Komentarz eksperta,Top news

K. Iwanek: Kostki zamiast betonu. Czy przykład Indii burzy mit JOW-ów?

Czy jednomandatowe okręgi wyborcze zawsze prowadzą do wykształcenia się systemu dwóch dominujących partii? W Indiach tak się nie stało. Tu, na przekór doświadczeniom skądinąd, partii wręcz przybywa i to, mimo że JOW-y wprowadzono na samym początku budowy ustroju demokratycznego, czyli jeszcze w okresie kolonializmu brytyjskiego.

Po pierwszych wyborach niepodległych Indii (zorganizowanych na przełomie 1951 i 1952 r.) do niższej izby parlamentu (Lok Sabhy) dostały się 22 ugrupowania. Partie inne niż dwie z najlepszym wynikiem zdobyły niecałe 11% mandatów. W ostatnich wyborach (przeprowadzonych w 2014 r.) do niższej izby parlamentu weszło 36 partii, a partie inne niż dwie z najlepszym wynikiem uzyskały niemal 40% mandatów. Przez ponad dwie ostatnie dekady (1989-2014) niemożliwym było uzyskanie ponad połowy głosów przez jedno ugrupowanie i powstała konieczność tworzenia szerokich koalicji. Przybywa nie tylko zwycięzców, ale nawet przegranych. Jednomandatowa zasada stanowiąca o tym, że w każdym okręgu wygrywa tylko jeden kandydat winna odstraszać drobne partie czy wręcz prowadzić do ich zaniknięcia. Tym niemniej, w Indiach w pewnym momencie przed zeszłorocznymi wyborami zarejestrowanych było… 1686 partii. Ich liczba ciągle rośnie mimo tego, że 1650 spośród nich nie zdobyła w ostatnich wyborach ani jednego mandatu. Indyjska scena polityczna bardziej wygląda na wyłożoną kostką brukową wielu ugrupowań niż pokrytą betonem dwóch nienaruszalnych partii.

Spróbuję zastanowić się, dlaczego tak jest. Muszę jednak zacząć od oczywistej uwagi: Indie są na wiele sposobów inne od Polski, zatem wnioski dotyczące funkcjonowania JOW-ów w Indiach niekoniecznie można przenosić na grunt polski, a na pewno nie należy ich przenosić w całości. Z drugiej strony – ewentualne wprowadzenie jednomandatowej ordynacji wyborczej w wyborach do polskiego Sejmu nie musi też koniecznie wywołać takiego samego efektu jak w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych, bo w końcu i od nich Polska jest na pewne sposoby odmienna. Poniższy tekst jest zatem próbą pochylenia się nad naturą JOW-ów w Indiach, a nie nad porównaniami między polityką indyjską a polską.

Znaczenie władzy regionalnej i tożsamości wspólnoty. Jednomandatowe okręgi wyborcze działają na korzyść geograficznie skoncentrowanego elektoratu. W efekcie partia mająca poparcie np. klas średnich w rozmaitych miastach może mieć znacznie mniejsze szanse niż działające na mniejszym terenie, ale skoncentrowane np. na danej grupie językowej ugrupowanie. Ta geograficzna właściwość JOW-ów współgra ze społeczną sytuacją Indii, gdzie tożsamość danej wspólnoty odgrywa fundamentalne znaczenie. Przynależność do klasy średniej to nie przynależność wspólnotowa; to przynależność do danej grupy językowej, religijnej, kastowej itd. jest ważną częścią składową tożsamości. Te zaś wspólnoty są często skoncentrowane geograficznie.

Z tą obserwacją związana jest też inna, bardziej generalna. Tych wspólnot jest w Indiach bardzo wiele. W Polsce wszystkich obywateli łączy jednak, w mniejszym lub większym stopniu, przynależność do jednego narodu. Jest to płaszczyzna, do której mogą się odwoływać partie polityczne. W Indiach, mimo mówienia o narodzie indyjskim (bądź hinduskim), dużo trudniej znaleźć wspólne elementy tożsamościowe tak zróżnicowanego społeczeństwa. Wyobraźmy sobie Indie jako składające z dziesiątków narodów takich jak polski. Jest to skala nawet większa od Unii Europejskiej. Indie zaludnia obecnie miliard dwieście milionów obywateli, Unię Europejską zaś – ponad 500 milionów. Mimo to, w Parlamencie Europejskim zasiadają obecnie reprezentanci 186 partii narodowych (na 761 miejsc), zaś w Lok Sabsze, niższej izbie parlamentu indyjskiego, zasiadają obecnie reprezentacji ,,jedynie’’  36 partii (na 545 miejsc). Z tej perspektywy jest ich zatem i tak nie aż tak dużo. Reasumując, tożsamościowa różnorodność Indii wpływa na polityczną różnorodność partii.

