Indie news,Wydarzenia i zapowiedzi

K. Iwanek: Nowa merytoryczna potęga- recenzja książki „Indie. Nowa azjatycka potęga” D. Rothermunda.

Indie. Nowa azjatycka potęga Dietmara Rothermunda to obecnie najlepsza na polskim rynku książkach o współczesnych Indiach jako państwie, to jest w aspektach takich jak gospodarka, polityka czy bezpieczeństwo. I w zasadzie to jedno zdanie wystarczy za recenzję; reszta jest już tylko uzasadnieniem.

Autor, który w przyszłym roku skończy 80 lat, jest niemieckim profesorem i wieloletnim kierownikiem Katedry Historii Azji Południowej na Uniwersytecie Ruprechta- Karola w Heidelbergu.  Indie po raz pierwszy odwiedził w roku 1960, był zatem świadkiem większości zmian, które ukonstytuowały republikę w jej obecnym kształcie. Przez te dziesięciolecia opublikował 38 monografii i zajmował się naukowo między innymi wydobyciem węgla w Biharze, myślą Wiwekanandy, Gandhiego i Nehru, konfliktem o Kaszmir, rolnictwem za czasów kolonialnych, historią gospodarczą Indii (u progu kariery zaś doktoryzował się z historii społecznej USA na Uniwersytecie Pensylwanii. Wraz z Hermannem Kulke napisał też godną polecenia A History of India. Imponuje też lista osób, z którymi autor przeprowadził wywiady – tak na rzecz tej publikacji jak i wcześniej. Rothermund miał okazję rozmawiać między innymi z pierwszym premierem niepodległych Indii, Jawaharlalem Nehru, jak i z premierem obecnym, Manmohanem Singhem czy miliarderem Mukeshem Ambanim. Wypis nazwisk naukowców, którzy sprawdzili Indie. Nową azjatycką potęgę przed posłaniem jej do drukarni również robi wrażenie. Są tu między innymi Jean Drèze (ekonomista, znawca między innymi problematyki głodu w Indiach) czy C. Raja Mohan (zajmujący się indyjską polityką zagraniczną, autor wartościowej publikacji Crossing the Rubicon: The Shaping of India’s Foreign Policy).

Indie. Nowa azjatycka potęga to nie podręcznik dziejów politycznych, gospodarczych czy społecznych tego kraju w wieku XX, co raczej spójny zbiór nasyconych informacjami esejów na tematy takie jak koalicje polityczne, federalizm, polityka zagraniczna, arsenał nuklearny i pociski rakietowa, liberalizacja gospodarki, rolnictwo czy demografia. Takie wątki są niemal nieodłącznie poruszane przez książki o współczesnych Indiach, ale Rothermund na tym nie poprzestaje i pochyla się nad bardziej szczegółowymi kwestiami. W jego książce możemy przeczytać między innymi o obróbce diamentów, przetwórstwie warzyw i owoców, problemach z wodą czy chorych zakładach włókienniczych. Opisywanie tak wielu kwestii jest zawsze ryzykowne: nikt przecież nie zna się na wszystkim. Tu jednak widać ogrom lat, jakie niemiecki naukowiec spędził badając kraj jak i ilość osób, z jakimi skonsultował treść publikacji. Można to odczuć w zdaniach takich jak ,,[Homi] Bhabha zaplanował cykl produkcji paliwa od toru przez pluton do izotopu uranu (233U).’’ (str. 82.) albo ,,Istnieją obecnie bardzo wydajne metody przetwarzania węgla na gaz i produkcji elektryczności za pomocą turbin. Jedną z nich jest użycie kotłów fluidyzacyjnych z ciśnieniowym złożem stacjonarnym (PFBC), odpowiednich dla węgla o dużej zawartości popiołu. W tym procesie węgiel jest mieszany w bojlerze za pomocą strumienia powietrza pod ciśnieniem z sorbentami, takimi jak wapień’’ (str. 179). Osoby z odpowiednim wykształceniem wzruszą rękoma, ale przypominam, że zdania te napisał jednak humanista. Dla mnie, kompletnego laika w wielu dziedzinach przewijających się na stronach tej książki, to jest jej kolejna zaleta – że mogłem się o niej dowiedzieć o sprawach innych niż indyjskie.

Wieloaspektowa książka jest wyzwaniem nie tylko dla jej autora, ale i tłumacza. I tu również brawa należą się dla trójki tłumaczy (Anny Tarnowskiej, Ewy Tarnowskiej i Mariusza Zwolińskiego), którzy musieli zmierzyć się z ta różnorodnością terminologiczną jak i gąszczem indyjskich nazw własnych. Podobają mi się także rozwiązania dotyczące zapisu tych ostatnich: nazwy geograficznie podane są w spolszczeniu zgodnym z wytycznymi Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Kraju (np. Ćandigarh). Nazwy instytucji, sloganów i programów rządowych przetłumaczono na polskich, ale w nawiasie podano nazwę angielską (np. ,,Narodowa Rada Rozwoju (National Development Council)’’) lub angielską (np. ,,Izba Stanów (Radźja Sabha)’’). Literówki – takie jak ,,kilka mszyn’’ (zamiast ,,maszyn’’, str. 237) – są nieliczne.

Ponieważ do tego momentu ktoś mógłby uznać, że pobieram jakieś materialne korzyści za promocję tej książki albo jestem radykalnym fanem Dietmara Rothermunda, przejdę teraz do wad książki. Za największą z nich uważam rozdział drugi ,,Powstanie koalicji narodowych’’ i to w sumie w całości. Jest on, cóż, napisany ciężko i chaotycznie. Na stronie 46 dowiadujemy się na przykład, że pod koniec lat 90. Sonia Gandhi, sterująca Indyjskim Kongresem Narodowym ,,[P]rzyzwyczajona, że to politycy przychodzą do niej, a nie ona do nich, nie była przygotowana do podjęcia się zadania budowy nowej koalicji’’.  To prawda, ale też prawdą jest, że – jak czytamy na str. 48 – po wyborach roku 2004 ,,sił w budowaniu koalicji mógł teraz spróbować Indyjski Kongres Narodowy i wykazał się na tym polu znacznymi umiejętnościami’’. Jaką zatem koalicję utworzył? Z jakich partii? Dlaczego Sonia Gandhi została zmuszona do zmiany nastawienia? To są powszechnie w Indiach znane, ale ważne fakty, których nie powinno było tu zabraknąć. Już na następnej stronie czytamy nagle o Zjednoczonym Sojuszu Postępowym (United Progressive Alliance), ale w zupełnie innym kontekście i bez wiedzy własnej czytelnik mógłby nie odgadnąć, że to jest właśnie ta koalicja, której budowę wspomniano na poprzedniej stronie. To na tłumaczy spadła konieczność wytłumaczenia tego w przypisie. Jeśli w rozdziale noszącym nazwę ,,Powstanie koalicji narodowych’’ zabrakło informacji o powstaniu największej obecnie koalicji w indyjskim systemie politycznym, która rządzi Indiami od dwóch kadencji (jednej w czasie, gdy Rothermund wydawał książkę w 2008 r.) i z której rządu premierem autor przeprowadził wywiad, to jest to więcej niż niedopatrzenie – to jak biała strona w książce.

Ponadto, rozdział ten za szybko i bez obszernych wyjaśnień wrzuca czytelnika w topiel indyjskiej różnorodności. Książka dopiero się zaczyna a my już jesteśmy ostrzeliwani jak z karabinu problemem Kaszmiru, napięciami między drawidyjskim Południem a indoaryjską Północą, konfliktami między Asamczykami a Bengalczykami itd. Na dodatek na każdą z tych kwestii poświęcono 1-2 strony a nie zostały one przecież omówione nigdzie wcześniej (a w wypadku części z nich – także nigdzie potem). Przy okazji objawia się druga poważna wada książki: brak wprowadzenia o tożsamościowej mozaice Indii. Tak, jest to niebotyczne skomplikowane i tak, ta układanka lub jej elementy były opisywane w tysiącach innych książek. Ale jeśli odbiorcą ma być także laik – a rozumiem, że tak – to po prostu nie można nie nakreślić ogólnej mapy tożsamościowej republiki Indii z zaznaczaniem choćby głównych religii, rodzin językowych, obszarów koncentracji ludności plemiennej, itd. W przeciwnym razie pisanie o polityce – tak regionalnej jak i ogólnokrajowej – traci sens.

To jest oczywiście jeden z największych dylematów przy opisywaniu indyjskiej sceny politycznej: jeśli chciałoby się opisać każdy konflikt precyzyjnie, to powstałoby liczące co najmniej setki stron tomiszcze. Ale można jednak opisywać krótko, ale w bardziej uporządkowany sposób. Przykładem niech będzie wybitna India after Gandhi. The History of World’s Largest Democracy Ramachandry Guhy, który przy omawianiu, dajmy na to, polityki w Asamie czy Kaszmirze nie wrzuca ich w jeden wór, tylko na każde zagadnienie poświęca osobny podrozdział, w którym omawia problem od historycznych początków i dalej opisuje zwięźle na kilku-kilkunastu stronach (a potem powraca do tego wątku rozdziałach opisujących kolejne dekady, ale zawsze wydzielając dla niego osobny podrozdział). Za wzór struktury może też posłużyć kolejna godna polecenia książka: Modern India. 1885-1947 Sumita Sarkara, który wszelkie ruchy i postulaty polityczne przedstawił od dołu; od społeczności lokalnych, np. plemion walczących o ziemię i lasy, by skończyć na ,,wielkiej polityce’’, czyli partiach i dyskusjach ogólnokrajowych, od których wielu autorów narrację zaczyna.

Jak widać, problemem jest nie tylko zawartość rozdziału drugiego, ale też jego umiejscowienie w strukturze książki. Autor na przykład słusznie podkreśla znaczenie wzrostu partii regionalnych, tylko że o tym, co może zdziałać takie ugrupowanie po dojściu do władzy w danym stanie, dowiedzieć się możemy dopiero z następnego rozdziału (o federalizmie); popularność ugrupowań takich jak SP w Uttar Pradeś, które są mocno wspierane przez określone, często rolnicze kasty, byłaby łatwiejsza do zrozumienia, gdyby wcześniej można było przeczytać o rolnictwie (rozdział 10) czy kastowości (rozdział 12). Wszystkich tych, którzy utknęli w gąszczu nazw porastający rozdział drugi, pozostaje zapewnić zatem, że warto wytrwać w lekturze – dalej będzie już tylko lepiej.

Książka Rothermunda jest bowiem rzeczywiście ,,nową merytoryczną potęgą’’ w ciasnym świecie polskich publikacji o współczesnych Indiach. Jej lektura powinna być obowiązkową dla studentów indologii i wszelkich innych wydziałów, w których się naucza w ten czy inny sposób o subkontynencie (a takich ostatnio przybywa), być może nawet winna być lekturą na rozmowę kwalifikacyjną. Przeczytać ją musi także każdy naukowiec, dziennikarz czy dyplomata, który chce się zajmować współczesnymi Indiami. Nie wyobrażam sobie też, by nie znalazła się w bibliografiach prac licencjackich czy magisterskich poruszających te same zagadnienia, które opisał Rothermund.

Wspominając o czytelnikach, dochodzę do sprawy najbardziej przykrej i niestety niezależnej od autora, tłumaczy i niestety również od samego wydawnictwa. Otóż książkę Rothermunda wydano u nas w oszałamiającej ilości… 1000 egzemplarzy. I to najlepiej ilustruje nie tyle stan wiedzy, co chęci zdobywania wiedzy o Indiach w Polsce. Nie, nie mam złudzeń i nie oczekiwałbym bynajmniej wypuszczania na rynek, dajmy na to, 10 000 kopii, bo spowodowałoby to tylko finansowe straty. Nie ma za co winić wydawnictwa Dialog –  ta sytuacja wynika z braku zainteresowania czytelników takimi publikacjami. Odnosi się zresztą nie tylko do wartościowych książek o Indiach, ale ogólnie o krajach azjatyckich.

Ktoś może powiedzieć, że niepotrzebnie się pieklę, bo trudno oczekiwać od szerszej publiki zainteresowania podręcznikami akademickimi. Nie jest jednak tak, że żadna publikacja o Indiach nie ma powodzenia. Reportaże czy książki podróżnicze potrafią sprzedać się w nakładzie kilkanaście czy kilkadziesiąt razy większym od całego nakładu dzieła Rothermunda. Problem z tego typu publikacjami jest jednak taki, że bardzo często powielają one jak w kserokopiarce ten sam obraz Indii. W powszechnych wyobrażeniach jest to kraj świętych mężów, krów na ulicach i skrajnej biedy (a tak, od kilku lat kolejnym elementem stereotypu stały się pstrokate bollywoodzkie filmy). I jest prawdą, że na ulicach indyjskich miejscowości łatwo zobaczyć krowy (w Delhi coraz rzadziej) jak i świętych mężów, że filmy bollywoodzkie zazwyczaj zawierają piosenki w barwnej kolorystyce i traktują o miłości i że poziom ubóstwa jest przerażający. Tylko że to nie jest cała prawda: to jeden z jej aspektów, który tak przebił się tak mocno do świadomości, że przyćmił, a w zasadzie uniemożliwił odkrycie innych jej stron. Nie chodzi też o to, by o Indiach pisać tylko pozytywnie w odpowiedzi na zalew czarnych obrazów: nie, należy pisać o wszystkim, co ważne, w tym także o ubóstwie, korupcji, analfabetyzmie, itd. Równie ważnymi częściami obrazu tego kraju są: ciekawy w ustroju system demokratyczny i federalny, prężny rynek informatyczny, skostniała administracja, rosnąca klasa średnia, najwyższa liczba milionerów w całej Azji po Chinach, głębokie problemy wsi (którą zamieszkuje większość mieszkańców kraju), wyzwania stojące przed edukacją, zmieniająca się polityka zagraniczna, arsenał nuklearny, pociski rakietowe i ogólny rozwój zbrojeń, relacje między wspólnotami religijnymi, problemy najniższych kast i plemion, braki energetyczne, itd. Część tych spraw omawia książka Rothermunda i za sprawą takich publikacji obraz tego kraju mógłby się wzbogacić. Ale jaka na to szansa, kiedy wydawane są one w 1000 egzemplarzy i tym samym nasycić one mogą głód garści pasjonatów?

Tak jak inżynier Mamoń, w kwestii Orientu lubimy tylko te piosenki, które już znamy. W Indiach święte krowy i bieda, w Chinach jedzą pałeczkami i łamią prawa człowieka, Wietnamczycy sprzedają nam jedzenie z gołębi. O gospodarczej potędze Chin, o tym, że Indie wprowadzają elektroniczny system głosowania (trudniejszy do sfałszowania od naszych kart wyborczych) a do Wietnamu nasz premier nie tak dawno udał się w poszukiwaniu inwestorów, pisze się i czyta mniej chętnie. Sprzedają się nie te książki, które mogą zmienić stereotyp, ale te, które mają go potwierdzić. W książce o Indiach muszą być pociągi obwieszone ludźmi w spłowiałych ubraniach, zatłoczone miasta o chaotycznym ruchu i obowiązkowa krowa, najlepiej żująca plastikową torebkę (z podpisem: ,,skrzyżowanie tradycji ze współczesnością’’). Bynajmniej nie oczekuję od podróżnika czy dziennikarza, by pisał o czymś, do czego nie ma dostępu (jak indyjskie instalacje nuklearne) czy o rzeczach stricte naukowych. Tym niemniej, skoro można przeprowadzić wywiad z ubogą osobą z ulicy, to można równie dobrze porozmawiać urzędnikiem, skoro można zrobić zdjęcia slumsów, to można także zamieścić obrazek fabryki. Chciałbym zatem, by te popularne książki o Indiach poruszały też inne tematy niż te oczekiwane, a te mniej popularne, popularnonaukowe, zyskały szersze grono czytelników. Ale patrząc na to realistycznie, to lepiej się po prostu cieszyć, że jestem właścicielem jednego z tysiąca egzemplarzy książki Rothermunda.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
K. Iwanek: Nowa merytoryczna potęga- recenzja książki „Indie. Nowa azjatycka potęga” D. Rothermunda. Reviewed by on 9 lipca 2012 .

