Japonia news,Publicystyka,Wywiady

Japończycy dadzą radę – rozmowa z dr Robertem Bajkiem

Tsunami catastropheRadosław Pyffel: Przez wiele lat mieszkał Pan w Japonii, gdzie na Uniwersytecie w Kyoto zajmował się Pan katastrofami naturalnymi. Jak patrzy Pan na to, co wydarzyło się w ostatnim tygodniu w Japonii?

Robert Bajek*: Tak jak wszyscy chciałbym, żeby już się skończyło i żeby jak najszybciej przywrócony został stan z przed wydarzeń. Ale patrzę także optymistycznie. W końcu, Japonię nawiedziła duża ilość trzęsień ziemi i tsunami, także w tym regionie było już kilka tsunami, a mimo to nie przeszkodziło to Japończykom zbudować jednego z najnowocześniejszych krajów na naszej planecie. Jestem pewien, że tym razem także wyjdą z tego jeszcze mocniejsi.

W wywiadzie którego udzielił Pan na gorąco w Internecie, stwierdził Pan, że nikt inny, tylko Japończycy mogą być przygotowani na taką katastrofę. Czy wydarzenia kolejnych dni potwierdziły tę tezę?

Na szczęście w dużym stopniu miałem rację twierdząc, że sprawnie poradzą sobie z tą katastrofą w sensie przygotowania ludności do ewakuacji. Nie oznacza to, że są doskonale przygotowani, aby rozbić falę tsunami ciosami karate i ponieść zero strat. Straty są nieodłącznym elementem katastrof, inaczej nie nazywalibyśmy ich katastrofami. Dzięki dobremu systemowi ostrzegania liczbę ofiar liczymy w tysiącach, nie w setkach tysięcy – jak słusznie zauważył Jacek Wan, korespondent japońskiej telewizji NNN.

Drugiego dnia po trzęsieniu i tsunami ogłoszono, że 310 tysięcy ludzi jest w schronach ewakuacyjnych, którą to rolę pełnią budynki szkół itp. Niektórym jest zimno bo jest problem z dostarczeniem prądu. Są problemy z wodą, ale żyją, ponieważ zrobili to czego byli uczeni. Po ostrzeżeniu o tsunami, które zostało nadane kilka minut po wstrząsie udali się do wysoko położonych lokalizacji, na dachy wysokich budynków, o których wiedzieli, że się prawdopodobnie nie zawalą i do których ewakuację ćwiczyli setki razy wcześniej.

Jak Japończycy byli przygotowani do tej katastrofy ?

Po pierwsze ćwiczenia. Kiedy w 2004 roku byłem na miejscu trzęsienia ziemi w Niigata, zobaczyłem miasto tekturowych domków, które postawiono w krótkim czasie z przeznaczeniem dla rodzin, które musiały się ewakuować. Domków zaopatrzonych w prąd, zbiorniki z wodą itp. zaskoczyło mnie to że połowa była pusta, ponieważ większość ofiar przeniosła się do rodzin i krewnych. Ok. ¼ była faktycznie zamieszkana a reszta pełniła funkcję magazynów na ocalałe rzeczy, przedmioty wyniesione z zawalonych domów. Chciało mi się wtedy śmiać, była to dla mnie sytuacja nielogiczna i reakcja nieadekwatna do skali zdarzenia. Dziś wiem, że było to kolejne ćwiczenie i nie było w tym nic niepoważnego. Oni nie znali jeszcze konsekwencji i skali zniszczeń jakie przyniosło tamto trzęsienie, więc zareagowali na 100% – tak jak zwykle.

