Komentarz eksperta,Pakistan news

K. Iwanek: Powrót Musharrafa, czyli uniesiony palec armii

Krzysztof IwanekNiniejszy komentarz stanowi swoisty dopisek do mojego niedawnego artykułu o nadchodzących wyborach w Pakistanie.[1] Jest to uzupełnienie konieczne, bowiem tymczasem doszło do ważnego i zupełnie nieprzewidzianego przeze mnie wydarzenia.  W niedzielę, 24 marca, w Karaczi wylądował Parvez Musharraf, były dyktator i prezydent kraju. To on rozmontował demokratyczny ustrój państwa w 1999 r., a następnie przywrócił go w 2008 r., ustępując obecnie rządzącym. Na usta ciśnie się zatem pytanie: czy jego powrót jest zapowiedzią kolejnego przewrotu?

Wkrótce po swoim ustąpieniu i przeprowadzeniu demokratycznych generał opuścił kraj, dzieląc odtąd swój czas między Londyn i Dubaj. Wtedy też wiele osób uznało jego polityczną karierę za skończoną. W 2010 r. utworzył, co prawda, nową partię – All Pakistan Muslim League. Jest to jednak efemeryczny twór, który dotąd był w Pakistanie równie obecny jak sam Musharraf.  W roku 2012, w ogniu skandalu płonącego od czasu afery memogate i w trakcie najsilniejszych napięć między rządem a wojskiem, Musharraf zapowiedział, że wraca do kraju, ale ostatecznie tego nie uczynił. Gotów byłem go wówczas uznać za gadającą głowę, taki typ byłego polityka, który z bezpiecznej odległości ciągle opowiada, jak to wróci i zrobi porządek w ojczyźnie, w której władzę przejęli gorsi od niego. Choć myliłem się sądząc, że nie wróci i nie odegra żadnej roli, nadal uważam, że Musharraf odgrywać ma rolę symboliczną, acz ważną.

Przyjrzyjmy się logice wypadków. Od czasu afery memogate różne siły naciskały na rząd PPP, by jak najszybciej ustąpił  i rozpisał nowe wybory. Rząd stracił wówczas swojego hetmana (premiera Gilaniego), ale zachował króla (prezydenta Zardariego), od razu też zmienił jednego z pionków (Raja Parveza Ashrafa) w kolejnego hetmana. Armia nie zdecydowała się też na zamach stanu, o którym tyle przecież w 2012 r. plotkowano, powrót Musharrafa nie miał więc szczególnego sensu, bo w ten czy inny sposób w najbliższym czasie nie zapowiadało się na zmianę władzy. Od kiedy tydzień temu zakończyła się kadencja Zgromadzenia Narodowego, partie nie były w stanie wybrać osoby na funkcję pełniącego obowiązki premiera. W sobotę wieczorem, 23 marca, były dyktator zapowiedział swój powrót. W niedzielę po dziesiątej wsiadł w samolot z Dubaju do Karaczi. Zanim wylądował w ojczyźnie, parlamentarzyści dziwnym trafem (w niedzielę przed południem!) nagle dogadali się co do kandydata na tymczasowego premiera. Został nim emerytowany sędzia Hazar Khan Koso, a zatem osoba reprezentująca instytucję czysto teoretycznie niezależną od władzy ustawodawczej i wojska. W praktyce zaś, jak wiadomo, sądy były do niedawna narzędziem ataków wojska na rząd, trudno jednak spodziewać się, by premier Khoso pełnił taką rolę, skoro zdany będzie na posłów, którzy go wybrali. Jest to zatem kandydat kompromisowy – swoisty bufor między rządem a wojskiem. Nasuwa się wniosek, że nagła decyzja o powrocie Musharrafa miała właśnie popchnąć rząd w kierunku natychmiastowego wyznaczenia premiera.

Musharraf nie jest jedynym pakistańskim politykiem, który wrócił po wielu latach pobytu z zagranicy. Podobnie przecież uczyniła Benazir Bhutto, co też przypłaciła życiem. Altaf Hussain, przywódca Muttahida Quami Movement, od lat żyje w Londynie i mimo to jest w stanie kierować swoją partią i zachowuje liczący się elektorat. W przeciwieństwie jednak do tych polityków, Musharraf nie ma już żadnej politycznej bazy. Partia, na której opierał się w czasach swojej dyktatury, PML-Q, jest w stanie rozkładu. Niedawno dziennik Dawn donosił o licznych transferach z niej do innych wiodących ugrupowań (PPP i PML-N).[2] Nieprzypadkowo generał utworzył nową partię, APML, ale ta jest przecież czysto fasadowa (jej inauguracja odbyła się w Londynie i jedynym liczącym się nazwiskiem w niej jest jego własne). Jedyną strukturą polityczną, na której może się  oprzeć Musharraf, jest armia.

Jestem przekonany, że tak samo myślą o tym pakistańscy politycy. Dlatego też jeśli Musharraf mówi o powrocie do władzy, wiele osób automatycznie myśli o zamachu stanu. I sądzę, że tak właśnie myśleć mają, ale to nie musi oznaczać, że do zamachu rzeczywiście dojdzie. Generał swój powrót obwieścił dzień wcześniej na Twitterze i wiadomość obiegła świat zanim jeszcze wsiadł do samolotu. Był to zatem bez wątpienia manewr nie wojskowy, a polityczny. Raz jeszcze zaryzykuję tezę, że armia zamachu nie planuje, ale nim grozi. Ma o nim przypominać właśnie osoba Musharrafa. Im dłużej PPP i jej sojusznicy są u władzy, tym większą mają szansę wpłynąć na proces wyborczy. Armia musi być tego świadoma. Kiedy zatem po zakończeniu kadencji Zgromadzenia Narodowego procedury się wydłużały, generała wezwano do kraju, by przywołać rząd do porządku.

Kiedy były dyktator wylądował w Karaczi, pośród witających go – oczywiście owacyjnie – ludzi był Wasim Ansari. Człowiek ten wygląda podobnie do Musharrafa i z tego powodu parodiował go wielokrotnie w telewizji. Spytany, dlaczego w takim razie teraz wita radośnie generała, powiedział: ,,Cała popularność, którą zdobyłem, zawdzięczam Musharrafowi. Uważam go za mojego przywódcę i uczynię dla niego wszystko’’.[3] Podobno żartował, ale równie dobrze mógł stawić się na lotnisko w trosce o swoje życie. Niezależnie od tego, generał rzeczywiście potrzebuje teraz klona, a najlepiej kilku. Po tym jak w 2001 r. pomógł Amerykanom, volens nolens, w ich wojnie w Afganistanie, został uznany za zdrajcę przez wszystkich muzułmańskich radykałów w swoim kraju. Teraz, gdy wrócił do ojczyzny, organizacja talibów pakistańskich, Tehrik-e-Taliban Pakistan, grozi mu śmiercią. Jeszcze za jego dyktatury próbowali go zamordować radykalni muzułmańscy oficerowie z jego własnej armii. Na dodatek, w kraju czekają na niego dwie sprawy sądowe: jedna w związku z podejrzeniem o wydanie przez niego rozkazu zabicia polityka z Beludżystanu Akbara Khana Bugti w 2006 r. i druga w związku z podejrzeniem wydania przez niego tego samego rozkazu wobec Benazir Bhutto, zamordowanej w 2007 r.

Z pewnością zatem nie doceniłem Musharrafa, nie byłem w stanie stworzyć sobie jego profilu psychologicznego. W 1999 r., dokonując zamachu stanu, w swoim samolocie szukał bezpiecznego lotniska do lądowania i kazał pilotowi lecieć do dużo dalszego miejsca, na resztce paliwa, ryzykując rozbicie się i natychmiastową śmierć. Również teraz ryzykuje wszystkim wracając do ojczyzny – wielu innych na jego miejscu nie zdecydowałoby się na powrót. Jest bez wątpienia człowiekiem bardzo odważnym i gotowym do gambitów. Ale czy dla armii uczynienie ponownie takiego człowieka zarządcą kraju ma sens? Kończył on swoją dyktaturę jako przywódca bardzo niepopularny. Fundamentaliści go nienawidzą; Beludżowie, łagodnie mówiąc, nie kochają; wiele osób obwinia go za śmierć Benazir Bhutto; Nawaz Sharif zaś na pewno nie zapomniał, że Musharraf pozbawił go władzy. Obecny zwierzchnik wojska, generał Kayani, choć utrzymuje sojusz z USA, nie jest kojarzony z udzieleniem pomocy Amerykanom ani politycznymi mordami, jak Musharraf. Można także w razie czego wystawić jako dyktatora jakiegokolwiek generała, który nie będzie krytykowany ani przez radykałów ani wiele innych grup społecznych. Ponowne osadzenie na tronie Musharrafa tylko odebrałoby generalicji popularność.

Tym bardziej zatem uważam, że powrót Musharraf ma odgrywać rolę ostrzeżenia, swoistego uniesionego palca armii, który grozi demokratycznemu rządowi. Ma on jak najszybciej przeprowadzić wybory i – w domyśle – układnie wycofać się z władzy. Pamiętajmy też, że według niektórych prognoz wybory, jeśli będą sprawiedliwie zorganizowane, wygra PLM-N, partia Nawaza Sharifa, którego Musharraf kiedyś obalił i który miewał napięte stosunki z panami w epoletach. Powrót byłego dyktatora może być też ostrzeżeniem przed takim rozwiązaniem: zaznaczeniem, że PML-N ma nie wracać do władzy. Armia rozgrywa tutaj podwójną grę. Oficjalnie twierdzi, że oczywiście trzyma się z dala od polityki, w rzeczywistości zaś na pewno ma swojego kandydata, w które zwycięstwo wierzy (i twierdzę, że jest to partia PTI Imrana Khana). Z drugiej strony wydaje się otwarcie grozić zamachem w wykonaniu Musharrafa, ale sądzę, że jest to blef, a w każdym razie blefem jest sugestia, że dyktatorem będzie sam Musharraf. On  jest tylko symbolem tej alternatywy. Generałowie wolą ,,wygrać’’ wybory. Gdyby jednak je przegrali, zawsze mogą interweniować w inny sposób. Oczywiście w imię demokracji.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
K. Iwanek: Powrót Musharrafa, czyli uniesiony palec armii Reviewed by on 25 marca 2013 .

Niniejszy komentarz stanowi swoisty dopisek do mojego niedawnego artykułu o nadchodzących wyborach w Pakistanie.[1] Jest to uzupełnienie konieczne, bowiem tymczasem doszło do ważnego i zupełnie nieprzewidzianego przeze mnie wydarzenia.  W niedzielę, 24 marca, w Karaczi wylądował Parvez Musharraf, były dyktator i prezydent kraju. To on rozmontował demokratyczny ustrój państwa w 1999 r., a następnie przywrócił

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź