Komentarz eksperta,Top news

K. Iwanek: Przypadek Dolkuna Isy. Dysydenci, separatyści i terroryści w stosunkach Indie-Chiny

Kwietniowy przypadek ujgurskiego działacza Dolkuna Isy – któremu Nowe Delhi najpierw wydało wizę, a potem ją wycofało – pokazuje niekonsekwencję indyjskiej polityki zagranicznej w stosunku do Chin.

W kwietniu tego roku Indiom nie udało się wpisać na listę terrorystów Organizacji Narodów Zjednoczonych Masooda Azhara (wym. Masud Azhar). Azhar jest przywódcą radykalnej muzułmańskiej organizacji Jaish-e-Muhammad (wym. Dźeiś-e-Muhammad). Jej przywództwo, łącznie z samym  Azharem, przebywa w Pakistanie, wzywa do oderwania Kaszmiru od Indii i w przeszłości organizowało szereg ataków na terytorium Indii, w tym w 2001 r. na budynek indyjskiego parlamentu. Dla Indii Azhar jest terrorystą, jednakże Chiny formalnie stwierdziły, że potrzeba więcej informacji, by za terrorystę uznało go ONZ. Tym samym, używając swojej pozycji w organizacji Pekin zablokował indyjską inicjatywę na rzecz międzynarodowego potępienia Azhara i jego ludzi.

W Indiach uznano stanowisko chińskie za skandaliczne i motywowane politycznie. Jest wiadome, że Chiny są strategicznym sojusznikiem Pakistanu – kraju, z którego Azhar pochodzi i którego służby w przeszłości udzielały organizacji Azhara pomocy. O tym partnerstwie świadczy dobitnie choćby niedawna umowa Pekinu z Islamabadem przyznająca Pakistanowi gigantycznej pomocy finansowej na rozwój infrastuktury. Również stanowisko Chin w sprawie Kaszmiru pokazuje jak partnerstwo chińsko-pakistańskie ma wymiar antyindyjski. Dla Nowego Delhi do najbardziej wymownych przykładów stosunku Pekinu do sporu o Kaszmir było sporadyczne wydawanie Kaszmirczykom osobnych wiz, niewklejanych w indyjski paszport, co sprawiało wrażenie nieuznawania bądź niepełnego uznawania prawa Indii do terytorium Dżammu i Kaszmiru.

Jeśli jednak Chinom można zarzucić polityczną motywację w sprawie Azhara, to samo można powiedzieć względem późniejszej postawy Indii. Szóstego kwietnia, wkrótce po starciu na niwie ONZ Nowe Delhi przyznało wizę ujgurskiemu działaczowi Dolkunowi Isie. Isa reprezentuje Światowy Kongres Ujgurów (World Uighur Congress), mieszka w Niemczech, krytykuje rządy Pekinu nad Ujguristanem i jest uważany przez Chiny za terrorystę. Isa miał udać się na konferencję w Dharamśali (a bardziej precyzyjnie mówiąc: w McLeodGanju) w indyjskich górach. To tam od swojej ucieczki z zajętego przez Chiny Tybetu mieszka Dalajlama i konferencja ewidentnie była zorganizowana ze wsparciem ludzi związanych z uchodźczym rządem tybetańskim; także Dalajlama wygłosił na niej wykład. Wzięli w niej też udział chińscy dysydenci krytykujący brak demokracji w Chinach, między innymi mieszkający za granicą albo w Hongkongu (głównym organizatorem miał być mieszkający w USA Yang Jiamil). Nie ma zatem wątpliwości, że konferencja miała skupić różnego rodzaju krytyków rządu chińskiego. Potwierdzał to sam jej tytuł: ,,Wzmacniając nasz sojusz dla realizacji marzeń ludzi: wolności, sprawiedliwości, równości i pokoju’’ (Strengthening Our Alliance to Advance the People’s Dream: Freedom, Justice, Equality and Peace). Można sobie wyobrazić, co o niej myślano w Pekinie.

Chiny odnoszą się do sprawy Ujgurów i Tybetańczyków podobnie jak Indie odnoszą się do sprawy Kaszmirczyków: oba kraje w zrozumiały sposób nie znoszą, gdy jakiś inny kraj czy organizacja sugeruje, że te ludy mogą mieć prawo do samostanowienia. Doszło zatem do swoistej gry na separatystów, w której Indie, jak można domniemywać, chciały zemścił się na Chinach sprawą Dolkuna Isy za kwestię Masooda Azhara.

Źródło: flickr.com

Źródło: flickr.com

Jeśli jednak był to rewanż, to nieprzemyślany lub źle przygotowany. Wkrótce potem bowiem indyjskie ministerstwo spraw zagranicznych wycofało wizę dla Dolkuna Isy i ostatecznie nie mógł on wziąć udziału w konferencji. Oficjalnym powodem zamieszania było zatajenie przez Isę faktów i brak współpracy między indyjskimi instytucjami. Isa złożył był wniosek o wizę turystyczną, a dopiero potem publicznie ujawnił, że do Indii miał udać się na konferencję. Ponadto, Isa jest na liście Interpolu (ma tzw. red corner notice) i podobno ministerstwo spraw wewnętrznych i indyjski wywiad nie podzieliły się tym faktem w porę z ministerstwem spraw zagranicznych. Być może faktycznie przypadek Isy był, jak sama nazwa wskazuje, po części przypadkowy. Nie sposób jednak nie zauważyć, że wkrótce po wycofaniu wizy dla ujgurskiego działacza Indie odmówiły też wydania wiz dwóm chińskich dysydentom, Lu Jinghua i Wong Toi Yeungowi (oficjalnie z powodów ,,proceduralnych’’). Wydaje się, że Nowe Delhi chciało ostatecznie pokazać, że nie wspiera tego typu konferencji i że działacze ujgurscy nie mogą liczyć na takie wsparcie od Indii, jakiego niektórym Kaszmirczykom udzielają czasem Chiny.

Jeśli nie uznamy wytłumaczeń formalnych, postawę Nowego Delhi należy uznać za niekonsekwentną. Jeśli Indie chciały zemścić się na Chinach, mogły nawet po wyjawieniu faktów o Interpolu i konferencji i tak dać Isie wizę: wszak bycie ,,naznaczonym’’ przez Interpol nie przeszkodziło Ujgurowi odwiedzić na przykład Japonii i USA. Nie można zresztą wykluczyć, że obecność jego nazwiska na liście Interpolu jest równie politycznie motywowane jak brak nazwiska Azhara na liście terrorystów ONZ. Mogą istnieć różnice zdań co do tego, jakie stanowisko  Nowego Delhi byłoby bardziej realistyczne. Jedni powiedzieliby, że należałoby odpowiadać ostro: skoro Chiny chronią Azhara, Indie powinny zapraszać Isę; pokazać Pekinowi, że są gotowe grać w tę samą grę. Inni powiedzieliby, że bardziej pragmatycznym stanowiskiem byłoby raczej nie wydawać Isie wizy. Chiny to wszak równocześnie największy partner gospodarczy Indii (jeśli chodzi o całokształt handlu i jeśli nie bierzemy pod uwagę całej Unii Europejskiej). Jednakże wybór obu tych opcji jednocześnie jest z pewnością gorszy od wyboru jednej. Tak naprawdę niezależnie od tego, którą interpretację przyjmiemy – ulegnięcie naciskowi Chin czy błędy proceduralne – jest to i tak kompromitacja.

Z drugiej strony, lawirowanie między dwiema opcjami też jest często formą gry. Postawy danego państwa względem takich kwestii jak niepodległościowe aspiracje regionu innego kraju często nie da się sprowadzić do prostego poparcia lub bracia poparcia. Dziesięciolecia temu Indie ugościły rząd Dalajlamy i innych uchodźców, ale ani wcześniej, ani potem nie kwestionowały władzy Pekinu nad Tybetem. Jest to forma ograniczonego poparcia, którą można potencjalnie zmniejszyć lub zwiększyć (ale to drugie raczej się nie przydarza). Tak jak wydawane czasem przez Chiny wizy dla indyjskich obywateli Kaszmiru, które nie świadczą wprost o tym, że Pekin uznaje ten region za odrębny od Indii, ale nie świadczą też o tym, że uważa go za w pełni indyjski. Afera z kwietniową konferencją może być również uznany za taką grę między skrajnościami. O wizę turystyczną wystąpili zresztą wszyscy zagraniczni uczestnicy tego zjazdu i to jest częsta praktyka pozwalająca uniknąć partycypantom politycznych komplikacji. Nowe Delhi raczej po prostu przymknęło na konferencję w Dharamśali oko, nie zabroniło jej i nie przeszkodziło w jej realizacji, ale też wydarzenie to nie miało dla Indii oficjalnego statusu i jest wątpliwym, czy Nowe Delhi taki by mu nadało lub by przyznało komuś wizę, gdyby ktoś przyznał, bo co udaje się na podwórku Dalajlamy. Indusi musieli zresztą wiedzieć, gdzie udają się chińscy decydenci. Owszem, niektórym nie przyznano wizy, ale przecież wydano je wielu innym uczestnikom, np. Yang Jiamilowi.

Takie ostrożne pozostawienie przestrzeni rozmaitym politycznym dysydentom nie musi koniecznie szkodzić stosunkom gospodarczym. Ostatecznie pobyt Yang Jiamila w USA czy Dolkuna Isy w Niemczech nie przeszkadza Waszyngtonowi i Berlinowi robić interesów z Chinami. Nowe Delhi zresztą nigdy wcześniej nie próbowało prezentować się jako obrońca praw chińskich Ujgurów. W 2009 r. na przykład Indie odmówiły wizy Rabiyi Kadeer, przewodniczącej Światowego Kongresu Ujgurów. Wydanie wizy Isie było zatem raczej odstępstwem od normy. Tym bardziej krok w tył w tej sprawie pokazywał, że Indusi nie są w tej sprawie gotowi na odważne działania (Pekin wcześniejsze wydanie wizy mocno potępił). Nie był to bez wątpienia rezultat zakulisowego kompromisu, bo Chiny do chwili pisania tych słów nie zmieniły swojego stanowiska w sprawie Azhara. Tym samym raz jeszcze okazało się, kto w tym układzie jest silniejszy: Indie z własnej woli zrezygnowały z dokładania ognia do kontrowersji wokół aspiracji Tybetańczyków i Ujgurów, ale nie są w stanie wpłynąć na stanowisko Pekinu względem Kaszmiru czy partnerstwo z Pakistanem.

Te rozważania z perspektywy realistycznej nie zmieniają faktu, że taka międzypaństwowa gra z terroryzmem ma opłakane skutki moralne. Oczywiście to, co dla jednego państwa jest separatyzmem, dla innych jest ruchem niepodległościowym; jednakże z terroryzmem sprawa ma się inaczej, bo to forma działania, nie ideologia. Nie potrafię ocenić wagi zarzutów wobec Dolkuna Isy: Chiny uważają go za terrorystę i łączą jego nazwisko z zamieszkami sprzed kilku lat, ale czy istnieją dowody na jego udział organizacyjny, czy też jest to domniemanie? Wobec Azhara nie ma zaś raczej wątpliwości, że jest terrorystą. Każdy akt uderzający w ludność cywilną w trakcie pokoju jest terroryzmem, zatem, owszem, działacze niepodległościowi również mogą być terrorystami. To oczywiście powinni wpływać na ich ocenę, ale nazwanie ich terrorystami ze względu na metody nie musi oznaczać, że sprawa, o którą walczą, nie jest słuszna. Niezależnie od stosunku danego państwa czy jednostki do kwestii Kaszmiru, Masood Azhar i jego Jaish-e-Muhammad są w  świetle istniejących informacji terrorystami, jeśli chodzi o ich metody. Używanie takich ludzi lub samych ich nazwisk jako elementów międzynarodowej przepychanki, w której aspiracja jakiegokolwiek regionu – Tybetu, Ujguristanu, Kaszmiru itd. –  służy tylko zdobyciu bramki w meczu przeciw innemu krajowi sprawia, że liczą się tylko alianse i rywalizacje, a nie oceny działań i że wszelkiego rodzaju dysydenci stawiani są na szali jak równo ważące pionki, a nie jest sprawiedliwym zestawiać np. Dalajlamę i Azhara. Katastrofalne skutki takiego podejścia wciąż przerabiamy np. w regionie Pakistanu i Afganistanu, gdzie różnej maści radykalne organizacje muzułmańskie były lub są wspierane przez rozmaite państwa ze względu na ich użyteczność w walce ze wspólnym wrogiem; potem jednak okazuje się często, że mogą one zwrócić się przeciw swoim fundatorom a fakt uważania ich za ,,naszych’’ ludzi nie czyni ich mniej radykalnymi. Nowym tego przykładem jest coraz głośniejsze wsparcie Iranu dla talibów. W tym wypadku chodzi już oczywiście o realną walkę o władzę, nie zaś przerzucanie się słowami, tak jak w wypadku dyskusji na temat tego, kogo ONZ ma uznać za terrorystę. Jednakże moralna ocena takiego pobłażania terroryzmowi powinna pozostawać taka sama.

Reasumując, według mnie w skandalach z nazwiskami Azhara i Isy Pekin pokazał politykę konsekwentną (nawet jeśli moralnie niesłuszną), Nowe Delhi zaś niekonsekwentną i przez to również niesłuszną.

Udostępnij:
  • 15
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    15
    Udostępnienia
K. Iwanek: Przypadek Dolkuna Isy. Dysydenci, separatyści i terroryści w stosunkach Indie-Chiny Reviewed by on 31 maja 2016 .

Kwietniowy przypadek ujgurskiego działacza Dolkuna Isy – któremu Nowe Delhi najpierw wydało wizę, a potem ją wycofało – pokazuje niekonsekwencję indyjskiej polityki zagranicznej w stosunku do Chin. W kwietniu tego roku Indiom nie udało się wpisać na listę terrorystów Organizacji Narodów Zjednoczonych Masooda Azhara (wym. Masud Azhar). Azhar jest przywódcą radykalnej muzułmańskiej organizacji Jaish-e-Muhammad (wym.

Udostępnij:
  • 15
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    15
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź