Inne-news,Wywiady

Jedź dziś, bo jutro będzie za późno – Rozmowa Sergiusza Prokurata (CSPA) z podróżnikiem Jackiem Pałkiewiczem

Jacek PałkiewiczRozmowa Sergiusza Prokurata (CSPA) z podróżnikiem Jackiem Pałkiewiczem o ekstremalnych wyprawach, o tym, gdzie szukać unikalnych przygód w Azji, o zmianach, jakie dokonują się w Kambodży, Indonezji, Papui czy w Ameryce Południowej i wreszcie o przyszłości samego podróżowania.

Jacek Pałkiewicz to reporter i eksplorator. Pracował m.in. w kopalni złota w Ghanie, poszukiwał diamentów w Sierra Leone. W 1975 roku przepłynął samotnie Atlantyk na 5-metrowej łodzi ratunkowej. W 1996 roku naukowa ekspedycja, której przewodził, zlokalizowała i opisała źródło Amazonki. Autor kilkunastu książek podróżniczych (w tym Terra Incognita, Pasja życia).

Sergiusz Prokurat: W opowieściach często akcentuje się, że egzotyczne kraje istnieją gdzieś daleko, na końcu świata. Czy dla podróżnika istnieje w ogóle coś takiego jak mityczny „koniec świata?

Jacek Pałkiewicz: Nigdy nie widziałem „końca świata”. Gdyby on istniał, gdyby istniała jakaś meta czy zakończenie, gdybyśmy wiedzieli, że istnieje granica wyznaczająca, że od tego momentu świat się kończy, to byłby skrajny determinizm. Wiedzielibyśmy, że tam, za narożnikiem, „kończy się wyścig” i nie warto się już dalej ścigać. Skutek tego byłby taki, że brakowałoby nam entuzjazmu czy, zwyczajniej mówiąc, „parcia do przodu”. Na szczęście nie ma granicy, gdzie świat się kończy – nie ma końca świata. Świat jest wokół nas i musimy radzić sobie z jego trudnościami i przeciwnościami, choć poprzeczka w trudnych sytuacjach cały czas się podnosi. Przypomina to bicie rekordów w sporcie. Trzydzieści lat temu do głowy nikomu nie przychodziło, że wyniki mogą się aż tak poprawić. To wyzwanie także dla podróżników – dziś naprawdę trzeba się mocno napocić, aby zostać zauważonym.

Panu się to udało. Odwiedził Pan wiele ekstremalnych miejsc i odbył Pan wiele wypraw. Która była dla Pana najtrudniejsza?

Najtrudniejszym testem była dla mnie podróż łódką przez Atlantyk. Przez 44 dni walczyłem w czasie sztormu, żeby łódź się nie przewróciła. Dzisiaj brzmi to dziwnie, bo wydaje się to rzeczą absolutnie nierealną. Było to w latach 70., kiedy nie było GPSów, elektroniki, telefonów komórkowych, tabletów. Trzeba było radzić sobie samemu. Patrząc z perspektywy podróżnika, to jest to jednak największe moje osiągniecie i choć odległe z punktu widzenia czasu, który upłynął. Tak naprawdę ta wyprawa dodała mi skrzydeł i tak się zaczęła moja przygoda z podróżowaniem. „Pokonałem siebie” i dało mi to taki szósty bieg w moim życiu. O co chodzi? Porównując życie ludzi do samochodów, zwykłe samochody mają pięć biegów i większość ludzi też ma pięć. Zdarzają się jednak sytuacje, które wyzwalają w jednostkach ambicję, siłę woli, możliwości, dzięki czemu nieliczni wiedzą, czego chcą od życia. Świadomość tego „szóstego biegu” sprawia, że możemy poczuć się pewniej, silniej i mocniej niż ci ludzie, którzy operują na pięciu biegach. Do tego potrzebne są ekstremalne przeżycia lub silne doświadczenie. Jeżeli ktoś tego nie zaznał, to nigdy nie uwierzy, że stać go na przeskoczenie progu, nieważne jak gigantyczny on jest. Popatrzą na przeszkodę, pomyślą, że to nie dla nich, że nie dadzą rady i na tym się kończy. Wyprawa przez Atlantyk był początkiem mojej drogi podróżnika i dzięki niej uwierzyłem, że żadna siła mnie nie złamie. A nie było łatwo. Dziesiątki razy w czasie sztormu na oceanie przychodziły mi do głowy myśli, że na pewno nie dam rady – krzyczałem do Boga o pomoc. Prowadziłem wewnętrzną wojnę ze sobą, w której tysiąc razy byłem bliski tego, że chciałem powiedzieć „poddaję się”. A poddanie się w tym przypadku to moim zdaniem było pół kroku do tego, żeby już nigdy nie wrócić do domu…

Mówi Pan tutaj o interesującej kwestii. Zdecydowanie w ekstremalnych sytuacjach nie wolno panikować i trzeba umieć się zachować. Pomaga w tym znajomość lokalnych realiów, niezależnie od tego, czy podróżujemy przez Amerykę Południową czy Azję. Swoją drogą, Pan jest zakochany chyba bardziej w Ameryce Południowej? 

