czy nie zostanie ono zerwane gdy tylko siły USA i iSAF opuszczą Hindukusz. Dlatego też do tego czasu  afgańska armia (ANA) i policja (ANP) miały być w zamierzeniu gotowe do samodzielnej walki z talibami; na dzień obecny jednak absolutnie nie są i ich przygotowywanie trwa dużo dłużej niż przyjmowano. Dla rządu Karzaja zatem, jak i dla całej afgańskiej koalicji antytalibskiej, byłoby najlepiej, gdyby USA i NATO pozostały przy ich boku jak najdłużej i w tym sensie zabójstwo bin Ladena jest dla Kabulu złą informacją. Im bliżej jest końca walki z Al-Kaidą, tym dalej do końca wojna z talibami.

Po trzecie, okoliczności odnalezienie bin Ladena oznaczają dalsze komplikacje dla rządu Pakistanu, w jego relacjach z USA jak i z własnymi obywatelami. Zauważmy, iż wbrew temu, co długo sądzono, bin Laden na obszarach, gdzie nie sięga władza rządu pakistańskiego, ale 50 km od stolicy kraju, Islamabadu; nie w jaskini, tylko obszernej rezydencji**; nie pogrążonych w walkach wewnętrznych i nękanych przez bombardowania Federally Administered Tribal Areas, ale w spokojnym mieście Abbotabad w prowincji Khyber-Pakhtunkhwa. Co więcej, mieszkał on 300 m. od Pakistani Military Academy, uczelni wojskowej, nazwanej teraz ,,pakistańskim West Point’’.  Namierzenie tam bin Ladena oznacza rozpoczęcie kolejnego rozdziału znanej dyskusji: jak silne są związki między pewnymi środowiskami pakistańskiej armii, wywiadu i rządu a organizacjami terrorystycznymi? Dotąd wskazywano głównie na związki tych środowisk z pakistańskimi terrorystycznymi organizacjami antyindyjskimi (np. Lashkar-e-Taibą) czy też antykabulskimi organizacjami talibskimi (np. organizacja Haqqanich). Teraz głównym punktem rozważań będą ich związki z Al-Kaidą. Czy możliwym jest, iż bin Laden mieszkał tuż obok pakistańskiej uczelni wojskowej i nikt z armii o tym nie wiedział? Czysto teoretycznie może i jest to możliwe, ale to samo zagadnienie można analizować z innej strony: co w gruncie rzeczy ma oznaczać, iż związki z terrorystami mają pewne środowiska? Jak w praktyce to działa? Czy mamy do czynienia z co najmniej dwoma skrzydłami w pakistańskiej armii: jednym profundamentalistycznym, a drugim antyfundamentalistycznym, które po prostu siebie zwalczają ? Ale armia jest przecież instytucją ściśle hierarchiczną i otwarta walka dwóch stronnictw nie jest tam możliwa bez wypowiadania lojalności – taka walka zmieniłaby się po prostu szybko w prawdziwą zbrojną wojnę domową, a do niczego takiego w Pakistanie nie doszło (chyba że rywalizują  np.  równi sobie generałowie a ich przełożeni są zbyt słabi, by nad nimi panować).

Może zatem podział jest iluzoryczny i chodzi raczej nie o dwa środowiska, ale dwa podejścia: ta sama armia, ci sami oficerowie, popierać mogliby fundamentalistów tam, gdzie ich potrzebują (np. do walki z Indiami w Kaszmirze czy Afganistanie), ale zwalczać ich tam, gdzie im zagrażają (np. na terenie samego Pakistanu, gdy próbują oni wprowadzać tam swoje rządy). Pewne wyjście z tego dylematu stanowi fakt, iż fundamentalistów najczęściej wspierają  oficerowie emerytowani. Mogą oni zatem działać wbrew rozkazom swoich dawnych przełożonych (model walki dwóch środowisk) lub też po prostu mogą być ,,emerytowani’’, to jest do wspierania fundamentalistów wyznacza się oficerów, którzy formalnie zakończyli służbę, ale tak naprawdę potajemnie wykonują ją dalej, dzięki czemu wojsko zawsze może od takiego oficera się odciąć (model jednego środowiska z różnymi celami). W wielu mediach przy okazji śmierci bin Ladena nie wspomniano pewnego bardzo ważnego faktu: otóż właśnie Abbotabad jest nie tylko miastem, gdzie szkoli się nowe kadry, ale gdzie osiedla się bardzo wielu pakistańskich oficerów po przejściu na emeryturę. I to może być wytłumaczeniem, dlaczego  bin Ladena tak długo nie odnaleziono: mógł bowiem mieszkać u boku swoich sojuszników..

