Indie news,Komentarz eksperta

K. Iwanek: Cracowood. Kraków buduje markę w świecie indyjskiego filmu

Krzysztof-Iwanek,,Do filmu reklamowego z udziałem jednej z najbardziej znanych gwiazd kina bollywoodzkiego realizowanego w dniach 1-3 sierpnia w Krakowie poszukujemy statystów – kobiet i mężczyzn w wieku 18-45 lat.’’  – takie ogłoszenie pojawiło się kilka dni temu na portalu gumtree.pl.[1] Jeszcze jakieś cztery lata temu taki anons uznałbym zapewne jako żart albo pomyłkę. Teraz czytam je bez zaskoczenia i powątpiewania (aczkolwiek wkrótce przekonamy się, na ile ta gwiazda jest ,,najbardziej znana’’). Bardzo często teksty publikowane na polska-azja.pl mają wydźwięk pesymistyczny: traktują o tym, co można byłoby robić w naszych kontaktach z państwami Azji, ale czego się nie robi. Tym razem będzie inaczej. Jeśli bowiem chodzi o promocję Krakowa w indyjskim świecie filmowym, to coś drgnęło i drgania te czuć bardziej z każdym rokiem.

Jakie to może mieć znaczenie? Zacznijmy od drugiego końca. Jest w Mumbaju kino o nazwie Maratha Mandir, które na świecie zasłynęło z pobicia rekordu Guinessa jeśli chodzi o najdłużej wyświetlany film od czasu jego wejścia na ekrany. Jest to Dilwale Dulhaniya Le Jayenge (1995), w Polsce znany pod nazwą Żona dla zuchwałych. Ten bollywoodzki przebój do dziś ma swoich wiernych fanów, którzy ciągle są gotowi płacić za seans, chociaż zapewne każdą kwestię znają już na pamięć. Żona dla zuchwałych to idealistyczna (ktoś inny powiedziałby: bajkowa, a ktoś jeszcze inny: naiwna) opowieść o podróży grupy młodych Indusów pociągiem przez Europę. Dwójka głównych bohaterów rozdziela się niechcący z resztą znajomych w Zurychu i wtedy, w romantycznej szwajcarskiej scenerii, ich miłość rozkwita.

Żona dla zuchwałych była nie tylko wielkim sukcesem kasowym w Indiach, ale i błogosławieństwem dla szwajcarskiej turystyki przyjazdowej. Szwajcaria nagle stała się jednym z głównych celów dla zamożniejszych Indusów. W roku 2011 przybyło ich do tego kraju ponad 200 000.[2] Według jednych szacunków w 2004 r. Indusi stanowili trzecią najwięcej wydającą dziennie grupę turystów w Szwajcarii, po Amerykanach i Japończykach. [3] Według innych rachub, w 2011 r. byli czwartą taką grupą, przy czym na pierwszym miejscu zebrano tu razem gości z państw Zatoki Perskiej (drugie i trzecie zajęli odpowiednio Japończycy i Chińczycy).[4] W roku 2006 wdzięczni Szwajcarzy zaprosili dawną ekipę filmową do swojego konsulatu w Mumbaju na uroczystą kolację, którą współorganizowała, jakżeby inaczej, organizacja szwajcarskiego przemysłu turystycznego.[5]

Po Żonie dla zuchwałych zapanowała też oczywiście moda na nagrywanie filmów lub sekwencji w alpejskiej scenografii. Z czasem jednak indyjscy filmowcy zaczęli poszukiwać plenerów w kolejnych, także mniej znanych państwach europejskich. Paryż i Londyn są bowiem oczywistymi wyborami. Z bardziej oryginalnych przedsięwzięć można wymienić na przykład nagranie jednej miłosnej piosenki do tamilskiego filmu Anniyan (2005). Scenografią dla pieśni Kumaari były tu pola tulipanów w holenderskim Vijfhuizen. Budapeszt użyczył swojego piękna przy nagrywaniu Hum Dil De Chuke Sanam (1999) i Aks (2001). Bollywoodzki Drona (2008) kręcony był między innymi w Pradze. Rolę głównego męskiego bohatera w tym ostatnim filmie odgrywał Abhishek Bachchan[6], którego ojciec pojawi się jeszcze w dalszej części tego tekstu. Niejeden rząd czuje, że w kinematografii indyjskiej Szwajcaria jest passé i że to jest właśnie ten moment, by się wypromować. Nawet minister spraw zagranicznych Tadżykistanu stwierdził niedawno, że jego górzysty kraj może być nową Szwajcarią dla indyjskich filmowców.[7]