Nie wiem, czy bardziej. Mam pewnego rodzaju rozdwojenie jaźni. Jak jestem w jednym miejscu, to już chcę pojechać do drugiego. Nosi mnie strasznie. Dla mnie Południowo-Wschodnia Azja i Ameryka Południowa są mniej więcej na tym samym poziomie, jeżeli chodzi o klimat podróżowania. Jak odwiedzam Amerykę Południową, to muszą najpierw ochłonąć i przypomnieć sobie, że w tym miejscu świat funkcjonuje inaczej niż w Europie. Urodziłem się w Niemczech i przywykłem do pruskiej dyscypliny, w której piąta godzina to 5:00, a nie 5:30, albo 5:00 następnego dnia (jak w przypadku Ameryki Południowej). Te pierwsze chwile, jak ląduję w Ameryce Południowej, spędzam na tym, aby przywyknąć do tego słynnego „manana”, antyreżimu występującego po drugiej stronie oceanu. Za to drugiego dnia czuje się już wspaniale, bo jestem zachwycony tą otwartością ludzi, luzem i swobodą. Dzieje się tak na przykład, gdy w Argentynie słyszę „poznajcie się, to moja koleżanka” i od razu otrzymuję całus w policzek – wtedy wiem, że od tego społeczeństwa bije niezwykłe ciepło, takie bardzo przyjemne, które pozwala zapomnieć o stresie. No jasne, że stresu na pewno nie ma też w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie jest i filozofia swobodnego życia i ciepło międzyludzkie.

Gdzie należy zapuszczać się w Azji, aby znaleźć niedotkniętego globalizacją „Innego”?

Takich miejsc nie jest już wiele. Birma, Laos – tam można jeszcze dotknąć atmosfery czasu przeszłego. Także Indonezja, Zachodnia Papua oraz oczywiście Amazonia. Trzy lata temu w dżungli amazońskiej sfotografowano nieznane plemię, które strzelało z łuków do przybyszów. Ja dwa razy w roku podążam tam śladami takich plemion, które z roku na rok wycofują się coraz głębiej w dżunglę i do których, to paradoks, coraz trudniej jest dotrzeć. Tylko ja mówię o tych ostatnich plemionach niedotkniętych globalizacją. Może tych ludzi jest 500, może 1,5 tys.? Niewiele. W Papui Zachodniej są to na przykład Korowaje. Trzy lata temu byłem u Korowajów i żyję takim niedosytem, bo gdy wracając, w Dżakarcie spotkałem misjonarzy, którym jak pokazałem palcem na mapie satelitarnej gdzie byłem, to usłyszałem, że gdybym jeszcze z dwa dni poszedł dalej w głąb interioru, to bym spotkał Korowajów, którzy jeszcze nie widzieli białego człowieka. To było trzy lata temu. Teraz przygotowuję się do następnej podróży i w październiku planuję wyruszyć. Tylko to już nie będą dwa dni głębiej w dżunglę, tylko cztery dni – cztery dni w jedną i cztery w drugą stronę. Razem wychodzi osiem dni więcej w warunkach najbardziej ekstremalnych, w bagnie po pas, gdzie robactwo ze wszystkich stron zżera człowieka. Dlatego mam nadzieję, że tam dotrę, bo ci Korowaje mają mało kontaktu z białym człowiekiem. Kilkanaście lat temu świat się dopiero o nich dowiedział. W ciągu roku 35 takich Korowajów kontaktuje się z białym człowiekiem. I to są ci, którzy na początku pomyśleli, że biały człowiek to „fajny facet”, bo dał t-shirt albo koszulę, więc w nocy nie będzie zimno. Już przy ognisku nie trzeba siedzieć, jest nóż, zapałki , radio. Tak się kupuje ludzi. Oni weszli do naszej cywilizacji jedną nogą, drugą zostali u siebie i tak stoją w rozkroku, nieszczęśliwi, bo w naszym kręgu cywilizacyjnym nikt się z nimi nie liczy. W „ich świecie” natomiast słyszą: „Zostawiasz nas?” i taki zagubiony Korowaj nie wie, co dalej ze sobą zrobić. Dlatego podkreślam, że to nieszczęście tych ludzi, ale czego byśmy nie robili, takie procesy, o których mówię, są nie do uniknięcia. Ci ludzie już w ciągu dwóch kolejnych pokoleń utracą swoją prymitywność i zostaną popsuci przez naszą kulturę.

Wcale mnie nie zdziwiło, że nie wspomniał Pan o Kambodży, która jak widziałem powoli staje się niskokosztową komercyjną mekką dla backpackerów.

Pan inaczej patrzy na Angkor niż ja. W Laosie spotkałem pewną panią z plecakiem, która opowiadała mi, że była w Angkorze. I zachwycała się, mówiąc, że to takie niesamowite doświadczenie. Pan mówi o restauracjach, ogrodzeniach Angkoru, dróżkach, ale jak tam ostatni raz byłem 10 lat temu, to tego wszystkiego nie było. Chodziłem na prawo i lewo. I była ta specyficzna atmosfera. A dzisiaj jak tam podróżnik jedzie, to wszystko odrestaurowane, odnowione – to nie ma nic wspólnego z tym Angkorem, w którym ja byłem. Zawsze mówię, że jak chcesz jechać, to jedź dzisiaj, bo jutro może być za późno.

Biorąc pod uwagę zmiany gospodarczo-społeczne Azja w ostatnich latach zmienia się szybciej niż Ameryka Połduniowa. Na przykład indonezyjskie Borneo (Kalimantan) zmienia się bardzo szybko…. 

To Borneo, które ja widziałam po raz pierwszy, to na pewno się zmieniło od tego czasu – z różnych przyczyn. Był tam ogromny pożar, potem doszedł problem wycinki drzew. W ten sposób tracimy bogactwo naturalne, którą jest dżungla. Nie mówiąc o świecie żyjącym wewnątrz niej, zwierzętach i o tych ostatnich prymitywnych plemionach, które chowają się coraz głębiej w interior przed białym człowiekiem, który dla nich oznacza zwykle tragedie i nieszczęścia.

To prawda. Wygląda na to, że w Indonezji nie będzie już niedługo rdzennych mieszkańców Borneo (Kalimantanu), Dajaków?

Trzy lata temu widziałem ich sporadycznie: mała osada, niektórzy nago albo z opaską, ale młodzież już nosiła dżinsy, t-shirty.

Czy nie sądzi Pan, ze żył Pan w ciekawych czasach? Za 50 lat swojej pasji nie mógłby pan realizować w takim zakresie. 

Już nawet za 10-15 lat. Uważam, że jeszcze zdążyłem, ostatnim rzutem na taśmie…

Czy to znaczy, że zawód eksploratora/odkrywcy odejdzie w niepamięć? 

Prawdopodobnie eksplorator będzie szukał czegoś innego i gdzie indziej. Może pójdzie w głębiny oceanu, w kosmos, tam jest tyle tematów – tak samo jest przecież z nauką – gdy naukowcy odkryją jedno zagadnienie, to prowadzi ono do dziesiątki innych. Funkcja eksploratora pozostanie, ale nie w formie tego średniowiecznego czy wiktoriańskiego eksploratora, niezależnie jak go nazwiemy, ale nowoczesnego, XXI-wiecznego. Oczywiście te odkrycia nie będą może wstrząsające i robiące duże wrażenie, ale… weźmy na przykład źródło Amazonki, które zostało odnalezione 17 lat temu. I pomyśleć, że chodzi tu o największą rzekę świata, a przecież satelity są dziś w stanie przeczesać każdy metr kwadratowy na Ziemi.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Jedź dziś, bo jutro będzie za późno – Rozmowa Sergiusza Prokurata (CSPA) z podróżnikiem Jackiem Pałkiewiczem Reviewed by on 25 maja 2013 .

Rozmowa Sergiusza Prokurata (CSPA) z podróżnikiem Jackiem Pałkiewiczem o ekstremalnych wyprawach, o tym, gdzie szukać unikalnych przygód w Azji, o zmianach, jakie dokonują się w Kambodży, Indonezji, Papui czy w Ameryce Południowej i wreszcie o przyszłości samego podróżowania. Jacek Pałkiewicz to reporter i eksplorator. Pracował m.in. w kopalni złota w Ghanie, poszukiwał diamentów w Sierra

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź