Artykuły

J.M. Urbański: Dotyk grzechu, dotyk realności – esej o filmie Jia Zhangke

Chiny są nadal nieopowiedzianym światem. I jest tak mimo setek opasłych tomów szczegółowo opisujących tamtejsze warunki życia i zawirowania polityczne, mimo milionów dolarów wydanych przez chiński rząd na promocję za granicami. Szczególną rolę w przybliżaniu zagranicznej publiczności ludzkich losów zza Wielkiego Muru odgrywać powinna kinematografia, tak dobrze przecież wykorzystana przez USA jako narzędzie kulturowej dominacji. Chińscy reżyserzy wolą jednak bezpieczne tematy: kunsztowne obrazy historyczne („Hero”) lub szmirowate widowiska, dziejące się w wymyślonym świecie bogaczy („Tiny times”). Film autorstwa Jia Zhangke, zatytułowany „Dotyk grzechu”, stanowi istotny wyłom w tej tendencji.

zabic-jiao

Fot. 1 Kadr z filmu

Istnieje pokaźna liczba zachodnich komentatorów, którzy dali się zwieść Chinom potężnym, bogatym i zasobnym – takim, które można zobaczyć na szanghajskim Bundzie czy przy pekińskiej Alei Wangfujing. Za imponującą fasadą drugiej potęgi świata kryją się jednak ludzkie dramaty, do tej pory nieopowiedziane przez sztukę, jednak każdemu w Chinach doskonale znane. Scenariusz opowieści Jia Zhangke napisało bowiem życie: każdy z jego czterech bohaterów miał swój pierwowzór w rzeczywistości. Poznajemy zatem Dahaia (Jiang Wu), pracownika bandycko sprywatyzowanej kopalni, który chce dochodzić swoich praw przeciwko sojuszowi wójta i nowego właściciela; psychopatycznego San’era (Wang Baoqiang), który jako jednostka pozbawiona choćby śladu empatii doskonale się adaptuje w materialistycznym społeczeństwie; Xiaoyu (Tang Yao), recepcjonistkę w saunie i Xiaohuia (Luo Lanshan), młodego chłopaka z fabryki. Ich losy łączy jedno – bezsilność wobec kolejnych niesprawiedliwości, które początkowo są może do zniesienia, ale w końcu kropla przelewa czarę i reakcją jest irracjonalny wybuch przemocy.

Jeśli chodzi o tych konkretnych bohaterów, to ich okrucieństwo można uznać za usprawiedliwione okolicznościami, jednak Chiny pełne są zdesperowanych szaleńców, popełniających w afekcie najrozmaitsze zbrodnie. To także jest mało zbadany i wstydliwie ukrywany przed zagranicą aspekt życia w tym kraju. Mężczyzna, który zabił nożem ośmioro dzieci w 2010 roku, czy inny, który niedawno podpalił się w autobusie komunikacji miejskiej, powodując śmierć trzydziestu pasażerów – obaj wywodzili się z dołów społecznych, spośród ludzi, którzy dla nadającej społeczeństwu ton klasy średniej są nic niewartymi wyrzutkami. Można ich lżyć i pomiatać nimi, bo nie mają władzy i pieniędzy.

Ołtarze mamony

Współczesne chińskie społeczeństwo jest materialistyczne ponad miarę. Nigdzie indziej markowe produkty nie cieszą się taką popularnością, nigdzie indziej nie ma tylu milionerów, którzy mogą pozwolić sobie na posiadanie kilkudziesięciu kochanek – po jednej w każdym mieście – i jeszcze budzą tym nie potępienie, a powszechną zazdrość. Kiedy uczestniczka programu randkowego „Feichang Wurao”, Ma Nuo, powiedziała, że szuka bogatego męża, bo „lepiej płakać w BMW niż śmiać się na rowerze”, publika oficjalnie ją potępiła, ale po cichu przyznała jej rację. Chęć bogacenia się nie musi być niczym złym. Ale w społeczeństwie, w którego życiu religia nie odgrywa prawie żadnej roli, tylko drobny odsetek intelektualistów jest przywiązany do konfucjańskich cnót, a ideały partyjnej ascezy dawno przeszły do historii, pieniądz staje się jedynym bogiem, i to bogiem zazdrosnym.