Po drugie społeczności lokalne, współpracujące z państwem. Japończycy funkcjonują w ramach lokalnych organizacji mieszkańców nazywanych chonaikai. Przy chonaikai, w większości przypadków działa jishubosaisoshiki, czyli w wolnym tłumaczeniu „autonomiczna organizacja na rzecz przeciwdziałania katastrofom naturalnym”. Są to subsydiowane przez rząd organizacje mieszkańców, zajmujące się krzewieniem wiedzy o tym jak sobie poradzić w sytuacji katastrofy. Na spotkaniach dowie się Pan, że w domu powinien być „disaster kit” czyli skrzynkę z najpotrzebniejszymi rzeczami typu latarka, woda, jedzenie, radio, baterie, koc itp. Przećwiczycie ze swoimi sąsiadami ewakuację do najbliższego miejsca schronu. Zrobicie razem mapę okolicy, aby dowiedzieć się gdzie jest zbyt stromo, gdzie są niebezpieczne konstrukcje, które mogą się zawalić i zablokować drogę ewakuacji. Gdzie są hydranty z wodą, a gdzie instalacje gazowe, które mogą wybuchnąć. Zrobicie to z sąsiadami razem w niedzielę, grupowo. Będziecie wiedzieli, które domy zamieszkiwane są przez starsze osoby, które mogą mieć problem z ewakuacją i które mogą oczekiwać pomocy. Większość tragicznych ofiar trzęsień znajdują właśnie sąsiedzi, rzadziej „rescue teams”.

Prowadzone są także kampanie społeczne i szkolenia na rzecz przybijania mebli do ścian i podłóg. W 1995 roku w Kobe wiele ofiar trzęsienia umarła w skutek bycia przywalonymi przez meble i ciężkie przedmioty. Wbrew pozorom, to nie takie proste do wprowadzenia w kraju gdzie przestrzeń w małych mieszkaniach zmienia swój charakter i funkcję w zależności od pory dnia. Nawet małe dzieci w szkołach uczą się jak postępować w czasie katastrofy, a potem po powrocie do domu opowiadają o tym swoim rodzicom.

Ten model chyba nie do zastosowania w Polsce, w społeczeństwie indywidualistycznym. W Stanach też to chyba działa inaczej?

Ten model jest do zastosowania wszędzie, gdzie ludzie umierają pod meblami tak jak np. miało to miejsce w 1994 roku podczas trzęsienia ziemi Northrige w Los Angeles w Stanach Zjednoczonych. Śmierć i obrażenia to ponadkulturowe zjawiska.
Każdy rozwinięty kraj, który posiada politykę dotyczącą katastrof naturalnych powinien być przygotowany. Antypody, USA – choć ci drudzy nienajlepiej wypadli podczas huraganu Katrina który kolejny raz położył Nowy Orlean – ale to ponoć spowodowane było przeniesieniem funduszy z FEMA (Federal Emergency Management Agency), na walkę z tzw. „terrorystami”. Holendrzy i Niemcy mają duże doświadczenie w radzeniu sobie z powodziami, ale to już zupełnie inna historia.

Na czym opiera się ten system ?

Na zaufaniu do instytucji państwowych, na konsekwencji, zaangażowaniu , pieniądzach i kulturze współdziałania. Tego, że system istnieje, jest wdrożony, że państwo cieszy się zaufaniem obywateli i jest traktowane prze nich, jak „starszy brat”, a brat przecież nie jest zagrożeniem i ma wiele wspólnych interesów z młodszym. Taka jest chyba specyfika sposobu postrzegania roli instytucji państwowych w krajach azjatyckich w tym Japonii.

Zgadza się, w Chinach jest podobnie. Obserwuję reakcje jakie za Wielkim Murem wywołała katastrofa w Japonii. Z jednej strony rząd i część opinii publicznej domaga się od Japończyków wyjaśnień i oskarża o ukrywanie informacji o ewentualnym skażeniu radioaktywnym. Mimo trudnej historii i doznanych w przeszłości krzywd, które akcentuje chińska edukacja historyczna, wielu Chińczyków jednak zwykle po ludzku współczuje Japończykom. To co jednak mnie zaskoczyło najbardziej, to fakt iż wielu ludzi w Chinach, podziwia japoński system. Porównują to z trzęsieniem ziemi w Syczuanie i mówią: Japończycy są dobrze zorganizowani, rząd jest skuteczny i dba o swoich obywateli, współdziałają wspaniale, mają doskonały sprzęt. Zazdrościmy im, u nas tak nie było…

Tak, to jest Azja, nie Francja-elegancja. W miejscu gdzie studiowałem w Japonii w grupie studentów prowadzonych przez naszego sensei – profesora, japońscy i nie tylko studenci nie mieli lekko. Musieli często zarywać noce i pracować dla sensei bardzo ciężko, wiem, że nie byli tym zachwyceni, mimo iż starali się tego nie okazywać. Zwłaszcza, że płacili za studia i to słono, ponieważ nauka na japońskich uniwersytetach publicznych jest płatna. Tylko, że po skończeniu studiów każdy z nich dostał pracę, ponieważ to z kolei należało do obowiązków naszego sensei. Tak, że system działa w obie strony, poświęcenie i posłuszeństwo, choć nie zawsze lubiane, procentuje i nie idzie w pustkę. Państwo jest takim sensei. Kiedy żąda określonych zachowań swoich podwładnych to je dostaje, jednak nigdy nie opuszcza swoich obywateli i robi wszystko, żeby wywiązać się ze swojego obowiązku. Sytuacja katastrofy to potwierdziła.

Jeśli Japonia ma tak wszystko wyliczone i opracowane to dlaczego ten wstrząs zaskoczył Japończyków?

Naturalne katastrofy zawsze są zaskoczeniem. Jest tak z definicji. Wyliczyli na pewno wszystko co mogli. W Japonii oczekiwano wielkiego trzęsienia ziemi mającego nastąpić w ciągu pierwszych około 50 lat 21 wieku z największym prawdopodobieństwem mającego się zdarzyć w regionach Tokai/Nankai, czyli trochę na południe w stosunku do rzeczywistego wydarzenia. Tak wynikało z historycznych cyklów. Trzęsienie miało miejsce w regionach wysuniętych na północ, a fala była rekordowo wysoka! W tym sensie są zaskoczeni, ale jak mówiłem zaskoczenie jest wkalkulowane w katastrofę.

W jaki sposób doświadczenia tego trzęsienia ziemi i tsunami mogą zmienić japoński system walki z katastrofami?

Nikt jeszcze tego nie wie, ponieważ nie znamy jeszcze wszystkich szczegółów. Na pewno jest to kolejny test, najpoważniejszy w historii tego kraju. Jak zwykle wyciągnięte zostaną wnioski o tym, co nie zadziałało ta jak powinno i opracowane zostaną rozwiązania mające na celu usprawnienie tych sytuacji. Jak po trzęsieniu w Kobe w roku 1995, kiedy mieliśmy do czynienia z problemami związanymi z nakładaniem się kompetencji instytucji różnego szczebla i nie wiadomo było do końca, kto jest za co odpowiedzialny. Według tego co wiemy teraz, nic nie wskazuje, żeby Japończycy uznali że ten system jest nieskuteczny i postanowili rozpocząć jakąś rewolucję.

Uważa Pan że system japoński się sprawdza?

Działa. Tsunami o takiej wysokości było wielkim zaskoczeniem, na szczęście miasta na wybrzeżu mają zbudowane specjalne konstrukcje, które mają za zadanie rozbić, rozproszyć ewentualną falę. Niektóre, mają specjalne „ściany” mające za zadanie obronić infrastrukturę przed falą. Choć ta była wysoka, skutki były by większe niż gdyby tych zabezpieczeń nie było.

Jak wypadamy na tle Japonii, kiedy porównałby Pan polską akcję przeciwpowodziową z zeszłego roku?

Bardzo trudno porównać dwa zupełnie różne państwa, kultury i dwie kompletnie inne katastrofy. Są wyniki badań, które mówią, że na „przygotowanie” do katastrofy wpływają trzy rodzaje zmiennych. Pierwszy to zmienne, indywidualne, czyli osobista zdolność jednostki do radzenia sobie w nieprzewidywalnych sytuacjach. Drugi to jakość relacji z sąsiadami i lokalnymi organizacjami. Trzeci to zaufanie do instytucji państwowych i sprawność tych drugich w definiowaniu i odpowiadaniu na problemy i kwestie adresowane przez społeczności lokalne.

Moim zdaniem w Polsce nie myślimy o zarządzaniu ryzykiem, tylko o zarządzaniu kryzysowym, czyli o sekwencji działań, które należy wykonać w momencie, kiedy już coś się wydarzy! Pomija się sferę przygotowania na wypadek wydarzenia. W planach zagospodarowania przestrzennego nie uwzględnia się ryzyka związanego z powodzią, jest niska świadomość zagrożenia. Na powódź po raz kolejny zrzuciliśmy się wszyscy. Czy osoba której zaleje dom i która dostanie pieniądze od państwa lub nawet niskooprocentowany kredyt na jego odbudowę w przyszłości będzie skłonna do wzięcia osobistej odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo? Nie, zostanie tam gdzie jest oczekując, że jak woda zaleje jej dom to państwo znów pomoże.
Nie mówię, że Państwo powinno w ogóle nie przejmować się skutkami powodzi, mówię, że zakres jego interwencji w takich przypadkach powinien zostać określony w debacie publicznej i zastosowany w polityce zarządzania ryzykiem.

Dlaczego Japończycy odmawiali pomocy z zewnątrz?

Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że pomoc zaoferowali Chińczycy z którymi od lat są w politycznym konflikcie. Może bali się chaosu organizacyjnego, jaki mógłby mieć miejsce, gdyby nagle pojawiło się wiele organizacji z różnych krajów.
Na pewno są pełni dumy i przeświadczenia, że to oni a nie, kto inny najlepiej wie, co robić w takiej sytuacji. Japończycy, postrzegają się, i mają ku temu podstawy, jako naród który najlepiej na świecie radzi sobie z zarządzaniem ryzykiem katastrof naturalnych i wyznacza trendy w tej dziedzinie. Jako kraj który oferuje pomoc, a nie jej oczekuje.

Co Pana zdaniem wydarzy się w Japonii w nadchodzących tygodniach? Jaka będzie reakcja Japończyków na tę katastrofę?

Nie oczekuję niczego specjalnego. Po wielu latach będą jeszcze lepiej przygotowani bogatsi o nowe doświadczenie. Czyli dokładnie tak, jak do tej pory. W tej branży liczy się pokora i konsekwencja w działaniu. Radzenie sobie z katastrofami to część kultury tego kraju. Odbudują swoje zmiecione z powierzchni ziemi miasta i zaczną w nich żyć tak jak przedtem do następnego razu. Tam są miasta w prefekturze Miyagi które nie pierwszy raz zostały zmiecione z powierzchni ziemi w ciągu ostatnich 150 lat. Wyobraża Pan sobie, że raz na kilkadziesiąt lat Gdańsk, czy Kołobrzeg przestaje istnieć i trzeba je odbudować?


Rozmowa została przeprowadzona 18 marca 2011 r.


*dr Robert Bajek – absolwent Instytutu Socjologii UW, stypendysta Graduate School of Engineering, Department of Urban Management Kyoto University (gdzie uzyskał tytuł doktora). W czasie studiów doktorskich był jednocześnie członkiem Disaster Prevention Research Institute, Kyoto University. Obecnie pracownik jednej z agencji badań społecznych i rynkowych i współpracownik Centrum Studiów Polska-Azja.

Udostępnij:
  • 12
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    12
    Udostępnienia
Japończycy dadzą radę – rozmowa z dr Robertem Bajkiem Reviewed by on 8 kwietnia 2011 .

Radosław Pyffel: Przez wiele lat mieszkał Pan w Japonii, gdzie na Uniwersytecie w Kyoto zajmował się Pan katastrofami naturalnymi. Jak patrzy Pan na to, co wydarzyło się w ostatnim tygodniu w Japonii? Robert Bajek*: Tak jak wszyscy chciałbym, żeby już się skończyło i żeby jak najszybciej przywrócony został stan z przed wydarzeń. Ale patrzę także

Udostępnij:
  • 12
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    12
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 7

  • „(…) Polakowi nie chce się nawet posprzątać po psie ani nadłożyć parę metrów do kosza na śmieci – wystarczy przejść się po osiedlach i zagajnikach: wszędzie stare gazety, opakowania, podarte reklamówki, rozbite butelki, psie łajno – brud jak w Trzecim Świecie(…)” – ot caly Zyggi…Za pozwoleniem: czy trzeci swiat , ma Pan na mysli np.Namgladeszcz? Bo jak raz bylem tam raz z wycieczka i omalnasnie zasypaly sterty smieci – mowiac w przenosni. Czy do takich krajow porownuje Pan Polske? Czy moze do Somalii albo Afganistanu?
    I mimo, iz Zyggi dostal rzeczowa odpowiedz od p. Adama, czlowieka kompetentnego i mieszkajacego w Chinach, z uporem maniaka obstaje przy swoim. Polska do bani,Polacy dobani; Azjaci cudowni i swietnmie zorganizowani.
    Odpowiem na Panskie pytanie: gdyby Polakom zaoferowano po 5 tys.dolarow, zglosilaby sie armia ochotnikow i pracowalaby nie gorzej od Japonczykow. A wiec tak,wyobrazam sobie, nie tylko Polakow ale kazdy narod europejski pracujacy solidnie nad usuwaniem skutkow kataklizmu – nie tylko za pieniadze, ale po prostu z patriotycznej potrzeby chwili.
    A co do smieci i psich odchodow, to radze odwiedzic Tajlandie, Kambodze, Laos a nawet Malezje, to Pan wtedy zmieni zdanie nt. brudu w Polsce. Najnowszy „Bangkok Tourist Guide”, wydany przez Tourism Authority of Thailand (Bangkok, 2010) informuje, ze tylko w Bangkoku doliczonosie ok. 150 tys. bezdomnych psow. Powstaja juz organizacje na rzecz ochrony zwierzat , ktore monitoruja te sytuacje. Moze wiec sobie Pan wyobrazic ile jest w Bangkoku psich odchodow ? I to wszedzie, nawet wokolPalacu Krolewskiego. Ze o smieciach i brudzie – nawet w nowoczesnej dzielnicy Silom – nie wspomne.
    Konkluzja jest jednoznaczna: dopoki p. Zyggi na wlasnej skorze nie doswiadczy „azjatyckiego wszechszczescia” dopoty bedzie wypisywal komentarze dalece odbiegajace od prawdy.

    • Panie Snake, za dużo Pan przyjmuje dosłownie. Poza tym chcę Panu przypomnieć, że Polska leży w Europie Centralnej i tu w kwestii czystości obowiązują inne standardy niż w krajach Azji Pd.-Wsch. (z wyjątkiem Singapuru). Tyle tylko, że mnóstwo Polaków nic sobie z tego nie robi, i po staremu brudzi ile wlezie. Może nie w centrach turystycznych, ale na peryferiach – tak! Patriotyzm jakoś nie podpowiada im, by nie zaśmiecać własnego kraju. Radzę przyjechać do Polski, to się Pan przekona. W ub.r. dworzec w Krakowie, gdy dojeżdżałem do niego od strony Kielc, przypominał pobojowisko: sterty śmieci, plastikowe butelki etc. Na samym dworcu odór moczu wyczuwalny półtorej kondygnacji powyżej WC. Prowincjonalne dworce na trasie ze Śląska na Pomorze to niemal bez wyjątku obraz nędzy i rozpaczy. Powie mi Pan, że wszędzie jest nie lepiej niż w Polsce? Z autopsji wiem, że nie jest.
      Cyt. „Odpowiem na Panskie pytanie: gdyby Polakom zaoferowano po 5 tys.dolarow, zglosilaby sie armia ochotnikow i pracowalaby nie gorzej od Japonczykow. A wiec tak,wyobrazam sobie, nie tylko Polakow ale kazdy narod europejski pracujacy solidnie nad usuwaniem skutkow kataklizmu – nie tylko za pieniadze, ale po prostu z patriotycznej potrzeby chwili.”
      No więc zdecyduj się Pan: pracowaliby za 5 tys. USD czy z patriotyzmu, bo nie wiem? Poza tym przypuszczam, że 5 tys. USD przemawia trochę inaczej do wyobraźni w Polsce niż w Japonii?
      A w ogóle to gdzie byli ci patrioci w czasie zeszłorocznej powodzi? A gdzie byli zanim do niej doszło? Ustawiali wały przeciwpowodziowe zawczasu jak Niemcy? Coś nietęgo im to szło przez 13 lat po powodzi stulecia w 1997, no nie? Tu kłania się „polnische Wirtschaft” – zwrot ukuty przez naród, który naszych rodaków zna bardzo dobrze…

    • Panie Snake.
      Nie byłem nigdy w Azji, ale mogę przypuszczać jak wygląda sytuacja – tak jak Pan pisze. Byłem natomiast w większości krajów europejskich i mam porównanie, w którym Polska wypada dość blado. Zdaję sobie sprawę, z tego że w Chinach czy Indiach jest gorzej, ale to nas nie usprawiedliwia. Faktem jest, że w Polsce mało kto szanuje przestrzeń publiczną – jest tak jak pisze p. Zyggi – walają się papierki, psie łajno, butelki, całą tablicę Mendelejewa można odnaleźć w publicznym, czyli przecież wspólnym trawniku. Intrygujące jest to, że miasto dba o przestrzeń – inwestuje w nowe chodniki, zatrudnia firmy sprzątające, a ludzie i tak to mają gdzieś i robią swoje przez dwadzieścia lat.

  • W Japonii i w ogóle w krajach, gdzie władze (zwłaszcza samorządowe) i obywatele poczuwają się do odpowiedzialności za wspólne dobro, działa to rzeczywiście inaczej. Zgadzam się z Panem Bajkiem, że trudno porównywać akcję po powodzi w Polsce i obecną akcję po tsunami w Japonii. To dwie zupełnie różne sytuacje, a przede wszystkim dwa skrajnie różne społeczeństwa. Czy wyobrażacie sobie w Polsce skompletowanie 6 ekip po 50 ludzi pracujących nad usuwaniem skutków awarii takiej jak ta w elektrowni Fukushima I? Przecież przeciętnemu Polakowi nie chce się nawet posprzątać po psie ani nadłożyć parę metrów do kosza na śmieci – wystarczy przejść się po osiedlach i zagajnikach: wszędzie stare gazety, opakowania, podarte reklamówki, rozbite butelki, psie łajno – brud jak w Trzecim Świecie. Cóż więc mówić o narażaniu życia dla wspólnego dobra?…

    • Zyggi w Japonii też dochodzi do nieprawidłowości ( z tego co czytałem na chińskich forach ) to sytuacja wygląda mniej więcej tak:
      – W tej elektrowni od dawien dawna dochodziło do fałszowania danych
      – firma TEPCO nie chciała mieć problemów finansowych więc przedłużali użytkowanie tej elektrowni ( wiadomo po zamknięciu projektu ponosisz pewne koszta )
      – Rząd Japonii kiedy chciał dostępu do informacji .. dostali negatywną odpowiedź
      – Kiedy zostało wysłane wojsko po krótkim czasie firma TEPCO zażądała wycofania wojska
      – każdy pracujący ochotnik otrzymuje po 5000 usd .. dlatego znaleźli się chętni
      – na samym początku popełniono błędy w akcji ustabilizowania sytuacji w elektrowni .. firma za wszelką cenę chciała mieć możliwość kontynuowania wykorzystywania jej w przyszłości
      – wszystkie informacje o poprzednich wypadkach w tej elektrowni były zamiatane pod dywan … ( dopiero teraz to wychodzi na jaw kiedy pracownicy zaczynają mówić jak wyglądała sytuacja przed 11.03.2011

      i wiele wiele więcej …. więc skończmy z mówieniem, że oni poradzili sobie lepiej … bo nie poradzili sobie … ( nie mówię o zniszczeniach ) tylko o samej sytuacji w elektrowni !!!

      Co do skompletowania ludzi .. tak wyobrażam sobie bo na śląsku jeszcze za PRLu dochodziło do tragicznych wydarzeń na kopalniach … i ratowano górników narażając własne życie .. widać Polak też potrafi ….. kiedy Polscy górnicy są ratowani tutaj w Chinach spisuje się ich na straty … ( a coś o tym wiem ) … wypłaca się $ rodzinom i na tym koniec !!

      • Avatar Zyggi

        Adam, mi nie chodzi o decyzje na szczeblu korporacyjnym (TEPCO, chińskie kopalnie), bo w tej dziedzinie wszędzie dochodzi do nadużyć, Azjaci nie są tu chyba lepsi ani gorsi od innych. Chodzi mi natomiast o postawy społeczne. Dodam jeszcze kwestie prewencji. Nie wiem, który kraj jest bardziej na co narażony: Japonia na silne trzęsienia ziemi czy Polska na powodzie. Wiem tylko, że Japończycy coś na co dzień robią, informują w szkołach i zakładach pracy, ćwiczą, robią próbne alarmy. Natomiast u nas? W 1997 r. powódź dotknęła Polskę, Czechy i Niemcy. Do 2010 r. Niemcy zdążyli coś zrobić, Czesi też, a my? We Wrocławiu tam, gdzie w 1997 stała woda, potem… pobudowano bloki mieszkalne – na terenach, gdzie przed 1939, w czasach gdy Wrocław nazywał się Breslau, nie wolno było stawiać niczego. Były to tereny zalewowe, gdzie wolno było najwyżej wypasać krowy. Ale do tego trzeba było mieć niemiecki pomyślunek. Tymczasem u nas – „eee, jakoś to byndzie”…
        Co do chińskich kopalń, skoro nikt nikogo nie ratuje, to jakim cudem wydobywają rannych? Poza tym jak to wygląda w kopalniach państwowych a jak w prywatnych? Z drugiej strony dobrze, że tam coś wypłacają rodzinom. U nas rodziny topielców z Heweliusza ponad 11 lat procesowały się o odszkodowania, dopiero odwołanie do Strasburga dało efekt w postaci 4600 euro za straty moralne. A rodziny ofiar zawalenia hali w Katowicach (powód – ewidentne niedbalstwo) do dziś walczą o swoje. O swoje nie musiały walczyć tylko rodziny tych, co zginęli w Smoleńsku – 250.000 zł na „łebka”.

  • Warto zapamiętać tę cześć wywiadu, którą uważam za najważniejszą: „Moim zdaniem w Polsce nie myślimy o zarządzaniu ryzykiem, tylko o zarządzaniu kryzysowym, czyli o sekwencji działań, które należy wykonać w momencie, kiedy już coś się wydarzy! Pomija się sferę przygotowania na wypadek wydarzenia. W planach zagospodarowania przestrzennego nie uwzględnia się ryzyka związanego z powodzią, jest niska świadomość zagrożenia. Na powódź po raz kolejny zrzuciliśmy się wszyscy. Czy osoba której zaleje dom i która dostanie pieniądze od państwa lub nawet niskooprocentowany kredyt na jego odbudowę w przyszłości będzie skłonna do wzięcia osobistej odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo? Nie, zostanie tam gdzie jest oczekując, że jak woda zaleje jej dom to państwo znów pomoże”.

    Natomiast nie jestem przekonany do następującej części: „Państwo jest takim sensei. Kiedy żąda określonych zachowań swoich podwładnych to je dostaje, jednak nigdy nie opuszcza swoich obywateli i robi wszystko, żeby wywiązać się ze swojego obowiązku. Sytuacja katastrofy to potwierdziła”. W teorii tak to oczywiście wygląda, jednak praktyka w odniesieniu do elektrowni jądrowej Fukushima Daiichi pokazała zupełnie coś innego. Państwo japońskie było bezradne i jednocześnie ignorowało prośby o pomoc ze strony władz samorządowych. Poza tym byłbym bardziej ostrożny pisząc o zaufaniu do instytucji państwowych.

Pozostaw odpowiedź