Indie. Nowa azjatycka potęga Dietmara Rothermunda to obecnie najlepsza na polskim rynku książkach o współczesnych Indiach jako państwie, to jest w aspektach takich jak gospodarka, polityka czy bezpieczeństwo. I w zasadzie to jedno zdanie wystarczy za recenzję; reszta jest już tylko uzasadnieniem. Autor, który w przyszłym roku skończy 80 lat, jest niemieckim profesorem i wieloletnim

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 7

  • Ktoś regularnie wykasowuje link do mojej strony. Bardzo to miłe… :-/

  • Bardzo ciekawa recenzja. Jak dla mnie to chyba najciekawsza książka o Azji od czasu „Zrozumiec Chiny” Marka Leonarda. Dziwi mnie, że w 36-milionowym kraju ukazało się tylko tysiąc egzemplarzy. Innymi słowy – kilkadziesiąt egz. na miasto wielkości Warszawy. Szkoda.

  • Książka jest dostępna na koniec miesiąca ją zamówię bo na razie przekroczyłem limit ale bardzo mnie pan zachęcił do przeczytania ,zresztą Indie bardzo mnie fascynują.Autor też wydał inne książki,a na wygranie nie liczę,zresztą parę złotych to znowu nie taka bariera.

  • Panie Krzysztofie – świetna recenzja. Aż chce się przeczytać tę książkę ( oby udało mi się wygrać :). Na pewno wiadomości z niej przydają się za rok – aby dostać się na indlogię, albo przeprowadzić… Indie to niesamowity kraj

  • Bardzo dobra recenzja.
    Szkoda, ze naklad jest tak maly. A moze wydawca nie docenil rynku?
    A co do stereotypow o Indiach, to jest z tym problem, ale co widzi turysta: chaotyczny ruch, czasami krowy. Kiedy chcialem zabrac wycieczke do kampusu IIT nie wpuszczono nas. Nie wolno fotografowac metra, czy Cyber City w Hyderabadzie. A przeciez takie Indie tez istnieja. Fakt labolatorium nanotechnologiczne nie jest fotogeniczne.
    Turysci cha ogladac egzotyke, a nie shopping malle czy Mac Donalda. Ale prowadze ich tam pod koniec wycieczki. Wtedy odkrywaja te drugie Indie, gdzie nawet Mac Donald moze byc ciekway, gdyz pokazuje te przenikajace sie swiaty.

  • Krzysztofie – swietna recenzja, gratulacje
    Kamilu – w moim odczuciu obecnie naukowiec to jak firma. trzeba miec wlasna marke, byc rozpoznawalnym w swiecie nauki i publicystyki.
    to powazne i niesamowicie pracochlonne przedsiewziecie
    i byc stale na biezaco
    tak jak ja to widze, naukowcy piszacy dla siebie i niezrozumiale to przeszlosc
    oczywiscie – nadal sa w nauce zera i nudziarze, ale znacznie bardziej niz kiedys weryfikuje ich rynek

  • Bardzo dobra recenzja, Panie Krzysztofie. Osobiście uważam, że publikacje naukowe sprzedają się o wiele słabiej, ponieważ ich autorzy – reprezentujący świat akademicki – nie przywiązują, ani nie przywiązywali wagi do nauki umiejętności sprzedażowych. Albo pisze się książkę zawierającą suche fakty i natłok informacji, która to trafi do wąskiej grupy odbiorców, albo zastanawia się nad tym, co interesuje odbiorców, po czym się o tym pisze i ewentualnie wyprowadza ich ze stereotypowego myślenia. Publikacje naukowe nie są książkami, które przeciętny Kowalski będzie czytał do poduszki. Fabularyzowane książki często o niebo lepiej się czyta, łatwiej przychodzi nam zapamiętać fakty związane z kulturą, czy historią danego kraju, o którym książka traktuje – jednak napisanie takiej książki dla leciwego profesora mogłoby być plamą na jego honorze wg niego samego.

Pozostaw odpowiedź