Daje to możliwość utrzymywania się nawet relatywnie bardzo małych partii regionalnych, które ograniczają się do pewnego obszaru, ale cieszą się znacznym poparcie dominującej w tym obszarze grupy. Radykalnym przykładem może być partia All India Majlis-e-Ittehad-ul Muslimeen, istniejąca od 1927 r., ale jak dotąd opierająca się jedynie na elektoracie muzułmańskim i to w jednym mieście: Hajdarabadzie (i dopiero teraz próbująca wyjść poza to miasto). Partia tego typu może niewiele znaczyć w parlamencie centralnym czy nawet stanowym, ale może wieść prym na poziomie władz municypalnych.

Jaki jest sens istnienia takich partii? Po pierwsze, Indie są republiką federalną, w związku z czym władze stanowe cieszą się znacznymi prerogatywami, a i same stany bywają wielkości europejskich państw. Rządzenie nawet w jednym stanie zapewnia duże możliwości polityczne i gospodarcze. W związku z tym wiele partii nie musi mieć potrzeby zawojowania całego kraju. To częściowo tłumaczy ogromną ilość partii regionalnych. Wielkie partie regionalne mogą dominować w danym stanie, gdzie  potrafią wygrywać nawet i 90% mandatów w zgromadzeniu stanowym, nawet jeśli w parlamencie centralnym zdobywają np. ledwie kilka mandatów.

Po drugie, ilość posłów reprezentujących dany stan w parlamencie centralnym uzależniona jest od ludności stanu i niektóre stany są tak ludne, że zdobycie większości mandatów przysługujących temu stanowi pozwala nawet partii typowo regionalnej uzyskać znaczenie ogólnokrajowe. Wybitnym tego przykładem jest Telugu Desam Party z Andhra Pradeś. Partia ta w zasadzie ogranicza swoją działalność do tego jednego stanu i stawia na tożsamość konkretnej grupy – użytkowników języka telugu. Jednakże w 1984 r. ta debiutująca wówczas partia była na tyle popularna w swoim stanie, że uzyskała drugi najlepszy wynik w wyborach ogólnokrajowych – 30 mandatów.

Tak naprawdę jednak 30 mandatów w skali izby, w której zasiada 545 posłów nie musi mieć aż takiego znaczenia.  Po trzecie jednak, im bardziej postępuje fragmentacja sceny politycznej i rozszerzają się koalicje, tym bardziej rośnie znaczenie każdego mandatu potrzebnego do utrzymania większości. To sprawiło, że największe z regionalnych partii, dysponując maksymalnie od kilkunastu do kilkudziesięciu mandatami w parlamencie indyjskim, znalazły się w pozycji kingmakerów, od których łaski mogą zależeć losy ogólnokrajowego rządu. I tak w roku 1998 koalicyjny rząd upadł w wyniku czysto regionalnych czynników: wystarczyło, że poparcie wycofała partia AIADMK wywodząca się ze stanu Tamilnadu.

Po czwarte, przy wyborach ogólnokrajowych okręgi wyborze są większe i mają inne granice. Partia regionalna mogąca liczyć na kilkanaście-kilkadziesiąt mandatów w danym regionie może wówczas liczyć na ledwie kilka mandatów z tego samego obszaru. Tym niemniej, elektorat zamieszkujący ten region jest przecież ciągle ten sam. W efekcie lokalni politycy, których stanowe okręgi wyborcze wchodzą w skład większych, ogólnokrajowych okręgów wyborczych, nieraz stają się swoistymi handlarzami głosów. Nie mogą oni liczyć na sukces w wyborach federalnych, ale mogą wiele ugrać na przekazywaniu swojego poparcia kandydatom większych partii. Z tych wszystkich powodów warto tworzyć partie regionalne.

Źródło: commons.wikimedia.org

Źródło: commons.wikimedia.org

Dążenie do statusu partii ogólnokrajowej. Partie regionalne mogą też dążyć do uzyskania statusu partii ogólnokrajowej. Robią tak i te ugrupowania, które ograniczają się do tożsamości regionalnej i wydają się nie mieć wielkich szans na wyjście poza swój matecznik. I tak na przykład Shiv Sena, partia opierająca się od zawsze na tożsamości jednej grupy (Marathów) w jednym stanie (Maharasztra), od pewnego czasu bezskutecznie wystawia dziesiątki kandydatów w innych stanach. Poza oczywistą polityczną ambicją, ważny jest też bowiem status partii ogólnokrajowej (national party). Może się nim pochwalić obecnie jedynie kilka ugrupowań. Ma on znaczenie choćby dlatego, że pozwala on m.in. zarezerwować partii swój symbol wyborczy na teren całego kraju, a zatem niejako zapewnić sobie markę. O statusie partii ogólnokrajowej decyduje Komisja Wyborcza (Election Commission of India). Trzeba spełniać choć jeden z trzech warunków: m.in. uzyskać co najmniej 11 mandatów w 3 różnych stanach. Wystarczy zatem, że silna regionalna partia, mają gwarancję na zdobycie co najmniej 9 mandatów w swoim stanie, wywalczy po jednym w dwóch innych i już staje się ,,partią narodową’’. Aby to zrobić, będzie próbowała zdobyć wiele okręgów poza swoim macierzystym regionem i w większości być może polegnie, ale jeśli zdobędzie choć dwa, to już i tak uzna to za wart takich kosztów sukces. To być może po części tłumaczy niekiedy szalone próby wystawianie przez regionalne partie bardzo dużej ilości kandydatów poza swoją polityczną macierzą.

Jednakże wszystkie powyższe czynniki mają jeden wspólny warunek: partia musi mimo wszystko odnosić pewne sukcesy. Tymczasem ordynacja jednomandatowa jest jednak nieubłagana. Ostatecznie wygrywa jeden kandydat. Obecna ilość partii w Indiach, nawet biorąc pod uwagę te regionalne uwarunkowania, jest nadal zbyt duża, bo przecież większość z nich ponosi klęski. Należy zatem zadać drugie pytanie: jaki jest sens kandydowania dla tych, których porażka wydaje się niewątpliwa?

Odbieranie głosów innym kandydatom. Wyobraźmy sobie trzy kawiarnie w jednej okolicy. Najstarsza, rodzinna kawiarnia jest już częścią osiedlowej tradycji i nie potrzebuje reklamy. Obok powstaje jednak druga kawiarnia reprezentująca słynną światową sieć kawiarń. Obydwie wypełniają już w pełni miejscowy popyt. Starzy bywalcy pozostaną przy lokalnej kawiarni, za to być może część młodzieży przestawi się na modną sieciówkę. Tym niemniej, w okolicy powstaje trzecia kawiarnia reprezentująca inną światową sieć, konkurującą z tamtą. Być może dla tej drugiej sieci nie ma to już sensu w sensie finansowym, ale chodzi nie tylko o własny zysk, ale o odebranie części klienteli rywali, co już liczy się w skali globalnej.

I tak też trochę jest w indyjskiej polityce. Nawet jeśli przegrywamy, to nadal ważnym jest dla nas kto wygrywa i biorąc udział w wyborach możemy na to wpłynąć. Gdyby te trzy kawiarnie brały udział w wyborach z systemem JOW, to druga sieciówka odebrałaby część klientów (głosów) pierwszej sieciówce nie po to, by wygrać (przyjmijmy, że nie było to możliwe), ale po to, by pierwsza sieciówka przegrała z rodzinną kawiarnią. Dwie modne kawiarnie podzieliłyby między siebie np. młodzieżową klientelę. Podobnie w polityce można dzielić elektorat. Partia hinduskich nacjonalistów, Bharatiya Janata Party, zazwyczaj nie może liczyć na głosy muzułmanów. Jej szanse w okręgach zdominowanych przez ludność muzułmańską są zazwyczaj żadne. Jej arcyrywal, Indyjski Kongres Narodowy, jest popierany przez wielu wyborców tak hinduskich jak i muzułmańskich. BJP i Kongres zasadniczo biją się zatem o głosy hindusów i stąd BJP może rywalizować z Kongresem nawet o okręg zdominowany przez muzułmanów, choćby po to, by zabrać Kongresowi część głosów hinduskich i pośrednio spowodować zwycięstwo jeszcze innej partii.

Ponadto w takich celach tworzy się zapewne wiele małych, nieznanych partii lub wystawia kandydatów niezależnych. Większość z tych dziwnych ugrupowań nie ma szansy na zwycięstwo, ale ich istnienie prowadzi do rozdrobnienia elektoratu. Wróćmy do przykładu BJP. Podejrzewa się, że obecny sekretarz tej partii, Amit Shah, doprowadził takie rozwiązania do mistrzostwa w rodzimym Gudźaracie. Skoro muzułmanie nie tylko nie głosują na BJP, ale często głosują przeciw tej partii, to kandydat np. Kongresu w danym okręgu może liczyć na ich znaczne poparcie. W związku z tym warto powołać lub sprowadzić do okręgu teoretycznie niezależne ugrupowania polityczne o wyraźnie muzułmańskim charakterze, by podzielić głosy wyznawców islamu. Taką taktykę można zresztą stosować tak w okręgu z góry przegranym, jak i takim, w którym można wygrać. Pokrótce mówiąc, wiele z tych wiecznie przegrywających małych partii i nieznanych kandydatów może być w istocie nieformalnymi pionkami w rękach wielkich partii.

W podobny sposób można też zwyczajnie wprowadzać wyborców w błąd. Nierzadko stosowanym zagraniem jest wystawienie kandydatów z podobnymi imionami. Bardzo popularny w okręgu polityk nagle odkrywa, że na liście wyborczej znajduje się kilku innych kandydatów z podobnymi lub identycznymi imionami i nazwiskami. Teoretycznie są oni niezależni lub reprezentują mikroskopijne partie, ale można przecież podejrzewać, że zostali oni wystawieni przez jednego z głównych rywali. I tak na przykład w wyborach 2014 r. do Lok Sabhy kandydat BJP w okręgu Mahasamand, Chandu Lal Sahu, musiał zmierzyć się z pięcioma swoimi imiennikami, ale także siedmioma kolejnymi kandydatami o imionach bardzo podobnych jak Chandoo Lal Sahu (tu tylko zapis jest inny), Chandu Ram Sahu, Chanduram Sahu, itd. W sumie zabrali mu oni ponad 10 000 głosów i choć zwyciężył, wyprzedził swojego rywala o ponad 2000 głosów, zatem rozdrobnienie jego elektoratu nieomal przyczyniło się do jego porażki.