Jego wyznawcą jest prezes kopalni, który za zawłaszczone górnikom dywidendy kupuje sobie prywatny odrzutowiec. Hołdy składa mu także San’er, dokonujący rozbojów, zabijający ludzi tak, jak zabija się muchy. Grana przez Vivien Li prostytutka czci boga pieniądza, bo nie ma wyboru – nikt przecież nie pomoże jej wychować trzyletniej córki. Jedną z najbardziej poruszających scen filmu jest ta, w której dwaj goście sauny próbują zmusić Xiaoyu do seksu, okładając ją po twarzy grubym plikiem juanów. „Myślisz, że nie da się ciebie kupić? Mam wystarczająco dużo pieniędzy!” – wykrzykuje jej prześladowca. Nawiasem mówiąc, cała scena jest w stu procentach oparta na rzeczywistej historii Deng Yujiao, doskonale znanej w całych Chinach.

meinvumen

Fot. 2 Kadr z filmu

Na pomyślność i bogactwo wielkich biznesmenów harują z kolei ludzie tacy jak dziewiętnastoletni Xiaohui, który porzucił rodzinne miasto i wylądował w końcu w fabryce-molochu, niewątpliwie wzorowanej na zakładach niesławnego Foxconnu. Robotnicy śpią w wielopiętrowych dormitoriach, jedzą w fabrycznych stołówkach, kupują w przyfabrycznych sklepach, całe ich życie upływa w rytmie kolejnych szycht. Chiny były niegdyś kolektywistycznym społeczeństwem o bardzo silnych więziach rodzinnych, to jednak także się skończyło – robotnicy żyjący w takich kombinatach prawie się nie znają, przez film przewija się także wątek migrantów, przemierzających olbrzymie połacie kraju w poszukiwaniu lepszej płacy. Rodzinę odwiedzają najwyżej raz do roku, w Święto Wiosny, i wtedy rzucają na stół prezenty i czerwone koperty z ciężko zarobionymi pieniędzmi.

Tradycja żyjąca, tradycja umarła

Jest w filmie Jia Zhangke pewne swoiste metafizyczne napięcie. Nie sposób powiedzieć, by działanie któregokolwiek z bohaterów było motywowane religijnie, jednak symbole religijne pojawiają się stale w tle. W Shanxi, gdzie mieści się kopalnia węgla, w której pracuje Dahai, widzimy robotników przewożących obraz Matki Boskiej i zakonnice. Do konfrontacji Dahaia z wójtem dochodzi u wrót świątyni. San’er modli się za ludzi, których zabił, zapalając zamiast kadzideł trzy papierosy i mamrocząc formułkę „Nie wińcie mnie, wińcie niebiosa, to niebiosa tak postanowiły”. Niebiosa są tu widziane jako rodzaj bezlitosnego fatum, które określa zachowanie ludzi i sprawia, że podejmują oni takie, a nie inne wybory. Jeśli ma zatem dojść do tragedii, to nie jest w mocy ludzi temu zapobiec.

„Niebiosa tak postanowiły” (天注定) to zarazem oryginalny tytuł filmy, którego angielskie tłumaczenie „Touch of sin” stanowi z kolei nawiązanie do hongkońskiego filmu Hu Kinga z lat 60., zatytułowanego „Touch of Zen”. Tu docieramy do jednej z inspiracji Jia Zhangke – są to wuxia, literatura i filmy o mistrzach kung-fu. Nierzadko wywodzili się oni z niższych warstw społecznych, podejmowali walkę w obronie biednych i pokrzywdzonych przez chciwych urzędników. Wystylizowana scena, w której Dahai przeładowuje myśliwski karabin, to oczywiste nawiązanie do pierwowzoru powieści wuxia, „Opowieści znad brzegów rzek” – widzowi wydaje się bowiem, że bohater celuje do tygrysa z makatki. Tygrys z powieści był ludożercą i został zabity gołymi rękami przez wojownika Wu Songa. Konfucjusz nie bez przyczyny pisał, że „tyrania jest gorsza od tygrysa” – ten drapieżnik symbolizuje właśnie zachłannych i okrutnych władców nowych Chin, takich jak filmowy prezes Jiao, antagonista Dahaia.

