Pakistan

K. Iwanek: Punkt zwrotny czy bezzwrotny? O nadchodzących wyborach w Pakistanie

Imran

Szesnastego marca dobiegła końca kadencja pakistańskiego Zgromadzenia Narodowego (National Assembly), niższej izby tamtejszego parlamentu. Dokładnego terminu wyborów jeszcze nie ogłoszono, ale zgodnie z konstytucją odbyć się muszą w ciągu 90 dni.Nowy rząd stanie przed rozmaitymi problemami, między innymi bezrobociem, słabą gospodarką, niestabilnością pasztuńskiego pogranicza, separatyzmem Beludżów czy niekończącymi się napięciami między rozmaitymi wspólnotami (czego przykładem ostatnie zamachy bombowe na szyickich Hazarów i ataki na pakistańskich chrześcijan). Stare i nowe wyzwania czekają także w polityce zagranicznej. W Afganistanie i w Indiach w przyszłym roku odbędą się wybory, kompromisu z talibami dotąd nie wypracowano, a siły ISAF mają się stamtąd wycofać do grudnia 2014 r. (acz być może część oddziałów jednak pozostanie). Wszystko to wróży narastanie pakistańsko-indyjskiej wojny o wpływy w Afganistanie. Po wykryciu siedziby Osamy bin Ladena osłabły stosunki z USA, a teraz Waszyngton głosi Pakistanowi sankcjami w związku z budową gazociągu z Iranu.

Można powiedzieć, że są dwa sposoby przewidywania wyników wyborów w Pakistanie. Jedna metoda stosowałaby tradycyjne politologiczne metody i dane. Jej zaletą jest to, że pozwala pracować na powszechnie dostępnych i czasem niepodważalnych informacjach, takich jak np. ordynacja wyborcza czy liczba okręgów. Jej wadą jest przyjęcie za pewnika, że wybory odbywają się w uczciwy sposób. Druga metoda zakładałaby zatem, że ważniejsze jest – jak mawiają– nie to, kto głosuje, ale to, kto liczy głosy. Tu analiza polegać może na próbie domyślenia się, kogo faworyzują liczący głosy. Wady drugiej metody są lustrzanym odbiciem zalet tej pierwszej. Tu nie ma w zasadzie żadnych konkretnych danych, na których można się oprzeć; analizuje się zakulisowe procesy na podstawie strzępów informacji, które się do nas przedostają. Zacznijmy od pierwszego podejścia.

1.       Obywatel głosuje…

Wiodącą partią rządzącej obecnie koalicji jest Pakistani Peoples Party. Na jej czele stoi Asif Ali Zardari, obecny prezydent państwa i wdowiec po poprzedniej przywódczyni ugrupowania, Benazir Bhutto. PPP zdobyła najwięcej (123) mandatów w wyborach roku 2008, gdy po niemal 10 latach dyktatury zakończyły się rządy generała Parveza Musharrafa. Chociaż to między innymi Musharrafa podejrzewa się o zorganizowanie zamachu na Benazir Bhutto w 2007 roku, dotąd lojalna dyktatorowi partia Pakistani Muslim League (Quaid) włączyła się do nowego demokratycznego rządu, ze swoimi 49 posłami stając się  szybko największym sojusznikiem PPP. Jedni zatem postrzegają PPP jako reprezentanta demokratycznej opozycji, której nacisk zmusił juntę do ustąpienia. Inni zaś uważają, że porozumiała się ona z dyktatorem i doszła do władzy za jego zgodą. Dwaj inni ważni parlamentarni partnerzy PPP to Awami National Party, mająca oparcie w elektoracie Pasztunów (12 posłów) i Muttahida Quami Movement, na którą głosują Mohadźirowie[1] (20 posłów). Jedyną naprawdę dużą partią opozycji jest Pakistani Muslim League-Nawaz, która ma 92 reprezentantów w Zgromadzeniu Narodowym. Przywódca tej partii, Nawaz Sharif, którego imię występuje zresztą w nazwie ugrupowania, został pozbawiony władzy i funkcji premiera w 1999 roku właśnie w wyniku zamachu generała Musharrafa. Od tego czasu PML-N pozostawała w opozycji, tylko na krótko w 2008 r. wspierając demokratyczny rząd. Równocześnie partia ta sprawuje rządy w prowincji Pendżab. Wiele osób twierdzi też, że czarnym koniem wyborczego wyścigu okaże się Pakistan Tehreek-e-Insaf, partia pod wodzą niegdysiejszego wybitnego krykiecisty Imrana Khana (o czym zresztą trudno zapomnieć, by symbolem tej partii jest kij do krykieta). Warto jednak zaznaczyć, że PTI nie odniosła dotąd żadnych sukcesów wyborczych, a w chwili obecnej nie ma ani jednego posła ani w parlamencie ani w żadnym ciele prowincjonalnym, gdyż ostatnie wybory zbojkotowała.