Znaczenie wyborów dla promocji, tworzenia kontaktów, struktur, itd. Pamiętajmy, że wiele spraw w Indiach, w tym politycznych, załatwianych jest przez struktury nieformalne lub formalne, ale niepaństwowe. Dobitnym tego przykładem jest regionalna partia Shiv Sena z Maharasztry, która przyjęła rolę pomocnika mieszkańców miasta Mumbaj. Poza ideologicznymi i stricte politycznymi kwestiami, wielu ludzi zwraca się do Shiv Seny po prostu po to, by coś ,,załatwić’’. Partia dysponuje swoją rozbudowaną siatką ludzi w różnych dziedzinach, może zatem nieraz udzielić pomocy nawet wtedy, gdy jest w opozycji. Tak dzieła niejedno ugrupowanie. Z tej perspektywy zwyciężanie w wyborach to nie wszystko, choć oczywiście ma ono ogromne znaczenie też dla ,,załatwiania’’ spraw. Partia musi być widoczna, rozpoznawalna, by ludzie wiedzieli, że mogą się do niej zwrócić.  Kampania wyborcza to doskonała okazja, by zwrócić na siebie uwagę. Być może zatem dana partia jest świadoma, że nie ma szans na wygranie we wszystkich okręgach w danym stanie, ale mimo to wystawia swoich kandydatów wszędzie choćby po to, by zapewnić sobie rozpoznawalność.

Chodzi też o zdobywanie nowych przyczółków, budowę struktur itd. Przywództwo istniejącej od niedawna, ale już sławnej partii Aam Aadmi Party dyskutowało, czy lepiej dłużej budować wpływy w jednym mieście (Delhi), czy od razu walczyć w całym kraju. Na pewien czas przeważyła opcja walki na każdym froncie, która zakończyła się spektakularną klęską. Mimo to zwolennik tej strategii, członek partii i wybitny politolog Yogendra Yadav bronił tej decyzji twierdząc, że ogólnoindyjska kampania pozwoliła partii właśnie nawiązać nowe kontakty i zbudować struktury (warto jednak dodać, że potem Yadava z partii wyrzucono i wróciła ona do ostrożnej i regionalnej strategii).

Kwestie finansowe. W Indiach nie ma finansowania partii z budżetu państwa i w związku z tym nie ma progu wyborczego, po przekroczeniu którego otrzymuje się to dofinansowanie. Kandydat biorący udział w wyborach musi natomiast złożyć depozyt finansowy, który traci, jeśli nie zdobędzie mandatu lub nie uzyska co najmniej jednej szóstej wszystkich głosów. Czy nie powinno to zatem prowadzić do redukcji ilości partii, skoro nie tylko nie można otrzymać dofinansowania, ale można stracić depozyty? Niekoniecznie. Po pierwsze, skoro depozyt odzyskuje się też przy przegranej, jeśli towarzyszy jej zdobycie jednej szóstej głosów, to w czysto teoretycznym modelu przy rozkładzie głosów po równo na sześciu kandydatów oznacza to odzyskanie sześciu depozytów (czyli w tym teoretycznym modelu opłaca się rywalizować nie dwóm, ale do sześciu kandydatów). Po drugie, depozyt nie jest aż tak wysoki (w skali politycznej). Po trzecie, w Polsce, przy innej ordynacji, partia uzyskuje finansowanie po przekroczeniu jako partia, w skali całego kraju, zatem ta kwestia to dla niej polityczne  ,,być albo nie być’’. W Indiach zaś walka toczy się o depozyt w danym okręgu. Jeśli zatem partia jest pewna, że można zdobyć mandaty gdzie indziej, może zaryzykować walkę w niepewnych okręgach i być może nie straci na tym aż tak wiele (a zyskując mandat choć w jednym okręgu zyskuje się rozmaite ,,możliwości’’ finansowe, które wystarczą na sfinansowanie wielu depozytów). Ponadto, depozyty formalnie opłacają sami kandydaci. Dla małych czy rodzących się partii jest to zatem korzystne rozwiązanie. Wyobraźmy sobie, że wchodząc na nowy obszar, partia może wejść w kontakt z ludźmi chcącymi z rozmaitych powodów zostać jej kandydatami. Ludzie ci sami opłacają sobie depozyty i najwyżej sami tracą. Oczywiście jednak partia i tak musi włożyć wiele pracy i pieniędzy w samą kampanię.

Kwestie psychologiczne. Myśląc o motywacji kandydatów w systemie JOW, spójrzmy najpierw na wybory prezydenckie w Polsce. Czy i tu wynik nie wydaje się w dużej mierze ustalony? Czy nie jest jasnym, że walka toczy się w praktyce miedzy dwoma, maksimum trzema kandydatami? To dlaczego kandydatów jest więcej? Oczywiście różnica jest taka, że w Polsce najczęściej wybory mają jeszcze druga turę, do której przechodzi dwóch kandydatów. Nadal jednak nie tłumaczy to pojawienia się np. 10 kandydatów, spośród których, dajmy na to, siedmiu niewątpliwie nie ma szansy choćby na drugie miejsce. Po części mogą biorą oni udział z powodów po części tu wymienionych: na przykład czołowe partie muszą utrzymywać swoją rozpoznawalność, pokazać się, nawet przegrywając. Po części jednak, tak w Indiach jak w Polsce, kandydaci zwyczajnie liczą na zwycięstwo. Czasem mają nadzieję wbrew jakiejkolwiek logice (i to można nazwać kwestią psychologiczną). Czasem też niejako słusznie wskazują na przypadki, w których niedoceniony kandydat okazywał się czarnym koniem wyborczego wyścigu. Z tym wiąże się też inny czynnik: fragmentacja rodzi większą fragmentację. Im bardziej w Indiach postępuje fragmentacja sceny politycznej, tym mniejsze różnice w wynikach poszczególnych kandydatów. Często decyduje kilka tysięcy głosów (w kraju ponad miliarda obywateli!). Im mniejsze zaś różnice w wynikach, tym więcej pojawia się kandydatów, słusznie lub nie wierzących, że w takim razie i oni mogą odnieść sukces.

Ponadto ogromna ilość partii i kandydatów jest też związana z ogólnie mniejszym rygorem  prawa wyborczego. W Indiach występuje fenomen partii zarejestrowanych, ale nie uznawanych (registered unrecognised parties). Muszą one rejestrować się w Komisji Wyborczej, ale ich sytuacja nie jest tak sformalizowana jak w wypadku partii ,,uznawanych’’ (recognised). Nie muszą one na przykład prezentować publicznie rozliczeń swoich finansów. Z drugiej strony, nie mają w efekcie takiej rozpoznawalności jak właściwe partie, na przykład Komisja z góry przyznaje im symbole wyborcze. Mówiąc krótko: taką partię relatywnie łatwiej założyć, ale trudniej doprowadzić do zwycięstwa. Wiele takich ugrupowań to partie in statu nascendi, które prędzej czy później spełnią wszystkie kryteria. Wiele z nich może się jednak okazać politycznymi wydmuszkami, które albo wkrótce przepadną albo będą istnieć tylko na papierze, zaludniając listy wyborcze swoimi nieznanymi nazwami.

Na koniec jeszcze dwie kwestie: czy JOW-y w Indiach przyczyniają się do betonowania sceny politycznej i do jej odpartyjnienia?

Polska jest wielkości średniej wielkości indyjskiego stanu i również w indyjskich stanach tak naprawdę realne starcie dokonuje się często między dwiema lub trzema partiami. Dlaczego zatem tych partii jest tak wiele? Także dlatego, że dokonuje się ich rotacja. W przeciwieństwie do USA czy Wielkiej Brytanii, dwie partie wiodące w danym regionie za dwadzieścia lat mogą nie istnieć (co można zapewne wiązać m.in. wpływem, jaki na politykę ma stabilność kraju i jego regionów). I też system JOW jako taki nie gwarantuje przecież stałego istnienia dwóch tych samych partii. Historycznie rzecz biorąc JOW-y mogą cementować przewagę tych samych, dominujących od dawna partii, ale matematycznie rzecz biorąc, cementują tylko zwycięstwo najpopularniejszego kandydata. W skali kraju sprawiają one, że zwycięzca często uzyskuje znacznie większy procent mandatów niż wynosił procent uzyskanych przez niego głosów (z przegranymi zaś dzieje się odwrotnie).

I tak utworzona w 2012 r., pozbawiona z początku znacznych funduszy i niemająca w swoich szeregach żadnego znanego polityka Aam Aadmi Party uzyskała w swoim debiucie w 2013 r. drugi najlepszy wynik w wyborach do zgromadzenia ustawodawczego miasta Delhi. Stało się tak mimo tego, że zmierzyła się z duopolem BJP i Kongresu: dwóch największych i najbardziej znanych partii kraju, które rządziły Delhi rotacyjnie od zawsze, to jest od kiedy miasto otrzymało własne zgromadzenie. Po tym zwycięstwie AAP utworzyła krótki i niestabilny rząd koalicyjny i popełniła serię błędów, a mimo to w wyborach roku 2015…  uzyskała w Delhi jeszcze lepszy wynik, zdobywając 67 na 70 mandatów, miażdżąc tym samym tradycyjny duopol BJP i Kongresu. AAP w Delhi nie była ani największa, ani najstarsza, ani najbogatsza, ani najbardziej wpływowa. Była  po prostu najbardziej popularna. Nawet jeśli partia istnieje od 200 lat, to nie zabezpiecza to jej przed polityczną śmiercią. Z wielu powodów kiedyś może nastąpić zmiana i jeśli nagle pojawia się ugrupowanie, które wyrasta na fali niebywale szybko rosnącej popularności to JOW-y bardziej niż inne systemy mogą właśnie przyczynić się do spektakularnej wiktorii takiej partii i do rozbicia zabetonowanego systemu.

W Polsce obecnie wiele dyskutuje się na temat tego, czy JOW-y spowodują odpartyjnienie; zmniejszą uzależnienie kandydatów i elektoratu od wielkich, dominujących partii. Czy tak stało się w Indiach? I tak i nie. Szefostwo wielkich partii zazwyczaj samo decyduje jakiego kandydata wystawić w danym regionie. Na tym polu toczy się równie ostra rywalizacja jak w Polsce w momencie układania list wyborczych. Jeśli jednak kandydat jest silnie osadzony w regionie, ma kontakty, popularność i pieniądze, może postawić się partii. Niejednokrotnie przeglądając wyniki wyborów w Indiach widzimy na przykład, że w danym okręgu zwyciężała co i rusz inna partia. Gdy jednak przyjrzymy się nazwiskom zwycięzców, może okazać się, że często zwyciężał ten sam człowiek, który zmieniał co jakiś czas afiliację. Niejednokrotnie osoby takie odnoszą sukces jako kandydaci niezależni, ale często tak jako niezależni jak i jako członkowie partii wystawiają się tak naprawdę na polityczną aukcję, czekając na najkorzystniejszą ofertę. Z pewnością zatem jest to pewna forma odpartyjnienia, tyle że często oparta na niezbyt idealistycznych pobudkach. Ponadto, i ten aspekt powoduje fragmentację sceny politycznej. Niejednokrotnie osoby silne w danym regionie, niezadowolone na przykład z rozkładu przedwyborczych kandydatur, zakładają nowe ugrupowania. W ten sposób najstarsza partia Indii, Indyjski Kongres Narodowy, wielokrotnie dzielił się i łączył; wypączkował z niego szereg regionalnych Kongresów założonych przez lokalnych buntowników, na przykład Kongres w Tamilnadu, Bengalu Zachodnim, Kerali i tak dalej.

Ponadto, być może często owe silne w regionie osoby są względnie niezależne od partii, ale elektorat nie jest niezależny od tych osób. W takiej osobie skupiać się może wiele rodzajów regionalnej władzy: polityczna, kastowa, gospodarcza, prestiżowa itd. Nie musi ona reprezentować partyjnego establishmentu, ale reprezentuje nieformalny, regionalny establishment. I co jeśli elektorat chce pozbyć się obu tych establishmentów? Z tym też ściśle związane są kwestie finansowe. Indyjskie partie nie są finansowane z budżetu państwa, ale w efekcie są bardzo podatne na wpływy wielkiego biznesu, wielkich właścicieli ziemskich, rozmaitych stowarzyszeń czy świata przestępczego. Owszem, pieniądze i polityka są zawsze i wszędzie związane, tylko że indyjskie partie mają tu mniejszą swobodę, bo datki, formalne i nieformalne, są zawsze ich głównym źródłem dochodu. W efekcie ów regionalny establishment może być niezależny od partii w tym sensie, że ma dość środków i władzy, by w razie czego dyktować swoje warunki.

To jednak nie znaczy, że zmiany od dołu nie są możliwe. Przykładem jest właśnie Aam Aadmi Party, czyli Partia Zwykłego Człowieka. Ugrupowanie, które nie tylko powstało w imię walki z korupcją, ale oparło się na ludziach niezwiązanych z dotychczasowym establishmentem: nieznanych, często niezbyt majętnych i do niedawna pozbawionych politycznych wpływów. Wbrew nie tylko wielkim partiom, ale i lokalnym siłom partia ta była w stanie wynieść do zwycięstwa ludzi spoza układu (inna sprawa, że udało jej się to tylko w Delhi: wielkiej metropolii, gdzie lokalne układy mogą zmieniać się bardziej dynamicznie niż na prowincji). Dokonała tego w zasadzie w dwa lata: podobnych osiągnięć ze świecą szukać w najbardziej ugruntowanych demokracjach.

Ostatecznie zatem indyjski przykład jednomandatowej ordynacji wyborczej nie stawia jej w tak jednobarwnym świetle. Przez długi czas i w Indiach dominowała jedna partia (Indyjskie Kongres Narodowy), ale od początku postępowało rozdrobnienie sceny politycznej i mnożenie się partii regionalnych. Z jednej strony oznacza to, że więcej podmiotów może zabrać głos, z drugiej: skazuje to partie na tworzenie wielkich, powolnych i czasem niestabilnych koalicji. W regionach czasem prym wiodą niezależne od partii układy, ale nierzadko to one mogą wstrzymywać korzystne dla kraju zmiany. W stanowych układach politycznych nierzadko dominują dwie lub więcej partii; ich dominacja może trwać długo, ale nigdy nie trwa wiecznie. Zmiana, nawet najmniej prawdopodobna, okazuje się jednak możliwa. Przykładem jest nie tylko sukces Aam Aadmi Party w Delhi, ale też Bharatiya Janata Party w całym kraju w 2014 r. BJP odwróciła narastający od 20 lat trend koalicji i zdobyła większość mandatów sama (choć mimo to rządzi z koalicjantami). Jednakże przeciw sobie ma obecnie nie jedną partię, ale dwadzieścia dwie. Ponadto, BJP nadal potrzebuje koalicjantów, by wygrywać i rządzić w niektórych stanach. Fragmentacja została zatem chwilowo zatrzymana, ale czas pokaże, co będzie dalej.

Czy można jednak na tych przykładach odnosić się do sytuacji innych państw? Tu na pewno trzeba być ostrożnym. Indie to zawsze Indie: niemal wszystko, przeniesione na ich grunt, zmodyfikuje się i nabierze indyjskiego charakteru. Jednakże jeden wniosek wydaje się pewny: JOW-y, na dobre i na złe, bynajmniej nie wywołują wszędzie tego samego efektu.

Inspiracją dla powstania tego tekstu był tekst Jakuba Piaseckiego pt. ,,Tajwańska lekcja Kukiza. Wnioski z doświadczeń tego odległego zakątka świata z JOW-ami dla zwolenników reformy ordynacji wyborczej w Polsce.’’

ANEKS: DANE DOWODZĄCE FRAGMENTACJI SCENY POLITYCZNEJ W INDIACH

Poniżej przedstawiam moją kompilację danych co do ilości partii reprezentowanych w Lok Sabsze (niższej izbie parlamentu indyjskiego) każdej kadencji. Przedstawiam także procent miejsc w parlamencie zajętych przez partie inne niż partie z dwoma najlepszymi wynikiem (nazwałem te pozostałe partie skrótowo ,,partiami trzecimi’’). Do ilości partii nie wliczyłem kandydatów niezależnych, ale wliczyłem ich do drugiej kategorii danych.

Zrzut ekranu 2015-08-27 o 07.23.44

Dane skompilowałem i przetworzyłem na podstawie strony internetowej Lok Sabhy (http://loksabha.nic.in/). Numery pod tabelką oznaczają numer kolejnej kadencji. Pierwsza przypadła na lata 1952-1957; ostatnia, szesnasta, to obecna, trwająca od 2014 r.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
K. Iwanek: Kostki zamiast betonu. Czy przykład Indii burzy mit JOW-ów? Reviewed by on 28 sierpnia 2015 .

Czy jednomandatowe okręgi wyborcze zawsze prowadzą do wykształcenia się systemu dwóch dominujących partii? W Indiach tak się nie stało. Tu, na przekór doświadczeniom skądinąd, partii wręcz przybywa i to, mimo że JOW-y wprowadzono na samym początku budowy ustroju demokratycznego, czyli jeszcze w okresie kolonializmu brytyjskiego. Po pierwszych wyborach niepodległych Indii (zorganizowanych na przełomie 1951 i

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 9

  • Uważam, że trafił Pan w największe obawy Polaków odnosnie JOWów, czyli lokalnych baronów. W Indiach mają oni większe oparcie w społecznościach religijnych, czy kastowych, ale w Polsce też moga sobie zdobyć jakąś bazę. Chyba trzeba się zgodzic z Pańską opinią finansowania z budżetu. Jest to irytujące, ale lepsze niz uzależnianie się od sponsorów.

    Tak w ogóle, to w poprzedniej wypowiedzi chciałem odpowiedzieć Panu Ex-3, ale coś musiałem zrobić źle i wygladało to na maja odpowiedź na Pański wpis.

  • Avatar Krzysztof Iwanek

    @Mariola
    Dziękuję:) To na pewno z tym Balakrishną? Widzę to tylko na portalach tollywoodowych. Na polskich jakoś nic. Przegapili przyspawany hełm?:)

    • Na pewno ten :D A na polskich nie ma też słowa o filmie z Suryą, co wyszło jeszcze w międzyczasie i jest obecnie hitem wśród dawnych fanów południowego kina ;) http://www.hindustantimes.com/regional/suriya-starrer-24-heads-for-poland-to-shoot-songs/article1-1386959.aspx
      Może już Polacy nie chcą się tak reklamować z tymi kooprodukcjami, bo o ile paru fanów to nawet miło dla gwiazdy, o tyle ruch jak przy Salmanie chyba im bardziej przeszkadzał (zwłaszcza iż Indusi to jakoś rzadko mają chyba poczucie, ile ‚wypada’ wobec gwiazdy/idola :P)
      W każdym razie dzieje się, ale tym bardziej upieram się, że gdyby nasze warunki podatkowe były korzystniejsze to dopiero moglibyśmy boom zobaczyć.

  • Powierzchnia Indii 3 287 590 km² podzielona jest na 550 okręgów.
    Każdy okręg ma 2 247 899 wyborców, co nijak się ma do 60tys w WB i Polsce.

    Jak można porównywać kraj tak zróżnicowany kulturowo z Polską?

    • Avatar Krzysztof Iwanek

      Toteż dlatego:
      ,,Poniższy tekst jest zatem próbą pochylenia się nad naturą JOW-ów w Indiach, a nie nad porównaniami między polityką indyjską a polską.”

    • Można porównywac Indie z Polską, choćby dlatego, że pisząc o jakiejkolwiek rzeczy odnosimy ją do najbardziej znanej nam rzeczywistości, czyli naszego kraju.
      Mimo różnic wielkości i różnic kulturowych jest sporo podobieństw pomiędzy naszymi krajami. Jeżli mamy szukac miejsca na rynku indyjskim, nie możemy zadowolić się twierdzenie, że to inny kraj i inna kultura.
      Temat JOWów jest tematem interesujacym obecnie w Polsce i bardzo dobrze, że P. Krzysztof pokazał, jak ten system działa w Indiach. Na pewno interesujące byłoby pokazanie innych krajów, gdzie taki system obowiazuje.
      JOWy nie sa czymś nam danym lub odziedziczonym, jak w Indiach. Mamy określone z nimi oczekiwania i określone obawy. Warto zobaczyćm jak to działa i jak to moze się pzrełozyć na polskie warunki.
      Nie twierdzę, że znajdziemy idealną receptę, lecz opisujac i porónując różne systemy, mamy możliwość korzystania z dorobku innych i unikanie ich błędów.

      • Avatar Krzysztof Iwanek

        @Włodzimierz Madziar
        Odwołując się do tego, co Pan napisał o tym porównywaniu, to myślę, że można mówić o dwóch poziomach. Można porównywać w sensie ogólnym, bez lokalnych uwarunkowań,czyli porównywać sam system, rozwiązania techniczne, jak na przykład ordynację wyborczą. I można porównywać na poziomie szczegółowym, to jest taki system działa w danym kraju, biorąc pod uwagę jego uwarunkowania. Na tym drugim poziomie Indie oczywiście bardzo różnią się od Polski i dlatego wolałem unikać porównywań.

        Jednakże myślę, że z tych rozważań o JOW-ach w Indiach nawet na poziomie rozważań o lokalnych uwarunkowań można ostrożnie wybrać jakieś elementy, które można odnieść do Polski.

        Wydaje mi się, że wniosek ‚brak finansowania z budżetu państwa + JOW = silniejsi baronowie regionalni’ jest własnie czymś takim, co do pewnego stopnia dzieje się w Indiach i myślę, że mogłoby stać się i w Polsce. I tu i tu w niejednym regionie są baronowie, którzy mieliby jeszcze więcej do powiedzenia, gdyby partie nie brały finansowania z budżetu państwa, bo ich ,,wkład” miałby większe znaczenie, w związku z czym mieliby tym większe szansę na obsadzenie JOW-ów. Czyli jak JOW-y, to bez wycofania finansowania z budżetu – tak mi się wydaje.

  • Bardzo ciekawie opisał Pan liczne „sztuczki” wyborcze mające na celu przede wszystkim osłabienie przeciwnika. W Polsce pomysłowośc polityków wydaje sie mniejsza, ale może to właśnie JOWy wpływają, że różnego rodzaju gry sa mozliwe, ponieważ robi się je w znacznie mniejszej skali.

    Słusznie wspomiał Pan o geograficznej koncentracji elektoratu, co wzmacnia lokalnych polityków. Prawdopodobnie to tkwi jedno ze źródeł korupcji w Indiach. Polityk jest silny w terenie, potrzebne jest jego poparcie i trzeba go tolerować. Idealnym przykłądzie jest skandal 2G w Tamilnadu. Do tego trzeba dodac bardzo silną więź lokalną i inne podejscie do korupcji, ktre nie powoduje, że partia oskarzona o tolerowanie korupcji automatycznie traci głosy, choc powinienem napisac, nie powodowało. Moż eteż różne rodzaje korupcji różnie są postrzegane.

    W Polsce po JOWach spodziewamy się podniesienia jakości klasy politycznej i eliminacji skompromitowanych polityków. W Indiach to chyba tak nie działa. Może wyborcy są mniej pamiętliwi, parsa mniej dociekliwa, ale nie przypominam sobie „wypominania” poszczególnym kandydatom jakiś sprawek.
    Siłę eliminująca JOWów osłabia fakt, że w pewnym zakresie można kandydowac z 2 okręgów.

    Ponadto w Indiach nie ma chyba zwyczaju, że minister musi być członkiem parlamentu, co oznacza, że wyborcy w jego okręgu nie mogą dać mu czerwonej kartki.

    Jeżeli chodzi o finansowanie wyborów, to w Indiach siłą rzeczy są one duże i kandydat musi wydać sporo pieniędzy, podejrzewam, że tylko ułamek z tego zostanie zrefundowany. To mocno ogranicza dostęp do polityki.

    • Avatar Krzysztof Iwanek

      @Włodzimierz Madziar.
      Dziękuję za komentarze.
      Fakt, zapomniałem o startowaniu z dwóch okręgów, co tym bardziej zwiększa ilość kandydatów, ale chyba nie jest aż tak częste.
      Myślę, że jednak elektorat w Indiach potrafi pamiętać i media też potrafią przypomnieć. Jak w Polsce tak i w Indiach są tacy, którym jakoś uchodzi (prawie) na sucho jak Laloo Prasad Yadav, który został skazany za defraudację a jakoś ciągle jest w polityce, ale a propos skandalu 2G, to są też tacy jak A. Raja, który, o ile pamiętam, jednak w ostatnich wyborach przegrał z kretesem.

Pozostaw odpowiedź