Tak jak w USA nikt pewnie nie wierzy, że pakistańskie wojsko mogło przeoczyć rezydencję bin Ladena, tak zapewne nikt w Pakistanie nie wierzy, by śmigłowce amerykańskie mogły przeprowadzić akcję zabójstwa szefa al-Kaidy bez zgody pakistańskiego rządu. Islamabad jest od dawna między młotem a kowadłem, między naciskami własnego społeczeństwa (gdzie przeważają nastroje antyamerykańskie) i naciskami Waszyngtonu (którego Islamabad traktuje jako nieodzownego partnera). Rząd Pakistanu tym ostatnim zazwyczaj ulega, pozwalając na regularne naloty bezzałogowych samolotów amerykańskich na swoje terytorium, aczkolwiek  sprzeciwia się akcjom wojsk lądowych.*** Takie naloty zawsze powodują gniew pakistańskich obywateli, a szczególnie wtedy – co zrozumiałe – gdy ich ofiarami okazują się osoby cywilne i niewinne, co niestety zdarza się często; każdy taki nalot może osłabić radykałów, ale równocześnie wkłada im w ręce argument przeciw pakistańskiemu rządowi. Temu ostatniemu pozostaje oficjalnie krytykować i dementować swoją pomoc dla Waszyngtonu, a po cichu nadal pozwalać Amerykanom robić swoje. Nie inaczej mogło być w wypadku akcji likwidacji bin Ladena: Abbotabad nie leży na granicy z Afganistanem, nie można tam po prostu wpaść i wypaść nie czekając na reakcję Pakistanu; śmigłowce musiały mieć zgodę na przelot od Islamabadu. Teraz zatem islamabadzki rząd będzie po raz krytykowany przez swoich poddanych za uleganie Waszyngtonowi, za ograniczenie własnej suwerenności; przez Amerykanów zaś – za podejrzane niedostrzeganie obecności bin Ladena nieopodal stolicy kraju. W dalszej perspektywie śmierć przywódcy Al-Kaidy przybliżając moment wycofania się Amerykanów z Afganistanu mogła przybliżyć zakończenie sojuszu USA z Pakistanem, sojuszu, który od początku był dla obu stron konieczne, a równocześnie niewygodny i ambiwalentny.

Z punktu widzenia Amerykanów zabicie bin Ladena jest przełomem, czy nawet realizacją ostatecznego celu – ale tylko dlatego, że taki cel sobie wyznaczono. W rzeczywistości bowiem jego śmierć, choć niezmierne ważna, nie zakończy ani jednego konfliktu, w który bin Laden był uwikłany.  Już na pewno nie spowoduje ona przywrócenia stabilizacji w Afganistanie i Pakistanie, gdzie był on jedynie gościem dużo silniejszych w tym regionie radykalnych organizacji i stał się elementem gry między rządami, armiami, wywiadami, instytucjami i plemionami, która trwać będzie dalej i bez niego. Choć pewnie wszystkie światowe media kojarzyć będą odtąd Abbotabad z bin Ladenem, w rzeczywistości nad miastem tym – jak i całym regionem i krajem, w którym się znajduje – unosić się będzie przede wszystkim duch Jamesa Abbota, to jest duch Wielkiej Gry.

*Chociaż przenosić się mogą głównie przywódcy, a w każdym razie nie cała organizacja. Dokładnie w ostatnich miesiącach zauważano, iż Al-Kaida zyskuje w Afganistanie nowe tereny wpływu: niektóre z tych prowincji, w których przestali rezydować amerykańscy żołnierze. Śmierć bin Ladena nie musi bynajmniej powodować utraty tych wpływów.

**O tym, iż mieszka w rezydencji, informowała już korespondentka CNN Barbara Starr w październiku 2010 r., powołując się na wysokiego oficera NATO, aczkolwiek podawane wówczas ewentualne miejsca jego pobytu (takie jak Kurram w FATA), zupełnie się nie sprawdziły. Uzyskała zatem prawdziwe informacje co do rezydencji i zmylające wskazówki w kwestii jej umiejscowienia, bowiem Amerykanie najwyraźniej już wcześniej, to jest od sierpnia 2010 r. wiedzieli o miejscu zamieszkania szefa AL-Kaidy.

*** Te drugie zdarzają się, ale są rzadkością. 3 września 2008 r. Amerykanie zaatakowali wieś Jalal Khel, znajdowała się ona jednak tuż przy granicy z Afganistanem, mogli to zatem uczynić i bez zgody Pakistanu, o czym zresztą świadczyłaby późniejsza gniewna reakcja tego ostatniego. Zgoda taka była z kolei konieczna, by pozwolić działać w Pakistanie agentom CIA prowadzącym dochodzenie w sprawie zamordowanego w 2002 r. amerykańskiego dziennikarza Daniela Pearla, w tym wypadku jednak chodziło o agentów, nie żołnierzy.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
K. Iwanek: Śmierć Osamy bin Ladena a konflikty w Afganistanie i Pakistanie Reviewed by on 3 maja 2011 .

Gdy w 1853 r. brytyjski  kapitan James Abbot zakładał Abbotabad, miał już za sobą walki w Afganistanie i ,,misję dyplomatyczną’’ (czyli zapewne szpiegowską) do Rosji w ramach ,,Wielkiej Gry’’. Gdyby móc spytać Osamy bin Ladena jak oceniłby taką osobę, pewnie nazwałby Abbota ,,typowym reprezentantem dziewiętnastowiecznego brytyjskiego imperializmu, którego następnym wcieleniem jest imperializm USA’’ (a na

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 12

  • Poza tym państwo, jeżeli wysyła ekipę do zamordowania kogoś, to się zwykle tym nie chwali. Wszyscy wiedzą, że to oni, ale oficjalnie nikt się nie przyznaje. Ale Obama musiał jakoś przykryc wątpliwości dotyczące jego aktu urodzenia, którego przez 2-3 lata nie potrafił znaleźc.
    I jeszcze jedna sprawa. Zmierził mnie ten amerykański motłoch na ulicach, cieszący się z czyjejś śmierci. Obrzydliwośc.

    • Dzisiejsi Amerykanie to w znakomitej większości ludzie prymitywni, bez wiedzy o świecie. Ludzie, którymi wyjatkowo łatwo manipulować. Po 11 września w USA zdarzały się wypadki pobić sikhów i hindusów, których z racji stroju wzięto za muzułmanów. Jednego sikha rozwścieczony motłoch zatłukł na śmierć.
      Całkowicie podzielam Pańskie odczucia co do tego pospólstwa na ulicach amerykańskich miast. Pierwsze, co wtedy pomyślałem widząc ich w TV: „to czysty nazizm”. Gdyby ktoś w takim zdziczałym tłumie powiedział, że jest muzułmaninem, to jaki los by go spotkał?…
      Przecież w podobnej atmosferze nienawiści przeprowadzano Kryształową Noc w Niemczech. Tacy głupcy jak ci Jankesi na ulicach głosowali i głosują na Busha, Berlusconiego i im podobnych politycznych cinkciarzy…

  • Tak czy inaczej, pakistańskie władze znalazły się w głupiej sytuacji. Wychodzi na to, że albo wiedziały ale nie mówiły. Albo że nie wiedziały, a to by pokazywało, że mimo deklarowanych wysiłków nie kontrolują tego, co się dzieje na ich terytorium.

  • Coraz wiecej szczegolow wyplywa dotyczacej operacji i wedlug mnie interesujacych jest kilka dodatkowych aspektow.
    Pierwszy dotyczy „niezapowiedzianej” wizyty obcego wojska na badz co badz suwerennym terytorium kraju „zaprzyjaznionego”. Interesujace byloby znac wykladnie prawa miedzynarodowego w tej kwestii. Chyba mozna sie spodziewac ochlodzenia stosunkow pomiedzy Pakistanem a Stanami w zwiazku z tym, zwlaszcza jak dodac do tego fakt wielokrotych przelotow nad Pakistanem „dronow” gdzie juz to powodowalo irytacje. Dodajmy do tego zapowiedz Chin, ze Pakistan beda wspierac tak czy siak – bez wzgledu na to czy pakistanska elita wiedziala czy nie, ze pod ich nosem w spokoju zyje sobie takiz osobnik (dla mnie ciezko pojac zeby nie wiedziala) – to mamy kolejna odslone zabawy mocarstw. Dla mnie jest to niebezpieczny precedens w dodatku zaserwowany w swietle jupiterow.
    Na marginesie dodam, ze nie zdziwilbym sie jakby Chinczycy kupili wrak tego co sie tam rozbilo „do badan” podobnie jak to zrobili w Kosowie.

  • @wute
    Dziękuję za ocenę
    Owszem, też uważam, że Al-Kaida może teraz zaatakować albo zrobić inną PR-ową rzecz, by pokazać, że są w grze. To naturalne, że organizacja, która doznała straty próbuje pokazać, że wręcz przeciwnie, jest silna.

    @ ciekawy
    Przykro mi, nie wiedziałem, że miał Pan takie problemy w skontaktowaniu się ze mną. Nie chciałbym publicznie podawać mojego prywatnego maila. Zgłosiłem Pana problem, mam nadzieję, że te skrzynki na stronie zostaną poprawione – mam nadzieję, że będzie Pan uprzejmy poczekać?
    1) owszem, zdarzył się co najmniej 1 ataki dokonany przez ludzi pochodzących z Bangladeszu, chociaż to raczej rzadkość i w wyniku konkretnych okoliczności: jak chciano zmusić do opuszczenia stanu Radźasthan dziesiątek tysięcy ludzi z Bangladeszu doszło do zamachu w Dźajpurze: http://en.wikipedia.org/wiki/2008_Jaipur_bombings
    2) wręcz przeciwnie, zdarzają się ataki terrorystyczne w Indiach dokonywane przez mieszkających w Indiach muzułmanów. Np. niedawne zamachy organizacji India Mujahideen (która być może reprezentuje Students Islamic Movement of India, lub to jest jedno i to samo).

    @rysiek
    Common knowledge w tej kwestii jest raczej taka, że to talibowie nie spełnili żądania Amerykanów. I tak też uznaję, że się stało. Ale to, że jest taka common knowledge, to nie znaczy, że tak było: gdyby jednak znalazł Pan gdzieś ten materiał (może w jakiejś wersji internetowej), o którym pan pisze, to chętnie się z nim się zapoznam i się ustosunkuję.
    Pozdrawiam wszystkich

  • „Można tu przypomnieć to, co jest oczywiste: do 2001 r. Amerykanie nie interesowali się przesadnie talibskim reżimem, nie zamierzali też z nim walczyć po 11 września, gdyby tylko zgodził się on na wydanie bin Ladena. Ponieważ ówczesny rząd w Kabulu na to ostatnie nie wyraził zgody, USA zaatakowały talibów.”
    nie jestem w stanie dokladnie odtworzyc zrodla, jednak w jednym ze sluchanych przeze mnie wczoraj podcastow slyszalem dokladnie odwrotna informacje – amerykanskie wladze otrzymaly od wladz afganskich lub pakistanskich, nie pamietam dokladnie, oferte wydania ObL w zamian za spokoj, jednak nie przyjely ich wladze amerykanskie. jesli odnajde zrodlo owej informacji, podam je.

  • Próbowałem skontaktować się z Panem via mail, ale otrzymuję zwrotne odpowiedzi o treści:

    Unable to deliver message to the following recipients, due to being unable to connect successfully to the destination mail server.

    Nie wiem dlaczego występuje problem połączenia z serwerem, ale miałem już podobne problemy kiedy kontaktowałem się z redakcją w sprawie kupna ksążki. Przypuszczam, że błąd leży po stronie serwera polska-azja.pl, ponieważ nie mam problemów z wysyłaniem wiadomości pod inne adresy.

    • Panie ciekawy, Pana maila doszedł, tylko najwyraźniej z dużym opóźnieniem, zatem spokojnie, odpiszę na niego. Mam nadzieję, że ten wysłany na mail ogólny, w sprawie książki, też dojdzie.
      Pozdrawiam

  • Gratuluję. Bardzo dobry artykuł.
    Najważniejsze teraz jest jak, gdzie i kiedy odpowie Al-Kaida. Bo, że odpowie to
    można założyć z dużym prawdopodobieństwem. Taka taktyka mieści się w
    mentalności nie tylko terrorystów, ale generalnie ludzi z Bliskiego Wschodu i
    wymusza odwet żeby nie stracić twarzy i honoru.
    Możliwości są różne od ostrzelania jakiś zachodnich instytucji w krajach orientu
    lub powrania jakiegoś dyplomaty, poprzez zamach ala Madryd lub Londyn aż do
    użycia na skalę lokalną broni masowego rażenia. Tego ostatniego nie należy
    lekceważyć. Być może rzeczywiście skonstruowali jakąś broń masową w
    postaci brudnej bomby lub kupili bombę walizkową od Rosjan. C prawda:
    „W 2004, były rosyjski dowódca wojsk strategicznego znaczenia generał-pułkownik Wiktor Jesin potwierdził oficjalnie, że Związek Radziecki, a później Rosja posiadały bomby tego typu. Jego zdaniem, jest niemożliwe, by bomby trafiły do terrorystów, bo wszystkie zostały poddane utylizacji”
    Trzeba jednak dodać, że w takim przypadku wiarygodność słów wypowiadanych przez członka elity post-sowieckiej jest bliska zeru. .
    Pragnę dodać, że „Latem 1997 roku generał Aleksander Lebiedź podał informację, że w rosyjskich magazynach jądrowych brakuje około 100 przenośnych bomb ”
    Nie wiem na ile ta informacja była wiarygodna, ale wykluczać się jej nie należy
    jako, że Lebiedź był sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Rosji.

    • Kołami napędowymi terroru islamskiego jest szybki wzrost demograficzny, w konsekwencji przeludnienie, brak perspektyw i sensu życia (a ideologia islamistyczna w tym przypadku go nadaje) oraz pieniądze, najczęściej pochodzące ze sprzedaży ropy w krajach arabskich bądź ze sprzedaży opium (Afganistan). Niewykształcone masy w Pakistanie albo w ogóle nie mają za sobą nawet elementarnej edukacji albo edukacja ta przeprowadza jest w madresach. Biednym wskazuje się wrogów odpowiedzialnych za ich sytuację. Są to najczęściej Amerykanie, zgniły rząd, czy służalcze (wobec Zachodu) rządy np. w Pakistanie. Choć Ameryki nienawidzą w Pakistanie miliony, to tylko część z nich będzie miała na tyle odwagi żeby poświecić swoje życie w walce ze wskazanymi przez przywódców religijnych wrogami. Reszta będzie dopingować i w miarę możliwości wspierać. Dopóki znajdą się sponsorzy i dopóki sytuacja ludności w najuboższych krajach islamskich się nie zmieni (oprócz poprawy sytuacji materialnej istnieje też kwestia wspomnianej edukacji) dopóty można oczekiwać następnych ataków przeciwko „niewiernym. Nurtują mnie pytanie:
      1) Czemu słyszymy o terrorze pochodzącym z Pakistanu , a nie terrorze pochodzącym z Bangladeszu (niesłusznie będącym w Polsce synonimem biedy) ?
      2) Dlaczego ataków terrorystycznych w Indiach dopuszczają się Pakistańczycy, a nie mieszkający w Indiach muzułmanie (albo dlaczego oskarża się o to właśnie ich, a nie własnych krajanów) ?

    • @wute
      Bo ja wiem, czy to tylko kwestia ludzi z Bliskiego Wschodu? A jaka była relacja Amerykanów po 11 września?

      • Avatar wute

        Nie napisałem tam, że to tylko kwestia ludzi z Bliskiego
        Wschodu.

Odpowiedz na „PZAnuluj pisanie odpowiedzi