Komentarz eksperta

K. Iwanek: Polityki zagraniczne Indii a sprawa polska

W tym roku obchodzimy sześćdziesięciolecie nawiązania stosunków polsko-indyjskich i z tej okazji Ministerstwo Spraw Zagranicznych planuje nie tylko szereg wydarzeń (część już się odbyła), ale także podjęcie wysiłku na rzecz rozszerzania współpracy. Przy tej okazji i ja pozwolę sobie na kilka komentarzy z boku na temat relacji między naszymi państwami. Pierwszy z nich będzie tyczyć się ,,polityk zagranicznych’’ Indii w aspekcie gospodarczym.

źródło: news.brown.edu

źródło: news.brown.edu

,,Indie’’ to liczba mnoga i choć ta nazwa jest historycznie niepoprawna i przypadkowa, symbolicznie lepiej oddaje ona charakter tego kraju niż nazwy w liczbie pojedynczej, takie jak angielskie ,,India’’ (która to forma była też propagowana w polszczyźnie w czasach PRL). Indie bowiem to coś więcej niż jeden kraj – to cała cywilizacja, miejsce zamieszkania szalenie różnorodnych wspólnot, obszar takich kontrastów, że dla każdej reguły można znaleźć wyjątek; to mnogość, którą należy opisywać właśnie liczbą mnogą (inną taką nazwą są ,,Chiny’’).

Można to stwierdzenie skontrować zauważając, że mnogość nie funkcjonuje na każdym poziomie. Wszak Republika Indii to jeden organizm polityczny i jako taki ma jeden rząd centralny, ma zatem – lub mieć powinna – jedną polityką gospodarczą, historyczną, zagraniczną, itd. Ale i tu można wykazać dalekie zróżnicowanie. Republika Indii jest wszak federacją, w której stany mają daleko idącą autonomię. To prawda, że konstytucyjna ,,lista stanowa’’ (State List), która wymienia kompetencje rządów stanowych, nie przewiduje ich wpływu na takie dziedziny jak obronność, wywiad czy polityka zagraniczna, bo nimi sterować mają tylko decydenci w Nowym Delhi. A jednak, jak spróbuję wykazać poniżej, co najmniej kilka rządów stanowych próbowało prowadzić swoje własne działania na arenie międzynarodowej. Być może byłoby przesadą mówić o ,,politykach zagranicznych’’ Indii, a nie ,,polityce zagranicznej’’ Indii, ale jednak sytuacja – jak zwykle w wypadku tego kraju – jest bardziej złożona niż w przypadku, dajmy na to, polityki zagranicznej Polski.

Oto kilka przykładów. W roku 2003 r. premier stanu Bihar, Laloo Prasad Yadav, odwiedził Pakistan, z nadzieją na rozwój stosunków gospodarczych między jego prowincją a tym państwem, chociaż jest ono przecież największym wrogiem Indii.[1] To samo w 2012 r. uczynił inny premier Biharu, Nitish Kumar.[2] Na sam koniec minionego, 2013 roku, wysoki komisarz Pakistanu Salman Bashir spotkał się z premier Bengalu Mamatą Banerjee[3] i zaprosił ją do swojego kraju. Całkiem niedawno też Polskę i szereg innych europejskich państw odwiedziła delegacja z rządzonego przez Narendrę Modiego stanu Gudźarat.[4]

Z obserwacji takich faktów wynika kilka wniosków. Po pierwsze, stany w Indiach osiągają nierzadko takie rozmiary, jakie gdzie indziej mają całe państwa. Stąd w gruncie rzeczy szukanie współpracy między danym stanem a innym państwem ma sens, bo może to być podobna skala i podobnych rozmiarów rynek. Po drugie, chociaż rządy stanowe rzeczywiście nie mają prawa prowadzić polityki zagranicznej, nikt nie może im zabronić wysyłania delegacji poza granice, a cały szereg innych kompetencji pozwala im na decydowanie o swojej polityce gospodarczej również w odniesieniu do podmiotów pozaindyjskich. Stany narzucają na przykład swoje cła, a te i wiele innych aspektów są niezmiernie ważne dla inwestujących firm. Po trzecie, można zauważyć, że swoje delegacje zagraniczne zazwyczaj wysyłają te stany, których rząd jest kierowany podówczas przez partie opozycyjne w stosunku do rządzącej w centrum koalicji. Tak było we wszystkich podanych wyżej przykładach. Kiedy L.P. Yadav jechał do Pakistanu, w Nowym Delhi rządzili jego polityczni rywale. Kiedy dziewięć lat później w taką samą podróż wyruszył Nitish Kumar, w Nowym Delhi rządzili z kolei jego rywale, w tym L.P. Yadav. Można domyślać się, że rządy stanowych partii opozycyjnych są bardziej aktywne w kontaktach międzynarodowych, bo zakładają, że rząd centralny im w tej dziedzinie nie pomoże; stanowe rządy partii sojuszniczych wobec koalicji rządzącej w centrum mogą natomiast zakładać, że same nie muszą nic robić, bo od tego jest rząd w Nowym Delhi. Zresztą spytałem o to reprezentantów delegacji Narendry Modiego podczas jej wizyty na Uniwersytecie Warszawskim i stwierdzili oni dość dobitnie, że ich wyprawa odbywa się zupełnie poza kuratelą władz centralnych i że według nich podpisywanie jakichkolwiek umów z podmiotami europejskimi również odbyłoby się zupełnie bez udziału Nowego Delhi.