Gdyby zaufać ostatnim sondażom, okazałoby się, że największe kawałki politycznego tortu mogą wykroić sobie PPP, PML-N i PTI. Według danych opublikowanych w lutym przez Sustainable Development Policy Institute na PPP zamierzało głosować 29% respondentów, na PML-N  – 25% a na  PTI – 20%.[2] Z kolei w sondażu International Republican Institute ze stycznia wiodą te same partie, ale w zupełnie innej kolejności: na PML (N) głosować chciało 32% respondentów, na PTI – 18% a na PPP – 14%.[3] Z sondażami, jak wiadomo, problem jest taki, że zasięgają opinii mikroskopijnej części elektoratu. Pierwszy z tych sondaży opierał się na wypowiedziach 1283 osób, drugi na 4997. Tym bardziej, że w Pakistanie funkcjonuje ordynacja jednomandatowa, a sondaże przeprowadzono metodą wypytywania osób z różnych miejsc kraju. To, że głos na daną partię deklaruje, dajmy na to, 500 osób, tak naprawdę niewiele mówi – te głosy, rozłożone pomiędzy poszczególne okręgi wyborcze, mogą nie dać zwycięstwa nikomu. Dużo większy sens miałoby przeprowadzanie sondaży skupionych na wybranych okręgach wyborczych. W opublikowanym w czerwcu 2012 r. sondażu Pew Research Centre spośród 1206 respondentów 70% wyraziło pozytywną opinię o Imranie Khanie z PTI, a 62% o Nawazie Sharifie z PML-N. Zardari mógł liczyć na przychylność jedynie 14%, podczas gdy 85% respondentów okazało mu niechęć.[4] Według tego badania zatem najpopularniejsi byliby dwaj politycy opozycyjni, zaś prezydent i najważniejszy polityk partii rządzący okazałby się jedną z najmniej lubianych postaci w Pakistanie. Nawet były dyktator Musharraf otrzymał dużo więcej przychylnych głosów (39%). Znów jednak należy wskazać, że w ordynacji jednomandatowej dużo mocniej liczy się charyzma kandydatów w poszczególnych okręgach. Fakt, że przywódca PPP jest nielubiany, nie musi pogrążać całej partii. Ostatecznie jego żona, Benazir Bhutto, była dużo bardziej popularna niż on, co nie przeszkodziło partii w wygraniu wyborów po jej śmierci. Jeśli gwiazda przywódcy gaśnie, można po prostu zmienić twarz ugrupowania. Nieprzypadkowo zatem coraz częściej mówi się o tym, że do roli wodza PPP szykuje się syn A.A. Zardariego i B. Bhutto, Bilawal.

Tym niemniej, wielu komentatorów wydaje się sprowadzać nadchodzące wybory do walki między trzema liderami: Zardarim z PPP, Sharifem z PML-N i Imranem Khanem z PTI. Warto przyjrzeć się temu ostatniemu. Zardari i Sharif to weterani polityki; Imran Khan też obecny jest w niej od dawna, gdyż swoją partię utworzył jeszcze w 1996 r., ale tak naprawdę przez większość tego czasu była marginalna, jej popularność dopiero od dwóch lat. Partie Zardariego i Sharifa mają swój tradycyjny elektorat, partia Khana przedstawiana jest przez jej zwolenników jako ruch odnowy, popularny szczególnie pośród dorastającego pokolenia młodzieży z miast. A pakistańskie społeczeństwo jest młode: około 40 milionów obywateli będzie mogło zagłosować po raz pierwszy (tylko pytanie ilu z nich zagłosuje). Pełen ogłady Imran Khan wydaje się najbardziej ,,zachodnim’’ z pakistańskich polityków. Jego partia nie ma ani jednego posła w Zgromadzeniu Narodowego, ale ma piętnastu rzeczników, każdego od innej kwestii (sprawy zagraniczne, finanse, energetyka, itd.). Ma też, jak twierdzi, największą liczbę członków  – 9.4 miliona według przedstawionych w marcu danych. Niedawno PTI stała się pierwszą partią w dziejach Pakistanu, która przeprowadziła wewnętrzne, demokratyczne wybory kandydatów. W PPP i PML-N, jak i w każdym innym ugrupowaniu, wybór kandydata na dany okręg wyborczy dokonuje się metodą nominacji, poprzedzonych trudnymi, zakulisowymi negocjacjami pomiędzy przywództwem partii na szczeblu państwowym i prowincjonalnym. Z tej perspektywy wydawałoby się, że PTI rzeczywiście ma szansę spowodować, jak ujmują to niektórzy, wyborcze tsunami.