Jest jeszcze jedna tradycyjna forma chińskiej sztuki, do której Jia Zhangke się ewidentnie odwołuje: to jingju, opera pekińska. Ta trudna do przełknięcia dla zachodniego widza mieszanka ceremonialnego tańca i śpiewu pojawia się w filmie wielokrotnie: bohaterowie natykają się na uliczne przedstawienia jingju, które stanowią swoisty komentarz do ich rozterek. Sztuki te nierzadko bowiem brały sobie za temat dramat człowieka niesłusznie oskarżonego, bądź też cierpiącego prześladowania w imię sprawiedliwości. Opera pekińska pojawia się także w zapadającym w pamięć finale filmu: na ostateczne pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam, mając na uwadze to, że bierność wobec grzechu także jest grzechem.

Plecami do prawdy

pan-jia

Fot. 3 Jia Zhangke podczas gdańskiego All About Freedom Festival.

Chińskie społeczeństwo nie lubi trudnych tematów – powiedział na spotkaniu z widzami Jia Zhangke. Nie jest to prawdziwe wyłącznie w odniesieniu do Chińczyków, ale w ich przypadku ma szczególny wymiar – bo gustom masowej publiczności w sukurs idzie państwo, całkowicie kontrolujące kina i teatry. Stałe miejsce na chińskim rynku filmowym mają, jak już wspomniano, monumentalne produkcje historyczne. Oglądalność wydają się mieć zapewnioną (wycieczki szkolne…) choć niekiedy odpowiedzialnym za kinematografię władzom zdarza się przestrzelić – niedawno trzeba było po kryjomu wycofać z kin film o przodowniku pracy Lei Fengu, który nie spodobał się nikomu. Kiedy do kin całego kraju trafiła superprodukcja „Konfucjusz”, wysiłki władz nie wystarczyły, by widzów było więcej niż na debiutującym w tym samym czasie „Avatarze”. Co będzie z „Dotykiem grzechu”? Moi chińscy znajomi w pełni zgadzali się z tezami reżysera, ale zarazem i reagowali pewnym zażenowaniem, spowodowanym faktem, że „Jia Zhangke pokazuje niższe warstwy społeczeństwa” czy „nie ma w jego filmie nic pozytywnego na temat Chin”. Chińczycy są bardzo wrażliwi na punkcie narodowej godności, a reżyser zadaje trudne pytania i robi to w dodatku na światowych festiwalach, przyciągając uwagę wścibskich cudzoziemców.

Gdzie jednak Chińczycy poszukują prawdy o tym, co dzieje się w ich kraju? Ze zrozumiałych względów nie oglądają telewizji, niekiedy sięgają po gazety, które coraz śmielej poczynają sobie z cenzurą, ale tak właściwie główną platformą wymiany informacji pozostaje internet – to także zostało w „Dotyku grzechu” pokazane. Xiaohui i jego dziewczyna czytają artykuły na jednym z portali i bawią się w dodawanie do nich komentarzy, które najczęściej sprowadzają się do skrótowca TMD (coś w rodzaju WTF), bo jak inaczej zareagować na wiadomość, że gdzieś w Chinach aresztowano skorumpowaną urzędniczkę, w której domu znaleziono pięćdziesiąt torebek Louis Vuitton? Temat internetowej cenzury w Chinach jest dość szczegółowo opracowany i okazuje się, że cenzorzy nie są aż tak przesadnie surowi i dopuszczają niekiedy krytykę, byleby nie przechodziła w wezwania do zorganizowanego buntu czy aktów protestu. Także i ostatnie represje wobec „szerzenia plotek” w internecie można uznać za próbę powstrzymania bardziej wyrazistych krytyków, przy jednoczesnym przyznaniu, że internetu tak do końca kontrolować się nie da.

Chiny, dokąd pędzicie?

W pewnej scenie filmu pojawiają się obrazy z katastrofy kolejowej w Wenzhou (2011), w trakcie której jeden z szybkich, nowoczesnych pociągów najechał na drugi, unieruchomiony na moście. Do dziś przyczyny katastrofy nie zostały wyjaśnione, a w pamięci Chińczyków zapisały się słowa jednego z reporterów omawiających katastrofę w telewizji, który w pełnym emocji komentarzu stawiał pytania: „Jeśli nikt nie może być bezpieczny, to czy nadal chcemy tej prędkości? Czy możemy wypić szklankę zdrowego mleka? Czy możemy zamieszkać w budynku, który się nie zawali? Czy drogi w naszych miastach nie zapadną się pod nami?”. Są to pytania, które stawia nie tylko grupa wykluczonych i poniżanych, ale właśnie ta stanowiąca fundament każdej władzy klasa średnia, bogacąca się bardzo szybko, ale także zgięta pod ciężarem codziennych trosk o wykształcenie dzieci, czyste powietrze i zdrowe jedzenie. Nie jest przedmiotem tego eseju odpowiedź na pytanie, dokąd pędzą Chiny, ale Jia Zhangke na pewno dotrzymuje im kroku, uważnie obserwując przemiany społeczne i wszystkich tych, których one dotyczą.

san'er

Fot. 4 Kadr z filmu

Znamienne jest to, że w jego najbliższych planach leży nakręcenie filmu o okresie 1895-1905, pełnym idealizmu i wiary w lepsze jutro epizodzie reformatorskim w historii upadającej dynastii Qing. Chiny to nadal kraj wielu nieopowiedzianych historii, a bez intelektualnego przepracowania przeszłości ciężko patrzeć w przyszłość. Do jednego z tych największych tematów, z którym chińska kinematografia prędzej czy później musi się zmierzyć, należy bez wątpienia okres rewolucji kulturalnej (1967-1976). Do dziś w Pekinie nie upamiętnia się tych wydarzeń w jakikolwiek zorganizowany sposób, choć wryła mi się w pamięć wystawa malarstwa poświęconego historii Chin, a także i tym dramatycznym czasom, która odbyła się w stołecznym Narodowym Muzeum Sztuki. Rewolucja kulturalna pojawia się w czasami we współczesnych filmach… jako tło dla historii miłosnych. Na razie trzeba zatem cierpliwie czekać na kogoś, kto będzie chciał (i mógł) na poważnie zmierzyć się z tym tematem – Jia Zhangke z pewnością jest odpowiednią osobą.

Reżyser ten wpisuje się bowiem swoją działalnością w długi szereg artystów, podejmujących w swych dziełach ważne społecznie tematy. Rolą wielkiej sztuki jest stawianie pytań, nie zaś udzielanie odpowiedzi czy też sugerowanie gotowych rozwiązań. Sztuka jest czułym barometrem przemian społecznych, odzwierciedleniem intelektualnych tendencji obecnych w życiu narodu – w Chinach taka jej funkcja jest znana już od czasów dynastii Tang, gdy Liu Zongyan pisał swój „Esej o łapaczu węży”. Sztandar sztuki krytycznej podnieśli stulecia później Ba Jin i Lu Xun (ten sam, o którym Mao miał powiedzieć, że „gdyby żył teraz, to gniłby w więzieniu”), tak więc Jia Zhangke znajduje się w doborowym towarzystwie i jestem przekonany, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
J.M. Urbański: Dotyk grzechu, dotyk realności – esej o filmie Jia Zhangke Reviewed by on 20 października 2013 .

Chiny są nadal nieopowiedzianym światem. I jest tak mimo setek opasłych tomów szczegółowo opisujących tamtejsze warunki życia i zawirowania polityczne, mimo milionów dolarów wydanych przez chiński rząd na promocję za granicami. Szczególną rolę w przybliżaniu zagranicznej publiczności ludzkich losów zza Wielkiego Muru odgrywać powinna kinematografia, tak dobrze przecież wykorzystana przez USA jako narzędzie kulturowej dominacji.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 6

  • „w społeczeństwie, w którego życiu religia nie odgrywa prawie żadnej roli […] pieniądz staje się jedynym bogiem, i to bogiem zazdrosnym”

    Olbrzymie uproszczenie, do tego okraszone naiwnym założeniem. W dzisiejszych Chinach jest wiele bogów i bożków, złych, dobrych i trudnych do ocenienia, od rzeczonego kultu pieniądza, przez wiarę w przyjaźń, po posłuch wobec rodziców. W duszy wielu dzisiejszych Chińczyków rozgrywa się bolesna walka między pracą dla siebie a pracą dla społeczeństwa, między wymogami tradycji a pokusami przyszłości, między spełnieniem osobistych marzeń a wypełnianiem cudzych oczekiwań. Tego się nie da załatwić niemądrą uwagą o braku religii kierującym ludzi na tory czystego materializmu – zwłaszcza, że nie brakuje przecież ludzi religijnych w dobrobycie widzących znak boskiego błogosławieństywa, że wymienię tylko sekty protestanckie. Ponadto, walka o podniesienie materialnego poziomu życia tu i teraz jest niezwykle ważna, czego zdają się nie rozumieć nadmiernie religijni ludzie w wielu biednych krajach świata, dla których najważniejszym punktem odniesienia są zaświaty.

    Trudno też nie zauważyć, że rola pieniądza w dzisiejszych Chinach to przynajmniej po części rezultat braku „welfare state” – wielu ludzi pozostawionych jest samym sobie w kwestii zadbania o poziom życia na starość czy opiekę medyczną. Nie widać przecież porównywalnego kult pieniądza w wysoce zateizowanych dziś krajach skandynawskich, gdzie „welfare state” jest rozwinięty wg niektórych aż do przesady.

    Przebijające z artykułu przekonanie, że religia zapewnia zdrowy stosunek do dóbr materialnych, jest naiwne, a twierdzenie, że duszami Chińczyków rządzi pieniądz, brzmi głęboko, ale upraszcza rzeczywistość.

    Co do samej kinematografii – Chińczycy kręcą sporo filmów otykających problemów społecznych i osobistych, od poszukiwania miłości romantycznej, przez relacje rodzice-dzieci, po odpowiedzialność władzy. Brak wolności słowa oczywiście ogranicza ekspresję, ale jeśli nawet w hitowym historyczno-przygodowym „Sędzim Di” cesarz poleca tytułowemu sędziemu, by stał na straży prawa, nawet jeśli sam ów cesarz je łamie; jeśli w równie hitowym dramacie sądowo-kryminalnym 全民目击 ojciec, szemrany biznesmen, poświęca się dla zepsutej córki; jeśli w pozornie prostym 我想和你好好的 mamy przenikliwą analizę sił targających dzisiejszymi Chińczykami w poszukiwaniu szczęśliwego związku (wszystko filmy z ostatniego miesiąca-dwóch), które to filmy grane są tygodniami, podczas gdy propagandowe opowieści z komunistycznej mitologii znikają po jednym symbolicznym seansie, to znaczy, że prawdziwe i ważne tematy kipią w umysłach i kto chce uczestniczyć w tej ogromnej dyskusji na temat dzisiejszych Chin, już to robi.

    • Jeszcze jedno:
      „Chiny były niegdyś kolektywistycznym społeczeństwem o bardzo silnych więziach rodzinnych”
      Jedno z drugiego nie wynika. Podporządkowanie jednostki kolektywowi nie wzmacnia więzi rodzinnych; przeciwnie, powoduje ich erozję poprzez oddanie indywidualnego losu do decyzji i pod osąd zbiorowości większej niż rodzina. Tej niegdysiejszej erozji pomaga dzisiejszy konflikt zrodzony z przekonania dominującego pośród pokolenia ludzi w średnim wieku, że najważniejsza w życiu jest stabilność (w pracy, w związkach, itd.). Młodzież często już tego tak nie widzi, stąd narastające napięcia na linii rodzice-dzieci.

    • Dziękuję za obszerny komentarz. Nieprzypadkowo nadałem swojemu tekstowi tytuł „eseju”, bo esej to pewna forma zindywidualizowanej refleksji, a konkretne przeświadczenia w nim wyrażone biorą się z osobistych doznań autora. Gdyby te doznania były inne, wymowa tekstu być może byłaby inna. To takie zastrzeżenie, ale zasadnicze tezy tekstu podtrzymuję. Uważam nadal, że Chiny różnią się jednak dość znacząco od innych państw Azji, w których na równi brakuje welfare state i na równi panuje wyścig szczurów, a różnicą może – choć nie musi – być spowodowana brakiem głębszej duchowości, niekoniecznie tożsamej ze zorganizowaną religią. Bo nawet przywołana zateizowana Szwecja ma pewien świecki kult wspólnotowości, demokracji i emancypacji – natomiast w Chinach nie ma żadnej idei, która mogłaby zarazić masy i porwać je za sobą, widać ten bolesny brak w nostalgii za epoką maoizmu.

      Postać San’era, którą poznajemy na samym początku, jest symptomatyczna dla naszych czasów niemal tak samo jak wszyscy ci psychopaci na czołowych stanowiskach w międzynarodowych bankach, ci właśnie, którzy sprowadzili na nas kryzys. On rzeczywiście widzi tylko cyfry na koncie i z racji ograniczonych możliwości, mnoży je w jedyny sobie znany sposób – poprzez akty przemocy. Poza tym nie jest brutalny czy okrutny wobec swojej żony i dzieci. San’er to renegat systemu, ale system kształtuje dokładnie takie charaktery – zresztą nie tylko w Chinach. Dostojewski nagle odzyskuje aktualność.

      Jest jeszcze jedna rzecz, którą warto przywołać – obecnie wchodzące w dorosłość pokolenie 80后 to zarazem „mali cesarze”: rozpieszczane przez rodziców jedynaki wychowane w poczuciu własnej wyjątkowości. Widziałem dość sporą rozbieżność pomiędzy ich zachowaniem w codziennym życiu a zachowaniem poznanych przeze mnie Tajów czy Wietnamczyków. Ci czerpią większą siłę ze wspólnoty i są bardziej skłonni do zawierania bezinteresownej przyjaźni, a nie tylko korzystania z wymiany usług przyjaźń udającej. 80后 to przyszłość Chin i jestem ciekawy w którą stronę pokierują swój kraj.

      Pana refleksje nt. kinematografii są na tyle interesujące, że warto by temat rozwinąć w postaci artykułu na portalu.

  • Dobra recenzja, aż chce się obaczyć film choć wątpię by zagościł w naszych kinach [ a może ? ]. Smutne, że właściwie taki obraz można by nakręcić także u nas, tyle że kraj nieporównanie większy więc i skala zbrodni i niesprawiedliwości odpowiednio duża. Pytanie co jest alternatywą – mam nadzieję, że nie odgrzewane marksistowskie kotlety czego najlepszym dowodem neomaoistowska hucpa czerwonego paniczyka Bo Xilaia. Bardzo interesująco zapowiada się ten fresk historyczny o rewolucji przełomu XIX i XX w., Chiny powinny wreszcie opowiedzieć światu te i podobne wydarzenia ze swej burzliwej historii, pytanie tylko czy je na to stać [ i nie o finanse mi bynajmniej chodzi ].

    • Avatar J M Urbanski

      Klapa Bo Xilaia doskonale pokazuje, że cały ten nurt neomaoizmu nie ma szans, zostanie zduszony w zarodku przez partyjną wierchuszkę, która w większości bardzo dobrze pamięta rewolucję kulturalną – co więcej, pamiętają ją także zwykli ludzie. Trudno przewidzieć, co wydarzy się dalej. Wiem tyle, że postawa zaangażowanego intelektualisty jest czymś, co budzi mój podziw.

      • Avatar anarcha

        Owszem, tyle że intelektualista może jedynie diagnozować problem [ w dodatku nie zawsze trafnie bo jak wszystko na tym padole ma to niestety też drugą stronę i wielu z nich bywało i nadal jest pożytecznymi idiotami, wspomnijmy akces sporej ich liczby do komunizmu czy nazizmu ew. faszyzmu ] natomiast by mu zaradzić potrzebne są rozwiązania systemowe – skoro chińskie władze dopuściły do powstania takiego obrazu oznacza to, że zaczynają zdawać sobie sprawę iż nie da się już przykryć tego ichnią propagandą sukcesu, oby był to symptom zmian na lepsze.

Pozostaw odpowiedź