A jakie z tego wynikają wnioski dla Polski? Po pierwsze, warto śledzić polityki gospodarcze i ,,polityki zagraniczne’’ stanowych rządów indyjskich. Może się okazać, że jeden z nich poszukuje akurat takich inwestycji czy usług, jakie któryś polski podmiot może zapewnić. W wypadku zaś tych rządów stanowych, które nie prowadzą działań za granicami kraju (czyli jednak większości), warto i tak spojrzeć na ich lokalne uwarunkowania, żeby wiedzieć, czego rynek danego stanu potrzebuje i na ile jego aktualny rząd jest gotowy uzyskać to od zagraniczne firmy. Przykład fabryki samochodu Tata Nano – nieprzyjętej w Bengalu Zachodnim i w związku z tym przyjętej z otwartymi rękoma w Gudźaracie – pokazuje jak różne może być traktowanie koncernów w poszczególnych stanach (nawet jeśli akurat Tata to firma indyjska). Starsze dzieje firmy Enron w Maharasztrze – przyjętej tam przez jeden rząd i powstrzymanej przez kolejny – pokazują jak ważne dla zagranicznych firm są fluktuacje polityki również na poziomie stanowym.

Pierwszym krokiem do realizacji takiego działania mogłoby być stworzenie swoistego przewodnika dla polskich przedsiębiorców, rozpatrującego Indie nie jako całość, ale jako liczbę mnogą właśnie, z ich lokalną różnorodnością. Tutaj to stany federacji musiałyby być podstawowymi jednostki analizy, a jej rezultatem powinna być mapa pokazujące ich poszczególne rynki z takimi aspektami jak dostępność surowców, zapotrzebowania energetyczne, obecne zapotrzebowania klasy średniej, zróżnicowanie ekonomiczne ludności, stopień urbanizacji, stopień otwartości na firmy zagraniczne i stopień ich obecności (a także wielkich koncernów indyjskich) w różnych dziedzinach, stopień nasycenia technologiami i usługami, które mogłyby zaoferować polskie firmy i wiele innych aspektów. Istotny jednak musiałby być także właśnie aspekt polityczny – sprawdzenie, jak obecny rząd stanowy odnosi się do zagranicznych koncernów i generalnie jaką politykę gospodarczą prowadzi.

Następnym krokiem winno być bardziej regionalnie skoncentrowane podejście do rynków indyjskich. Powiedzieć sobie, że chcemy rozwijać stosunki gospodarcze z Indiami, to jak powiedzieć sobie, że chcemy rozwijać stosunki z Europą.[5] Zamiast tego, na podstawie wyżej wymienionych danych, można będzie zapewne od razu pewne rynki wyeliminować i skupić się na tych, gdzie w danym momencie wydaje się dokonywać pomyślna koniunkcja układów gospodarczych z politycznymi. A dalej – pozostaje mieć nadzieję, że skoro Indie to liczba mnoga, to jest to zarówno mnogość wyzwań, jak i mnogość szans.


[1] Wym. Lalu Prasad Jadaw. Jego wizyta stała się też gruntem, na którym wyrósł co najmniej jeden dowcip. Otóż Bihar jest jednym z najbiedniejszych stanów w Indiach i żartowano tam potem, że ta delegacja pozwoliła rozwiązać spór kaszmirski.

Prezydent Musharraf (ówczesny dyktator Pakistanu) do L.P. Yadava: ,,Oddajcie Pakistanowi Kaszmir.’’

L.P. Yadav: ,,Proszę bardzo, ale pod warunkiem, że weźmiecie też Bihar.’’

Prezydent Musharraf: ,,Eee, nie, to rezygnujemy z Kaszmiru.’’

Tak naprawdę jednak, chociaż Yadav nie załatwił sobie w Pakistanie żadnych przełomowych umów gospodarczych, wywarł całkiem dobre wrażenie, dzięki swojemu żartobliwości i stylowi, którym jedni gardzą a drudzy podziwiają – jest to bowiem styl, można powiedzieć, rustykalny (bądź ,,lepperowski’’). Całkiem niedawno jeden z pakistańskich posłów sugerował, że skoro pakistańskie linie kolejowe są niewydolne, to powinno się ministrem kolei w Pakistanie uczynić… L.P. Yadava, który piastował to stanowisko w Indiach (co oczywiście było tylko retoryką w stylu: lepszy już Indus niż taki minister kolei, jakiego mamy).

[2] Wym. Nitiś Kumar.

[3] Wym. Salman Baśir, Mamta Banardźi.

[4] Innym, może nawet istotniejszym z perspektywy rządu indyjskiego, aspektem wpływu problematyki stanowej na politykę zagraniczną Indii jest wpływ regionalnych kwestii etnicznych czy tożsamościowych, które wykraczają poza granicę państwa, a które to kwestie podnoszą partie regionalne. Jest to istotnie w wypadku mieszkających tak na Sri Lance jak i w Indiach Tamilów. Zaangażowanie (emocjonalne, ale i inne) partii z Tamilnadu w syngalesko-tamilski konflikt na Sri Lance wpływało tak na wewnętrzną, jak i zewnętrzną politykę Indii. Niedawnym przykładem może być sprzeciw partii tamilskich wobec udziału premiera Manmohana Singha w konferencji głów państw Wspólnoty Brytyjskiej (gdzie obecna byłaby także delegacja Sri Lanki). Jest to jednak dotąd jedyny taki przykład tak wielkiego wpływu lokalnej kwestii tożsamościowej na politykę zagraniczną Indii.

[5] Oczywiście wobec tego sformułowania można łatwo zastosować kontrargument, iż wielu umów nie sposób podpisać bez kurateli rządu indyjskiego. To, rzecz jasna, tyczy się tych dziedzin, w których Nowe Delhi ma konstytucyjną wyłączność działania, jak w obronności. Nie twierdzę zatem, że należy stale dążyć do unikania kontaktów z rządem centralnym – wręcz przeciwnie. Nietrudno jednak przecież sprawdzić, w jakich dziedzinach rządy stanowe mają swobodę działania, jak i znaleźć przykłady firm, które podpisywały umowy bezpośrednio z rządami stanowymi. W kwestiach centralnych, takich jak sprzedaż uzbrojenia czy jego modernizacji, kluczową rolę oczywiście odgrywać musi kontakt rządu polskiego z indyjskim. W innych rząd polski winien odgrywać rolę przewodnika, nie pośrednika, czyli właśnie podawać firmom prywatnym dane, które pozwoliłyby im zdecydować, na który regionalny rynek warto wchodzić.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
K. Iwanek: Polityki zagraniczne Indii a sprawa polska Reviewed by on 8 marca 2014 .

W tym roku obchodzimy sześćdziesięciolecie nawiązania stosunków polsko-indyjskich i z tej okazji Ministerstwo Spraw Zagranicznych planuje nie tylko szereg wydarzeń (część już się odbyła), ale także podjęcie wysiłku na rzecz rozszerzania współpracy. Przy tej okazji i ja pozwolę sobie na kilka komentarzy z boku na temat relacji między naszymi państwami. Pierwszy z nich będzie tyczyć

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Panie Krzysztofie. Pańskie spostrzeżenia są bardzo słuszne i chyba coś w tym jest. Natomiast z perspektywy gospodarczej jest to chyba bardziej skomplikowane, albo prostsze.
    Wiele inwestycji, czy działań determinuje miejsce. Coś trzeba robić tylko w tym miejscu, a nie innym i wyboru nie ma.
    Jeżeli chodzi o delegacje stanowe, to przypuszczam, że takiej delegacji towarzyszą biznesmeni z danego stanu, najczęściej zainteresowani sprzedażą swoich produktów w określonym kraju.
    Cła, dopuszczenia są w gestii rządu centralnego, choć rządy stanowe potrafią narzucić dalsze ograniczenia, czasem niemal zaporowe.
    Jest jednak wiele przykładów, które potwierdzaja Pańskie tezy. „Na początku” inwestycje zagraniczne lokowały się głównie na południu Indii, czyli właśnie tam musiał panowac sprzyjajacy klimat. Dużym centum dla firm zagranicznych, szczególnie samochodowych, stała się Pune, choć samochody można produkowac teoretycznie wszędzie. Mnogość firm w Gurgaonie i Noidzie spowodowana możliwością budowy tam nowoczesnych biurowców, co w Delhi nie było możliwe. Itd.
    Natomiast na ile jest to ważne z polskiego punktu widzenia i co można zrobić? Niestety chyba niewiele. Tu trzeba być praktykiem. Inwestycji polskich jest bardzo mało i firmy nie były zbyt prędkie, aby dzielic się z nami swoimi doświadczeniami. Mają do tego prawo, to ich know-how.
    Najwiecej dowiadujemy się z praktyki, a tej nie ma. Założyć firme w Indiach, to co innego, niż przeczytać wytyczne i prospekt reklamowy Ministry of Company Affairs. Nawet jedna firma, która to przeszła ma wiedzę ograniczoną do „swojego” przypadku.
    Niemniej te sprawy należy badać. Prawdę jest, że polskie obecności w Indiach są bardzo rózne i trudno wyciągnąć z nich wspólny mianownik. Ponadto w wielu opracowaniach piszemy co można w Indiach sprzedawać, a raczej trzeba poszukać odpowiedzi „jak”. A to już naprawdę wysoka szkoła jazdy.

Pozostaw odpowiedź