Spróbujmy jednak spojrzeć na nadchodzące wybory z punktu widzenia żelaznych mechanizmów ordynacji. Ilość reprezentantów poszczególnych prowincji w Zgromadzeniu Narodowym wygląda następująco:

Pendżab Sindh Chajber Pasztunchwa Beludżystan FATA Stolica Federacji (Islamabad) W sumie:
Powszechnie wybierani reprezentanci

148

61

35

14

12

2

272

Kobiety

35

14

8

3

0

0

60

Reprezentanci wspólnot innych niż muzułmańskie

10

W sumie:

183

75

43

17

12

2

342

Wystarczy zerknąć na tę tabelkę, by dowiedzieć się, że kluczowe znaczenie polityczne mają dwie prowincje – Pendżab i Sindh. Przy dobrych wynikach z tych dwóch prowincji pozostałe nie mają już większego znaczenia. Ponadto, zdobycie wszystkich lub znacznej większości okręgów w samym Pendżabie wystarczy, by uzyskać większość. Nieprzypadkowo PPP ma poparcie przede wszystkim w prowincji Sindh i w południowym Pendżabie; Pendżab jest też wyborczą twierdzą  PLM-N. W chwili obecnej na 123 posłów PPP 44 zostało wybranych z okręgów z Sindhu, a 60 z Pendżabu. Spośród 92 posłów PML-N 81 wybrano z Pendżabu.

Jak zauważa blogger i czujny obserwator pakistańskiej sceny politycznej, Riaz Haq, przez ostatnie lata swojej władzy PPP w Sindhu i Pendżabie i PML-N skupiały się zasadniczo na tej samej strategii: przyciąganiu jak największej ilości wyborców ze wsi poprzez różnego rodzaju wsparcie natury ekonomicznej. Było to między innymi odpowiednie dysponowanie środkami na rozwój wybranych obszarów, podnoszenie minimalnych cen płodów rolnych czy zapewnianie zatrudnienia.[5] W czerwcu 2012 r. reprezentant partii MQM, koalicyjnego sojusznika PPP tak we władzy centralnej jak i w prowincji Sindh, mówiąc o polityce w tym ostatnim regionie przyznał: ,,Myślę, że to dobrze, że mieszkańcom wsi pomaga się poprzez dopłaty do minimalnych cen i subsydia na traktory i mocznik. Ale mieszkańcy miast ponoszą koszta dopłat do cen. I oni zasługują na subsydia.’’[6] Tego typu wypowiedzi nie biorą pod uwagę pytania, czy nie lepiej byłoby po prostu wycofać dopłaty. Zamiast tego rozważa się, kto jeszcze powinien je dostać.

I to właśnie na obszarze takich gospodarczych przywilejów rozgrywa się właściwa polityczna walka. Kandydat, który ma największą szansę zwyciężyć w danym okręgu to człowiek o najszerszych wpływach gospodarczych i politycznych. Może to być na przykład przywódca lokalnej wspólnoty właścicieli ziemskich. Po tym, jak dana partia zaproponowała członkostwo i kandydaturę, użyć on może wachlarza metod – od rozdawania pieniędzy czy przywilejów do zastraszenia – by zapewnić sobie  poparcie grup społecznych od niego zależnych, na przykład dzierżawców pracujących na jego polach. Jeśli wygra w swoim okręgu, podniesienie cen płodów rolnych przez jego partię przyniesie zyski jego grupie społecznej, potwierdzając słuszność jego wyboru. Może on następnie utworzyć firmę budowlaną – oczywiście należącą formalnie np. do jego brata – która dziwnym trafem będzie wygrywać wszystkie rządowe kontrakty na budowę dróg czy budynków użyteczności publicznej. Wreszcie, okrąg jego i innych ludzi należących do rządzącej partii ma większe szanse na wszelkie dofinansowania, np. programy rozwojowe, od władzy. Zwycięski polityk będzie tam kierować tymi funduszami i przywilejami, by trafiały do grup, które go poparły. Dzięki czemu, jeśli wszystko pójdzie dobrze, wytworzy stały się mutualizm między nim a jego partią a także między nim i wiodącymi lokalnymi społecznościami. Tutaj łącza się dawne feudalne i kastowe struktury społeczne z systemem demokracji parlamentarnej. Nieprzypadkowo jedną z głównych grup, na których PPP opiera swoją polityczną dominację w prowincji Sindh są wielcy właściciele ziemscy. Tymczasem cytowany wyżej polityk MQM reprezentuje partię, której elektoratem są mieszkańcy sindhijskich miast: stąd nie dziwi, że sugerował on rozszerzenie subsydiów z wsi na miasta. Wytężone działania PPP i PML-N na sindhijskiej i pendżabskiej wsi mogą się okazać dużo ważniejsze od medialnych debat czy sondaży zagranicznych instytutów.

Tymczasem PTI Imrana Khana nie ma swojej bazy politycznej. Nie jest to partia związana z konkretną prowincją, regionem, z danymi wspólnotami. Popularność pośród miejskiej młodzieży oznacza, że partia jest wszędzie i nigdzie zarazem. Nie jest to bowiem jednolita i solidarna grupa, która mogłaby zapewnić zwycięstwo w konkretnych okręgach. Dużo bezpieczniej jest wkupić się w łaski dominującej grupą społeczną w danym okręgu wiejskim (np. wspólnotą zamożnych chłopów)  niż jedną grupą wiekową w wielu okręgach miejskich. Dodajmy do tego, że większość mieszkańców Pakistanu żyje na wsi. Partia Imrana Khana jest silnie reprezentowana w mediach, na portalach społecznościowych itd., ale czy to rzeczywiście przekłada się na poparcie zwykłych, niekoniecznie korzystających z Facebooka Pakistańczyków? Z drugiej strony, od pewnego czasu wiece PTI zaczęły przyciągać ogromne ilości ludzi. Wielka ilość członków PTI ma natomiast znaczenie, bo przy takiej ilości – blisko 10 milionów – już sami członkowie partii stanowią potężny elektorat, o ile ta liczba nie jest tylko kolejnym PR-owym zabiegiem. Ostatecznie jednak liczy się nie ilość członków partii, ale ilość zwycięskich kandydatów.

Gdyby jednak przyjąć, że jeszcze ważniejsze jest to, komu tajne siły pozwalają wygrać, szanse PTI wydają się dużo większe.

2. …a wojsko decyduje?

Jeśli jest jakiekolwiek stałe środowisko ,,liczących głosy’’ w Pakistanie, to może być nim tylko potężna armia wraz z jej wszechobecnym wywiadem (ISI). Pamiętajmy, że od swojego powstania w 1947 r. Pakistan był częściej rządzony przez wojskowych dyktatorów niż demokratycznie obrane władze. I za czasów junty pod wodzą Musharrafa (1999-2008) wybory organizowano i z tego też okresu pochodzą dość silne przesłanki o możliwości fałszowania wyborów. W 2002 r. generał urządził referendum dla usprawiedliwienia swojego zamachu stanu, a jego wynik – cóż za niespodzianka! – wykazał niemal pełne poparcie dla dyktatury. Musharraf miał ponoć krytykować potem swoich podwładnych za to, że …przesadzili z podkręcaniem wyniku (czyniąc go w ten sposób mniej wiarygodnym). Według państwowej instytucji National Database and Registration Authority w wyborach roku 2007, czyli ostatnich urządzonych przez Musharrafa,  sfałszowano 37 milionów głosów. Oczywiście NADRA stwierdziła to długo po wycofaniu się generała z dyktatury. Można zatem próbować odgadywać wynik pakistańskich wyborów poprzez analizę stosunków armii i wywiadu z poszczególnymi partiami.

Przyjmując, że wybory roku 2008 dokonały się z przyzwoleniem wojskowego ,,państwa w państwie’’ należy uznać, że zwycięski rząd PPP i koalicjantów współpracował z tymi strukturami. Dowodem na to jest chociażby fakt, że demokratycznie obrane władze pozwoliły generałowi Musharrafowi spokojnie wyjechać do Londynu, gdzie żyje do dziś i jakoś ociągają się z osądzeniem go. Punktem zwrotnym była bez wątpienia afera ,,memogate’’ z roku 2011, o której wówczas na stronie Centrum Studiów Polska-Azja napisała tak dr Agnieszka Kuszewska[7] jak i ja[8]. Pisząc krótko, ujawniono wówczas notkę, której autorami miały być osoby z pakistańskiego rządu, a odbiorcą – rząd amerykański. W notce tej islamabadzki rząd miał proponować Amerykanom współpracę przeciw… własnej armii i wywiadowi, obawiając się, że te ostatnie mogą obalić demokratyczne władze. Choć oczywiście podważa się autentyczność notki, wyraźnie widać, że wkrótce doszło do kryzysu w stosunkach władz cywilnych z wojskowymi. W roku 2012 te pierwsze próbowały bezskutecznie wprowadzić reformę, dzięki której zyskałyby pełną kontrolę nad wywiadem.[9] Wkrótce doszło też do serii ataków na prezydenta i premiera (obu z PPP). Atakującym była władza sądownicza a orężem –oskarżenia prezydenta Zardariego o korupcję. Chociaż teoretycznie wszystko to nie miało nic wspólnego z armią i wywiadem, jest zupełnie jasnym, że natarcie dziwnym trafem nastąpił dopiero po tym, jak rząd odważył się zadrzeć z tymi strukturami. Sprawy przeciw Zardariemu zalegają w sądach już od lat 90. Stąd też wydarzenia roku 2012 ochrzczono ,,sądowym zamachem stanu’’ (judicial coup); władza sądowa najwyraźniej pomagała tu wojsku i wywiadowi. Ostatecznie prezydenta Zardariego stanowiska nie pozbawiono, ale stracił je premier Gilani za to, że próbował go bronić. Sąd Najwyższy odebrał mu mandat za to, że nie zgodził się zwrócić do władz szwajcarskich z prośbą o dane dotyczących kont bankowych Zardariego, na których ma przechowywać nielegalnie uzyskane pieniądze.[10] Nowy premier z ramienia PPP, Raja Parvez Ashraf, został zaatakowany przez te same siły w ten sam sposób i to wkrótce po jego wybraniu, ale do chwili obecnej udało mu się pozostać przy władzy. Wydaje się zatem niewątpliwym, że armia i wywiad nie sprzyjają obecnemu rządowi PPP, ale też nie dokonały zbrojnego zamachu. Logicznym wydaje się wniosek, że szykują się do ,,zamachu demokratycznego’’. A skoro tak – to muszą mieć pod ręką jakąś partię lub partie. Nie wydaje się, by mogło tu chodzić o chodzić o największą partię opozycji: PML-N Nawaza Sharifa, skoro ma on za sobą liczne przypadki konfliktów z wojskowymi, którzy też pozbawili go władzy w 1999 r.

I tu powraca kwestia Imrana Khana i jego PTI. Oto człowiek, którego partia nie miała żadnego znaczenia przez 15 lat (1996-2011), wyrasta w ciągu roku na jedną z głównych postaci sceny politycznej. Jego wiece nagle przyciągają tłumy, a jego twarz i nazwisko nie znikają z mediów. I wszystko dzieje się właśnie w roku 2011, kiedy to wybuchła afera ,,memogate’’, a stosunki rządu z wojskiem nagle oziębły. Dodajmy, że Imran Khan poparł dyktaturę Musharrafa, a w każdym razie urządzone przez generała referendum, które z kolei zbojkotowały PPP i PML-N.[11]  Równocześnie Imran Khan zbojkotował demokratyczne wybory zorganizowane po wycofaniu dyktatury. Niektóre z postulatów Imrana Khana wydają się zbliżać go do pakistańskich nacjonalistów i muzułmańskich radykałów (a niektórych z nich wspierają oficerowie wojska i wywiadu). Przedstawia się on jako przeciwnik transportów ISAF do Afganistanu przez Pakistan. Liczni obserwatorzy wskazują też, że niektóre osoby ze środowiska lidera PTI są najpewniej związane z wywiadem. Mówił o tym także profesor K. Dębnicki na zorganizowanym przez CSPA spotkaniu.[12] Wniosek wydaje się prosty: wojsko i wywiad szykują Imrana Khana i jego PTI na zwycięzców w nadchodzących wyborach. W radykalnym ujęciu to oznaczałoby, że te wybory to raczej punkt ,,bezzwrotny’’ niż zwrotny. Przemaluje się tylko demokratyczną fasadę, ale faktycznie rządzącymi pozostaną te same szare eminencje w epoletach.

3. Gra sił?

Wnioski z osobnego zastosowania dwóch powyższych wydają się proste: jeśli wybory zostaną przeprowadzone uczciwie, najwięcej głosów zdobędą PPP i PML-N i wtedy jedna z tych partii będzie w stanie rządzić sama (lub – co bardziej prawdopodobne – z koalicjantami), a przy bardziej zrównoważonym wyniku mogą się okazać zależne od siebie dla uzyskania większości. Przy masowych oszustwach zwyciężyć może PTI.

Ale co jeśli rzeczywistość jest bardziej złożona?  Weźmy pod uwagę prosty przykład. Jeśli wojskowi sterują wyborami, to dlaczego po tym, jak obalili władzę Nawaza Sharifa w 1999 r., pozwolili mu  w 2008 r. przejąć rządy w Pendżabie?  Doniesienia o masowych fałszerstwach pochodziły wszak z czasów dyktatury Musharrafa, a więc okresu, gdzie w sposób oczywisty generałom było łatwiej rozkazywać urzędnikom. Nie muszą mieć oni jednak mieć równie mocnych wpływów w okresach demokracji. I tak raport International Crisis Group z 2011 r. stwierdza – acz nie podając źródeł tej wiedzy – że i podczas wyborów roku 2008, kiedy wygrała opozycja, doszło do fałszerstw, ale nie tak licznych, jak chciałaby tego armia.[13] Dowodem na to miałaby być wysoka, ale jednak nie najwyższa pozycja w parlamencie PML-Q, partii która była filarem dyktatury Musharrafa. Wniosek z raportu byłby zatem taki, że w czasach względnej demokracji w Pakistanie fałszerstwa wpływają na istotny procent wyników wyborczych, ale nie muszą o nich zdecydować. Ten sam raport podkreśla, że pomiędzy partiami opozycji i rządu istniał w ostatnich latach konsensus w sprawie wzmocnienia niezależności Komisji Wyborczej Pakistanu (Election Commission of Pakistan). To tym lepiej rokuje w kwestii nadchodzących wyborów.

Przykładem takiej współpracy może też być sprawa Tahira ul-Qadriego. Ów muzułmański duchowny, który siedem ostatnich lat spędził w Kanadzie, w grudniu 2012 r. zjawił się w stolicy kraju domagając się natychmiastowego ustąpienia rządu i rozpisania nowych wyborów. Przeniesienie się Qadriego z politycznego niebytu do serca wydarzeń było równie jeszcze bardziej błyskawiczne jak wzrost popularności Imrana Khana. Oto człowiek, o którym wielu już pewnie zapomniało, mógł nagle liczyć na poparcie rzesz protestujących. Tak jak w wypadku Imrana Khana podejrzewano zatem, że Qadriego wystawiły wojsko i wywiad, o których zresztą wypowiadał się bardzo przyjaźnie. Partie rządu i opozycji jednak nie uległy i wspólnie zdecydowały utrzymać parlament do nieodległego zresztą końca kadencji. Wtedy też ruch Qadriego zgasł równie nagle jak się rozpalił. Wydarzenia takie jak te, jak również fakt, że mimo afery z 2011 r. nie doszło do kolejnego wojskowego puchu, wielu obserwatorów odczytuje jako symptomy dojrzewania pakistańskiej demokracji.

Ja jednak byłbym bardziej sceptyczny. Po aferze ,,memogate’’ armia nie dokonała zamachu zapewne nie dlatego, że nie mogła, ale nie chciała. Owszem, pakistańscy generałowie nie są wszechwładni. Gdyby byli, demokracja nie byłaby im w ogóle potrzebna, albo też mogliby bez końca organizować zupełnie fikcyjne wybory, gdzie ta sama partia uzyskiwałby ciągle 100% głosów. Ale jednak demokracja jest generałom potrzebna, zarówno, by podtrzymać wizerunek ich kraju na świecie, jak i przede wszystkim, by podtrzymać swój wizerunek przed własnymi obywatelami. Armia i wywiad muszą się jednak liczyć z opinią publiczną – w przeciwnym razie niepopularny generał Musharraf nie musiałby ustępować. Po drugie, podział sił z partiami politycznymi odciąża wysokich oficerów, jak i pozwala w razie czego zrzucić na nie winę za niepowodzenia. Po trzecie, wojsko to jedna z najważniejszych sił gospodarczych w kraju (posiada ono wiele firm, ziemi, itd.). Niestabilność nie jest zatem w jego interesie. Wojskowy pucz zaś, choć zazwyczaj w Pakistanie organizowany był bardziej gładko niż wybory, jak każde użycie przemocy wiąże się ze znacznym ryzykiem. Zamach zawsze zresztą pozostaje ostateczną opcją w razie wyborczej klęski. Jeśli zaś chodzi o niedawną współpracę między partiami rządzącej koalicji i opozycji, to może ona zwyczajnie wynikać nie z ,,dojrzałości’’ demokracji, co ze wspólnoty interesów. Nie zależało im na przyspieszonych wyborach, potrzebują bowiem czasu na przygotowanie się do kampanii.

W Pakistanie toczy się gra sił, w której armia i wywiad są najsilniejszym, ale jednak nie jedynym czynnikiem. Takie podejście jest mieszaniną pierwszego i drugiego. Nie wszystko zależy od ,,kupujących głosy’’, ale też nie wszystko zależy od ,,liczących głosy’’. Z tej perspektywy odgadnięcie wyników wyborów przestaje oczywiście być możliwe. Jedno jest jednak pewne. Chociaż rok 2012 pokazał, że rząd pakistański jest w stanie podjąć walką z generałami, nie pozwoliliby oni, by taki konflikt ciągnął się przez lata. Ostateczny głos – poparty kolbą karabinu – należy jednak do nich. Prędzej czy później nowy rząd będzie musiał wypracować sobie modus vivendi z wojskiem i wywiadem.



[1] To jest potomkowie imigrantów z Indii, żyjący głównie w miastach prowincji Sindh

[4] http://www.pewglobal.org/2012/06/27/pakistani-public-opinion-ever-more-critical-of-u-s/

[7] http://www.polska-azja.pl/2011/11/30/a-kuszewska-afera-%E2%80%9Ememogate%E2%80%9D-jako-przejaw-kryzysu-wewnetrznego-w-pakistanie/

[8] http://www.polska-azja.pl/2012/01/12/k-iwanek-is-there-a-military-coup-underway-in-pakistan/

[9] http://www.thefridaytimes.com/beta3/tft/article.php?issue=20120713&page=1

[10] http://www.guardian.co.uk/world/2012/jun/19/pakistan-prime-minister-yousuf-gilani-disqualified

[11] http://expressindia.indianexpress.com/news/fullstory.php?newsid=9092

[12] http://www.polska-azja.pl/2012/12/11/videorelacja-z-21-spotkania-cspa-z-prof-krzysztofem-debnickim/

[13] http://www.crisisgroup.org/~/media/Files/asia/south-asia/pakistan/203%20Reforming%20Pakistans%20Electoral%20System.ashx

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
K. Iwanek: Punkt zwrotny czy bezzwrotny? O nadchodzących wyborach w Pakistanie Reviewed by on 18 marca 2013 .

Szesnastego marca dobiegła końca kadencja pakistańskiego Zgromadzenia Narodowego (National Assembly), niższej izby tamtejszego parlamentu. Dokładnego terminu wyborów jeszcze nie ogłoszono, ale zgodnie z konstytucją odbyć się muszą w ciągu 90 dni.Nowy rząd stanie przed rozmaitymi problemami, między innymi bezrobociem, słabą gospodarką, niestabilnością pasztuńskiego pogranicza, separatyzmem Beludżów czy niekończącymi się napięciami między rozmaitymi wspólnotami (czego przykładem

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Bardzo dziękuję za ten tekst! Bardzo mi pomógł choć trochę zorientować się, co się dzieje. Rozsyłam gdzie mogę.

Pozostaw odpowiedź