Wniosek jest prosty i w odpowiednich polskich kręgach decydenckich już znany. Teraz właśnie należy próbować wypromować Polskę jako miejsce pod plenery dla indyjskich filmów. Najlepiej byłoby oczywiście, gdyby któryś stał się hitem na miarę Żony dla zuchwałych – co oczywiście już od nas nie zależy – bo to może i do sprowadzić fale indyjskich turystów z rosnącej klasy średniej. Wydawać by się mogło, że największą dotąd szansę mieliśmy za sprawą filmu Fanaa (2006), jedynego dotąd kręconego w Polsce, w którym wystąpiły naprawdę znane gwiazdy (Aamir Khan i Kajol[8]) i który odniósł znaczny sukces. Nie przełożyło się to jednak na popularność czy rozpoznawalność naszego kraju i powód wydaje się oczywisty. W filmie tym Podhale odgrywało rolę indyjskiego Kaszmiru (czyli grali nie tylko aktorzy, ale i krajobraz). Wielokrotnie podczas moich pobytów w Indiach pytałem Indusów, czy znają film Fanaa i czy wiedzą, że pokazana tam górska kraina znajduje się w Polsce.  Odpowiedź na pierwsze pytanie zawsze brzmiała ,,tak’’, ale na drugie zazwyczaj ,,nie’’. Kolejnym wnioskiem wydaje się, że w filmie dane polskie miejsce powinno grać samo siebie i jego nazwa powinna być dobitnie podkreślona (aczkolwiek tę sprawę będę jeszcze poruszał dalej).

Możemy przecież poszczycić się przecież pięknymi krajobrazami: idylliczną wiejską scenografią, nastrojowymi lasami czy urokliwymi zabytkowymi częściami miast. Nie jestem ekspertem od filmów indyjskich, ale wiele ze scen w tych dziełach, które widziałem, z powodzeniem można byłoby nakręcić i z polskim tłem: choćby romantyczną pieśń na łące, podchody szpiegów na starym mieście czy pościg na autostradzie. Jestem pewien, że pod wieloma względami możemy tu konkurować z krajobrazami zachodniej Europy: choćby jeśli chodzi o polskie obszary zielone (np. Białowieski Park Narodowy to przecież ostatni las pierwotny na naszym kontynencie). Zabytkowe części polskich miast może i nie są w większości tak olśniewające i znane jak zachodnie, ale są też mniej zadeptane przez turystów i dzięki temu nastrojowe. Wreszcie, bardzo ważnym, a często kluczowym czynnikiem, w którym możemy konkurować z Europą Zachodnią jest cena.

Poza zawsze dostępnymi warunkami, od kilku lat widać wolę, by z nich skorzystać. Polska Organizacja Turystyki realizuje obecnie ambitny projekt ,,Lubię Polskę’’[9], który jest dużo szerzej zakrojoną akcją na rzecz promowania naszego kraju pośród potencjalnych turystów japońskich, chińskich i indyjskich (w projekcie tym także część ekspertów CSPA będzie miała swój skromny udział). Działanie na rynku indyjskim w ramach tego projektu zakłada między innymi właśnie  spotkania z reprezentantami świata indyjskiej kinematografii. W promocji naszego kraju na pewno może też wydatnie pomóc utworzony niedawno Polski Instytut w Nowym Delhi. Takie działania prowadzi także ambasador RP w Nowym Delhi (i profesor indologii) Piotr Kłodkowski, który m.in. bierze udział w różnych indyjskich festiwalach filmowych. Na przyszły rok polski MSZ planuje walne obchody 60-lecia zawiązania stosunków między naszymi państwami; to może być kolejna okazja do promocji polskiego krajobrazu. Zresztą i ambasador Republiki Indii w Polsce, Monika Kapil Mohta, która gościła niedawno w progach CSPA, poszukiwała ponoć w naszym kraju plenerów dla indyjskich filmowców.

Pozostaje liczyć na to, by te działania przyniosły ogólnokrajowe owoce. Na razie wyciągajmy wnioski z sukcesów Krakowa, który od kilku lat, powoli, ale konsekwentnie buduje swoją rozpoznawalność w świecie indyjskiego przemysłu. Znaczna w tym zasługa Krakowskiego Biura Festiwalowego. W mieście tym nagrywano już sceny do filmów: Aazaan (2011), Yah Jo Hai Mohabbat (2012) i The Rhytm, a także piosenkę do Saguni (2013). Nie odniosły one jednak spektakularnych sukcesów (The Rhytm natomiast, o ile się orientuję, nie wszedł jeszcze na ekrany). Przynajmniej jednak Kraków odgrywał siebie, a to stopniowe wyrabianie sobie marki może w przyszłości przynieść bardziej soczyste owoce. Czternastego czerwca w indyjskim The Telegraph ukazał się artykuł stwierdzający, że ,,Według polskiej ambasady, obecnie 40 indyjskich filmów i reklam jest kręcony w Polsce lub czeka w kolejce.’’[10] Nie jestem w stanie tej liczby zweryfikować, ale zacytowane na początku tego tekstu ogłoszenie dowodzi, że coś jest na rzeczy.

Ten sam artykuł stwierdza, że promować Polskę mógłby nie kto inny jak Amitabh Bachchan[11], jeden z najpopularniejszych aktorów kina hindi. Odwiedził on zresztą Kraków podczas festiwalu Off Plus Camera w 2011 r. Gdy jednak wczytać się w tekst dokładnie, dowiadujemy się, że Bachchan miał być namawiany przez naszego ambasadora, by wziął udział w organizowanym przez Instytut Polski w Nowym Delhi festiwalu filmów polskich. Nawet wtedy chodziłoby raczej o promowanie polskiej kinematografii, nie plenerów. Przemycane przez autora artykułu stwierdzenie, że Bachchan ma zostać ambasadorem ,,marki Polska’’ jest zatem na razie przesadą, ale oczywiście tego byśmy sobie życzyli. Tak czy inaczej, udział w festiwalach filmowych też jest ważnym procesem, bo podczas nich może dochodzić do wydarzeń, których nie jesteśmy świadomi, dopóki nie wydadzą owoców: zakulisowych spotkań, które prowadzić mogą do negocjacji i wreszcie konkretnych umów. Równocześnie polskie kino jest coraz bardziej zauważane w Indiach. W zeszłym roku na festiwalu filmowym w Goa Krzysztof Zanussi otrzymał nagrodę za całokształt twórczości, a Marcin Dorociński za główną rolę męską w filmie Róża. W programie festiwalu znalazł się Dzień Polski, w którym wziął udział minister kultury Bogdan Zdrojewski. Piątego lipca zeszłego roku ten sam minister podpisał się z indyjską minister Ambiką Soni pod polsko-indyjską umową o koprodukcji audiowizualnej.

Oczywiście musimy być też świadomi ograniczeń. Po pierwsze, mowa cały czas o dwóch osobnych przemysłach: turystycznym i filmowym. Nie są one sprzężone zwrotnie: ten pierwszy może bardzo korzystać z drugiego, ale nie na odwrót. Organizacja turystyczne nie mogą przecież wymóc na scenarzyście, by np. Wawel był zabytkowym budynkiem w Krakowie, a nie zamkiem w czarodziejskiej krainie. I z punktu widzenia sztuki to bardzo dobrze.

Po drugie, marzenie o powtórzenie sukcesu Szwajcarii jest ładne, ale pewnie mało realne. I to nie tylko dlatego, że tak wielkiej popularności filmy nie zdobywają co chwila. Ryzykując amatorskie psychologizowanie, jestem gotów twierdzić, że w wypadku Żony dla zuchwałych doszło do wyjątkowego sprzężenia między krajobrazem a tematyką. Pośród indyjskich nowożeńców bardzo modnym jest wyjeżdżać w podróż poślubną w góry, szczególnie do miasta Manali w dolinie Kullu (stan Himaćal Pradeś). Górski krajobraz jest zatem dla Indusów wyjątkowo romantyczny. Szwajcarska przygoda Raja i Simran, bohaterów Żony dla zuchwałych, odbywa się w takiej samej scenerii, ale schodzą się oni – o zgrozo! – przed ślubem i co gorsza, jest to mezalians. Ostatecznie jednak konserwatywna część publiczności mogła opuścić groźnie uniesioną brew: młodzi uzyskują błogosławieństwo rodzin, w tym nawet srogiego ojca Simran. Wiele par z zaaranżowanych związków chciałoby zapewne przeżyć takie chwile. Przygoda Raja i Simran to w sumie górska podróż przedślubna ze wszystkimi zaletami pierwszego i żadnymi obowiązkami drugiego. Ostatecznie romans i tak przerodzi się w odpowiedzialne małżeństwo, ale po emocjach, zwrotach akcji i wolnym wyborze bohaterów. Tym samym, Szwajcaria stała się jeszcze bardziej romantyczna niż Manali: pojechawszy w Alpy, można sobie wyobrazić, że przeżywa się to samo.[12]

 Ale i z tych ograniczeń wynikają pewne lekcje. Do promocji należałoby podchodzić punktowo, a równocześnie zarówno zgodnie z dotychczasowymi trendami, jak i próbując przechwycić nowe. Skoro w większości filmów pojawia się wątek miłości, a góry stanowią tak często stanowią dla niej tło, należy promować te plenery, którą mogą tę rolę spełnić. W tym aspekcie trzeba przede wszystkim zachwalać zalety Podhala i podpowiadać konkretne sceny (np. kulig, spływ Dunajcem, wjazd kolejką wysokogórską). Po drugie jednak, trzeba podejść do sprawy innowacyjnie i pokazywać indyjskim filmowcom taką scenografię, która dotąd rzadko pokazywała się w ich filmach i o której mogą nie wiedzieć, że występuje w Polsce. Po trzecie, trzeba śledzić nowe mody w kinie indyjskim – być może za kilkadziesiąt lat to nie góry, a jakieś inne tereny będą typową scenografią dla  piosenek o miłości. Wreszcie, fabularny dogmat ,,żeby Polska była Polską’’ nie musi być tak absolutny. Przecież Nowa Zelandia świetnie się wypromowała przy okazji Władców Pierścieni. W roku 2004 około 6% przybyłych tam turystów za główny powód swojej podróży podało obejrzenie filmu Petera Jacksona.  Było to około 120-150 000 osób, które zostawiły tam grube miliony dolarów nowozelandzkich. Trzeba byłoby sprawdzić, jak Nowa Zelandia taką rozpoznawalność osiągnęła. Należy też używać wszystkich innych dostępnych środków – na przykład Internetu –  by przypominać, że plenery danego filmu to Polska. Przede wszystkim zaś, chwaląc pracę naszych instytucji w Nowym Delhi i osiągnięcia Krakowa, spróbujmy te ostatnie rozszerzyć na cała Polskę.



[5] Czyli Switzerland Tourism, która zresztą prowadzi swoje biuro w Mumbaju.

[6] Wym. Abhiszek Baććan.

[8] Wym. Amir Khan/Chan; Kadźol.

[11] Wym. Amitabh Baććan.

[12] I z tej perspektywy nawet gdyby w filmie Fanaa ,,Polska była Polską’’ (co fabularnie było niemożliwe) to nie przyciągnęłaby zapewne tłumów indyjskich turystów. Udające dolinę Kaszmiru Podhale jest bowiem sceną życia rodzinnego bohaterów i wydarzeń związanych z terroryzmem. Do zaiskrzenia między nimi dochodzi natomiast nie w górach, ale też w miejscach kojarzącym się delhijskiej młodzieży ze schadzkami – w stołecznych ogrodach, m.in. w Ogrodach Lodich. Tak jak Raj i Simran w Żonie dla zuchwałych, Rehan i Zooni w Fanaa nie potrzebuję zgody rodziców, by się w sobie zakochać. Rekomendacją wspiera ich księżyc, swoisty patron indyjskich kochanków (w piosence Chand Sifarish, która właśnie w tej frywolnej ogrodowej scenografii rozbrzmiewa). Mówiąc krótko: Podhale miałoby jeszcze szansę, gdyby to tam zakochali się bohaterowie.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
K. Iwanek: Cracowood. Kraków buduje markę w świecie indyjskiego filmu Reviewed by on 25 lipca 2013 .

,,Do filmu reklamowego z udziałem jednej z najbardziej znanych gwiazd kina bollywoodzkiego realizowanego w dniach 1-3 sierpnia w Krakowie poszukujemy statystów – kobiet i mężczyzn w wieku 18-45 lat.’’  – takie ogłoszenie pojawiło się kilka dni temu na portalu gumtree.pl.[1] Jeszcze jakieś cztery lata temu taki anons uznałbym zapewne jako żart albo pomyłkę. Teraz czytam

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 17

    • Avatar KRZYSZTOF IWANEK

      Ok racja, dziekuje za zwrocenie uwagi.

  • Avatar Krzysztof Iwanek

    Gratulacje dla Polskiej Organizacji Turystycznej. Wiem, że od kilku lat podejmowała wysiłki, by sprowadzić bollywoodzkich filmowców do Polski. Oto efekt – w Warszawie wylądował Salman Khan, jedna z największych gwiazd Bollywoodu obecnie, aby kręcić film Kick (pośród innych aktorów będzie także coraz bardziej popularny Nawazudddin Siddiquie). To będzie pierwszy bollywoodzki film kręcony w Warszawie, kolejny już w Polsce (piąty, jesli dobrze liczę?) i drugi z naprawdę znaną obsadą (po Fanaa). I Warszawa będzie grała samą siebie!

    Tu wywiad z Emilką Kubik z POT dla The Hindu Business Line
    http://www.thehindubusinessline.com/industry-and-economy/travel/by-wooing-bollywood-poland-hopes-to-win-the-heart-of-indian-travellers/article5879668.ece

  • Avatar Krzysztof Iwanek

    @Mariola
    ,,No liczb Ci nie dostarczę (nie sądzę, żeby takie dane były takie łatwe do zdobycia),”
    No widzisz, a wszystko się zaczęło od uwagi, że potrzebne są ulgi – a naprawdę ciężko mówić o tych ulgach, jak nie wiemy, od jakiej sumy się odejmowane i jak to się sytuuje względem całościowych kosztów. Rozumiem/mam nadzieję, że Nasz Dziennik w takim razie jakimiś danymi dysponuje.

    ,,Zresztą zdecydowanie częściej słyszę o dużych filmach (hamerykanskich np) kręconych w Pradze niż w Warszawie/Krakowie.”
    No dobrze, ale czy to na pewno wynika z niższych kosztów, czy może ze sławy Pragi? Bo to jest naprawdę bardzo znane miasto, chyba najbardziej w całej Europie Środkowo-Wschodniej.
    Na makemytrip reklamowane są wycieczki dla indyjskich turystów do Pragi – do Krakowa nie.

    • Bo potrzebne są. Znaczy jeśli chcemy skutecznie konkurować w ‚naszej półce’ to musimy mieć czym (a ulgi są naprawdę dobrym ‚wabikiem’,coś na ten temat jako psycholog wiem). Nasz VAT oznacza cenę o 1/4 w górę, co daje naprawdę odczuwalną różnicę (co wiemy chyba jako konsumenci na codzień:P) Byłam niedawno w Pradze i jestem w stanie porównać sobie jak wyglądają koszty pobytu tam i np. w Warszawie (czy i Londynie – gdzie jest ogólnie zdecydowanie drożej), czyli jakie ogólnie ceny noclegów/jedzenia itp w danym miejscu obowiązują. I odjęcie tych ponad 20% VATu naprawdę robiłoby różnicę. A jeśli i samo miejsce jest słynniejsze i jeszcze oferuje takie ulgi to tym większe szanse, że wybierze się właśnie je.

  • Avatar Włodzimierz Madziar

    Znakomity artykuł, tylko nie jestem pewien, czy to jest takie proste, chociaż podał Pan wile czynników, które muszą współgrać i włąśnie to nie jest takie proste.
    Słusznie Pan zauważył, że w Fanaa „grał” tylko polski krajobraz, ponieważ z przyczyn bezpieczeństwa musiał „zastapić” Kaszmir, więc z załozenia nie mogło paść ani słowo, że to Polska.
    Film może mieć akcję w Polsce, ale widz musi to wiedzieć. Oglądałem kilka filmów bollywoodzkich z akcją w Europie, ale to ja rozpoznawałem miejsca, ponieważ były one mi znane. Dla kogoś innego to była po prostu ciekawa scenografia.
    Napisał Pan o inicjatywach Instytutu Polskiego. Postęp jest widoczny w porównaniu z „dawnymi czasami”, ale jeszcze jest dużo do zrobienia. Festiwale filowe są na pewno dobre, ale to jest bardzo ograniczone grono odbiorców.
    Rzeczywistość niestety skrzeczy: widzę w gazetach ofertę biur podróży, jest Europa Środkowa, ale nie Polska; w księgarniach nie widziałem ani jednej książki polskiego autora; ani jednej płyty CD z polskim filmem; żaden polski film nie wszedł do dystrybucji w indyjskich kinach, w każdym razie nie jest mi znany taki fakt; w telewizji na kanale filmów zagranicznych dwa razy widziałem fimy polskie, ale już „Trzy Kolory” był podany jako film francuzki; nikt z moich znajomych wybierając się do Europy, nawet nie pomyślał o Polsce.
    Nie mam w Delhi nawet możliwości kupienia płyty CD z polskim filmem, aby ją dać komuś jako prezent.
    Może nasze działania są niecelne, może gdzie indiej należy kierować wysiłki. Musimy pamietać, że taka promocja jest bardzo kosztowna, a nadmiary środków nie ma. A może w ogóle warto się zastanowić, w jakich krajach są największe szanse na sukces i tam skierować wysiłki i środki.

  • „czysto matematycznie, nie emocjonalnie na to patrząc, to jeżeli w jakimś kraju suma równania podatek+pozostałe koszta jest niższa od sumy (podatek-ulga)+pozostałe koszta w innym kraju, to dlaczego mieliby wybierać drugi kraj. Jak pisałem wcześniej, jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby Niemcy, nawet z ulgami podatkowymi, były ostatecznie tańsze od Polski – choć z drugiej strony ceny coraz bardziej się wyrównują.
    I tu powracamy do kwestii promocji. Jeśli pewien kraj jest kojarzony, jest owiany jakimiś wyobrażeniami, to to może być aspekt ważniejszy od pieniędzy. Turyści indyjscy poza Szwajcarią i UK odwiedzają w Europie przede wszystkim Francję i Niemcy (choć nie mogą się one pochwalić ani taką diasporą jak UK ani takim hitem jak Szwajcaria). Francję (zwłaszcza Paryż) i Niemcy jakoś Indusi kojarzą, filmowcy też (wystarczy podać przykład obu Donów) i ta ich rozpoznawalnośći sława moga przeważać nad kosztami. Przecież gdyby chodziło tylko o koszta, to można kręcić gdzieś w Afryce czy pobliskim Bangladeszu”
    No właśnie, cena jest ważna (czy najważniejsza), ale w ramach pewnej ‚kategorii’. A Polska jest w koszyku: „nowy, egzotyczny kraj, z ładnymi krajobrazami, ale ani już ‚oswojony’ (jak Szwajcaria) ani bliski z powodu ilości indyjskich emigrantów (jak GB) i w zakresie tego koszyka (do którego wchodzi pewnie większość Europy środkowo-wschodniej) nie jest cenowo konkurencyjny i to jest problem. Bo bez tego czynnika ‚na starcie’ trudno będzie wypracować ową ‚rozpoznawalność’/wygodę (za sprawą której potem można by sobie pozwolić na i wyższe koszty kręcenia). Okazjonalne zapędy filmowców stawiających na ‚nowe wrażenia’ (chłyt marketingowy pt ‚ pierwszy film bolly/tamilski/telugu itp kręcony w Polsce) tego nie załatwią…

    I hmm.. a czy takim hitem nie był Pianista? Ale jakoś się to aż tak nie przełożyło chyba…

    • Avatar Krzysztof Iwanek

      ,,A Polska jest w koszyku: „nowy, egzotyczny kraj, z ładnymi krajobrazami, ale ani już ‚oswojony’ (jak Szwajcaria) ani bliski z powodu ilości indyjskich emigrantów (jak GB)…’

      Do tego momentu się zgadzam.

      ,,…i w zakresie tego koszyka (do którego wchodzi pewnie większość Europy środkowo-wschodniej) nie jest cenowo konkurencyjny i to jest problem”

      I tu powtarzam raz jeszcze: czy wiesz to na pewno? Czy mamy na to jakieś dane? Może to prawda – ponownie napiszę, że jestem w stanie się z tym zgodzić, ale na podstawie liczb:)

      ,,I hmm.. a czy takim hitem nie był Pianista? Ale jakoś się to aż tak nie przełożyło chyba…”

      Pianista to oczywiście dość nieporównywalne dzieło.
      – Po pierwsze, to nie jest taki film, po którego obejrzeniu mówimy ,,Oj, chciałbym tam być”. Wręcz przeciwnie…
      – Po drugie, odtworzone są miejsca historyczne, a nie ich wygląd współczesny
      – Po trzecie, Polska jest już znana jako miejsce doświadczone II w.św. i Holokaustem, Oświęcim jest z jednym miejsc reklamowanych w niektórych zagranicznych prospektach turystycznych (jakkolwiek okropnie to wyrażenie brzmi)

      Ale na marginesie punktu drugiego, to mogę opowiedzieć, jak obwoziłem po Warszawie pakistańskiego dziennikarza. Kiedy weszliśmy na Nowy Świat i powiedziałem mu, że to jest ta ulica, na którą Szpilman wychodzi, gdy jest cała zrujnowana i zmieniła się w ścieżkę wśród gruzów. Był oniemiały i zachwycony – oczywiście tym, że ją odbudowano i całą Warszawę, potem przez cały pobyt w naszym kraju wyrażał podziw dla Polaków, że odbudowali całą stolicę z takich ruin.

      (Zresztą mogę napisać, co to był za dziennikarz, przecież gościł i w CSPA – to był Ahmed Rashid.)

      • Avatar Mariola

        „czy wiesz to na pewno? Czy mamy na to jakieś dane? Może to prawda – ponownie napiszę, że jestem w stanie się z tym zgodzić, ale na podstawie liczb:)”
        No liczb Ci nie dostarczę (nie sądzę, żeby takie dane były takie łatwe do zdobycia), ale że Polska jest niekonkurencyjna (mniej ‚przyjazna’) dla zagranicznych (nie tylko indyjskich) filmowców względem choćby sąsiadów z południa czytałam już tyle razy, że nie mam powodu wątpić, że wszyscy się mylą. Zresztą zdecydowanie częściej słyszę o dużych filmach (hamerykanskich np) kręconych w Pradze niż w Warszawie/Krakowie.

        Co do Pianisty masz rację, nie pomyślałam o tych aspektach. Niestety, to nam też nie za dobrze wróży znaczy…

  • Avatar Krzysztof Iwanek

    Wiesz Mariolu, tylko dla mnie to jest ciągle równanie ze zbyt dużą ilością niewiadomych: znamy wysokość podatku VAT, ale nie sumę, od jakiej podatek musieli zapłacić filmowcy, a zatem nie znamy także zapłaconej sumy. Nie znamy też innych kosztów indyjskich filmowców w Polsce, acz można je jakoś z grubsza oszacować. Tak samo nie znamy wysokości podatków, sum, od jakich są płaconych i innych kosztów w innych krajach, które wzmiankowałaś w swoich komentarzach.
    Jedyne co wiemy (poza wysokością VATu) z tych linków, to jakie ulgi zapłacono w niektórych krajach. Bez pozostałej wiedzy te dane są jednak zawieszone w próżni.
    Zwróć uwagę, że ten artykuł z Dziennika Polskiego też nie podaje żadnych liczb: to tylko stwierdzenie, że źle, że są podatki, powinny być ulgi i dlatego więcej kręci się reklam niż filmów. Może to i racja, ale byłoby łatwiej te wnioski ocenić, gdyby zostały podparte danymi.

    Podobnie z Twoim stwierdzeniem:
    ,,Niezależnie jak duży budżet by mieli filmowcy niekoniecznie chcą płacić za wszystko i lubią przyoszczędzić, zwłaszcza w kwestii podatkowej”
    No tak, ja wiem, że jest taki mechanizm, że najpierw sklepy dają wyższą cenę, a potem robią atrakcyjną obniżkę i w jakimś sensie z podatkiem i ulgą podatkową to może psychologicznie działać tak samo. Ale czysto matematycznie, nie emocjonalnie na to patrząc, to jeżeli w jakimś kraju suma równania podatek+pozostałe koszta jest niższa od sumy (podatek-ulga)+pozostałe koszta w innym kraju, to dlaczego mieliby wybierać drugi kraj. Jak pisałem wcześniej, jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby Niemcy, nawet z ulgami podatkowymi, były ostatecznie tańsze od Polski – choć z drugiej strony ceny coraz bardziej się wyrównują.

    I tu powracamy do kwestii promocji. Jeśli pewien kraj jest kojarzony, jest owiany jakimiś wyobrażeniami, to to może być aspekt ważniejszy od pieniędzy. Turyści indyjscy poza Szwajcarią i UK odwiedzają w Europie przede wszystkim Francję i Niemcy (choć nie mogą się one pochwalić ani taką diasporą jak UK ani takim hitem jak Szwajcaria). Francję (zwłaszcza Paryż) i Niemcy jakoś Indusi kojarzą, filmowcy też (wystarczy podać przykład obu Donów) i ta ich rozpoznawalnośći sława moga przeważać nad kosztami. Przecież gdyby chodziło tylko o koszta, to można kręcić gdzieś w Afryce czy pobliskim Bangladeszu…

    Co do Fidżi i Mauritiusu, to jak napisałaś przynajmniej w wypadku Mauritiusu (ale to samo odnosi się do Fidżi) tam bardzo znacząca część ludności wywodzi się z Indii, zatem w grę wchodzą głębsze więzi niż gospodarcze. A zatem kraje te są nie tylko lepiej w Indiach znane i są więzi personalne, ale też część tamtejszej ludności może z powodu tych więzi dążyć do ulg. Mauritius to w ogóle raj podatkowy dla indyjskich firm, jak mówią niektórzy – indyjskie Kajmany.

    Jestem zatem gotów się zgodzić z tezą o podatkach pod warunkiem, że zobaczę to na twardych liczbach:)

    A gdzieś w mniej zimno-racjonalnym zakątku serca liczę, że Polsce przydarzy się taki hit jak Władcy Pierścieni czy Żona dla Zuchwałych (nie musi być to dzieło indyjskie).

  • I w końcu okazało się, że w Krakowie była Katrina Kaif, prawda? Muszę zatem odszczekać: to rzeczywiście obecnie jedna z bardziej znanych gwiazd Bollywood.

  • Świetny artykuł. Warto przy tym wspomnieć, że indyjscy filmowcy często wybierają kraje od Indii odległe, i dotyczy to nie tylko Bollywood. Przykładowo, Kuselan (2008) z udziałem Rajinikantha częściowo kręcony był w Mongolii, Enthiran (2010) z tymże samym aktorem powstawał natomiast między innymi w Peru i Brazylii. Jeśli dobrze pamiętam obecnie w Niemczech pracuje nad swoim nowym filmem Mammootty. Podobnych przykładów można podawać dziesiątki, jeśli nie setki. Gdyby udało się przyciągnąć do Polski przedstawicieli kinematografii z indyjskiego Południa (Tollywood, Kollywood, Mollywood, Sandalwood) korzyści mogłyby być naprawdę znaczące.

    • Avatar Krzysztof Iwanek

      Dziękuję za komentarz.
      Tak, o tych egzotycznych lokalizacjach Kollywoodu wiem głównie dzięki Marioli:) W ich wynajdywaniu celuje właśnie Shankar (o rany, ależ mi się Endhiran nie podobał:)). Ale i na Północy bardzo ciekawe i różnorodne lokalizacje wybrano właśnie do Aazaan.
      Jasne, że nie chodzi tylko o Bollywood – dlatego pisałem ogólnie o ,,świecie indyjskiego filmu” – i sięganie szczególnie po Tollywood i Kollywood może się bardzo opłacić. Mollywood, jak zwróciła uwagę Mariola, ma zazwyczaj mniejsze budżety.

  • Dodałabym jednak do tych optymistycznych perspektyw łyżkę dziegciu: poważnym problemem w kręceniu nie tylko indyjskich filmów w Polsce są nasze przepisy podatkowe, znaczy brak ulg dla zagranicznych filmowców (a takowe ma sporo z ościennych państw).
    Naprędce wyszukany przykład w kwestii ulg stosowanych przez Wlk.Brytanię czy Niemcy::
    „Fiji Islands have declared a 50% and UK has 25%-30% subsidy for filmmakers. But it is also about giving a different experience to the viewer.” Reportedly, Don – 2 got a subsidy between `12 and `15 crore from the German government, Ra.One got a subsidy of `20 crores and Desi Boyz got around `1-2 crore subsidy from the UK government. ”
    http://articles.timesofindia.indiatimes.com/2012-03-23/news-interviews/31255232_1_bollywood-films-subsidy-preferred-destination
    sądzę, że to niestety może odwieść wielu filmowców od kręcenia akurat w Polsce, zatem promocja i marketing swoja drogą, a bez skutecznego lobbingu w kwestii stworzenia atrakcyjniejszych warunków podatkowych chyba daleko nie ‚zajedziemy’..

    • Hej Mariolu:)
      Po pierwsze, przepraszam, że długo nie odpowiadałem, nie miałem dostępu do Internetu.
      Po drugie, dzięki za wszystkie materiały, jakimi dzieliłaś się podczas i po napisaniu tego tekstu:)
      Po trzecie, moja odpowiedź na Twoją uwagę będzie prosta i szczera: bo nie wiem, jakiego rzędu podatki w Polsce płacą zagraniczni filmowcy. A skoro nie wiem, to trudno wypowiadać się o zasadności ulg.
      Ale myślę sobie tak: Fanaa na pewno miało wysoki budżet, ze względu na pierwszoplanowe gwiazdy i zagraniczną lokalizację. Aazaan też musiał mieć duży budżet ze względu na bardzo różne lokalizacje, ale już nie miał pierwszoplanowych gwiazd. Ale pozostałe filmy chyba raczej nie były aż tak kosztowne – a jednak ich twórcy gotowi byli przyjechać do Polski, mimo tych podatków:)
      A drugą rzecz, którą tutaj należałoby wziąć pod uwagę, to jak się mają te podatki i ulgi względem kosztów pobytu na miejscu ekipy w Wielkiej Brytanii czy Niemczech. I jak mamy taką wiedzą to możemy porównywać z Polską. Ale ja jej nie mam i dlatego pozostałem przy tym, co wiem.

      • Avatar Mariola

        Chodzi o coś podobnego jak specjalne strefy ekonomiczne, znaczy zwolnienie z VATu przede wszystkim (ile on wynosi chyba tłumaczyć nie muszę:D) U nas teoretycznie można go potem odzyskać, ale jest to kłopotliwe, no i takie kraje jak Indie i tak temu nie podlegają: http://www.wlasnosc-intelektualna.co.pl/artykuly/opodatkowanie/podatki-zniech%C4%99caj%C4%85-zagranicznych-producent%C3%B3w-filmowych.html
        „Mamy najwyższy VAT na produkcję filmową w Europie, a jego zwrot producentom zagranicznym jest zbyt skomplikowany i przez to nieskuteczny..” http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,4098921.html (za cały archiwalny artykuł trzeba płacić, ale wstęp chyba już sporo wyjaśnia)
        To likowałam Ci już na PM: „Filmowcy z Indii nie żyją w próżni. Kraków był dla nich atrakcyjny i dobrze im się tu współpracowało. Jednak nie zamierzają wydawać więcej pieniędzy niż muszą – to przecież kraj, w którym miliony osób żyją wciąż poniżej progu ubóstwa. Czym przegrywamy? Przepisami podatkowymi. Bollywood woli pojechać do Budapesztu lub Pragi – tam przewidziano istotne ulgi dla filmowców. Tymczasem u nas kręcenie filmu wciąż jest obciążone opłatami na rzecz państwa.
        Nasi realizatorzy mają świadomość tego błędu. Politycy podobno także. Ale od wielu lat niewiele się dzieje(…)
        Zamiast filmów fabularnych mamy więc reklamówki. Ich twórcy nie mogą bowiem liczyć na ulgi podatkowe, nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach (podobno poza Arabią Saudyjską). Ich przykład pokazuje jednak, jak wielki potencjał drzemie w Polsce: w pracujących tu filmowcach i urokliwych plenerach.”
        http://www.dziennikpolski24.pl/pl/po-godzinach/felietony/edytorial/1279084-hindus-nie-jest-naiwny-i-nie-przeplaca.html
        Niezależnie jak duży budżet by mieli filmowcy niekoniecznie chcą płacić za wszystko i lubią przyoszczędzić, zwłaszcza w kwestii podatkowej (fascynujące choćby, jak się na południu starają, żeby skorzystać z różnych ulg od rządów stanowych – i to te największe produkcje, nie tylko te z małym budżetem. Wycinają sceny, żeby film dostał U, udają, że film dubbingowany jest bilingwalny, że był kręcony głownie na terenie stanu -choć w z kolei mediach się chwalą, gdzie to po świecie nie jeździli kręcić itp:P), podobnie zresztą jak prywatne osoby. W końcu czy różne VIIPy płacą podatki w obcych państwach dlatego, że ich nie stać na nasze? Nie, dlatego, że wolą zapłacić mniej, a mogą:P) Jasne, parę ekip pewnie i tak przyjedzie, to efekt ‚świeżości miejsca’ (a wielu producentów/reżyserów specjalnie szuka czegoś, czego jeszcze ‚nie było’- i być może nie jest nawet świadomych,że tu taka sytuacja z tym VATem…), ale chodzi chyba o to, żeby wracali/przyciągali innych, a z tym w takich warunkach jest i będzie kłopot.
        Koszty pobytu ekipy w danym miejscu to inna sprawa, tu, owszem, od Europy zachodniej jesteśmy lepsi, tyle że np. w takiej Wlk.Brytani kręci się jednak na trochę innych zasadach: to nie są ‚egzotyczne plenery ‚do ładnych klipów, tylko miejsce, gdzie często rozgrywa się cała akcja filmu (żyją bohaterowie – NRI, notabene ów Mamutowy film, o którym pisze kolega niżej to tez ten casus: on tam gra właśnie niemieckiego NRI. inna sprawa, ze akurat Kerala ma nieporównywalnie małe budżety i związku z tym i kameralniejsze kino, gdzie choćby ‚wypaśne’ zagraniczne klipy to jednak rzadkość. Zresztą oni w ogóle klipów mają mniej w filmach) . Na to z oczywistych względów u nas tez nie możemy liczyć (skoro rynek NRi nie jest nawet taki, żeby opłacało się sprowadzić jakąś większą premierę choćby na pokazy specjalne).
        Znaczy, jak nic się nie zmieni, to owszem, rynek reklamowy będzie się rozwijał, ale filmy będą nadal rzadkością (a indyjscy filmowcy – podobnie jak zachodni- będą sobie raczej odwiedzać naszych południowych sąsiadów).

Pozostaw odpowiedź