Pakistan

J. Kusy: U grobu sufiego socjalisty – święto sufiego Shaha Inayata w pakistańskim Sindh

Sindh: Pir Pagara i adźraki

Wieś Jhoke Sharif leży ok. 150 km od Karaczi, w obwodzie Thatta na południu prowincji Sindh.

Wjeżdżałam do obwodu Thatta z Karaczi i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to inne niż w metropolii billboardy. Dalej najczęściej patrzy z nich Benazir Bhutto i cała rodzina Zulfikara Ali. Dołączają do niej wizerunki brodatego Pira Pagara – jednego z bohaterów sindhiyat (sindyjskości), w dastarze – charakterystycznym nakryciu głowy, które nie przypomina w ogóle sikhijskich turbanów o tej samej nazwie. Te plakaty z twarzami sindyjskich pirów, ozdobne traktory Białoruś, pustynia na przemian z polami ryżowymi i mnogość malutkich osiołków, odróżniają ten rejon od biednych i „małomiasteczkowych” przedmieść Karaczi.

Bohaterowie sindhi

Pir pagara hyderabad

Inaczej niż w Karaczi wyglądają też ludzie. Coraz rzadziej widać kobiety w czarnych abajach, szalach i przykrywających twarz nikabach w różnych stylach. Mniej mężczyzn nosi brody i szalwar (spodnie) odkrywające kostki, znikają też panowie w dżinsach i tshirtach. Kobiety noszą kolorowe czadory, a często też obfite spódnice. Mężczyźni – wąsy, kolorowe czapki (sindhi topi, uznawane za jeden z symboli tego regionu, choć ponoć pochodzą z Beludżystanu), szerokie szalwar, a na ramionach adźraki – szale z bordowego materiału w białe i czarne wzory, którego technika wykonania jest bardzo stara – prawdziwy symbol Sindh.

Jedna z setek świątyń

Jhoke Sharif (dawniej: Miranpur) jest znana w prowincji dzięki dargah (świątyni grobu) Shaha Inayata Shaheeda i ursowi, który odbywa się tam 16 dnia muzułmańskiego miesiąca safar już od ponad 300 lat. Urs oznacza wesele. To rocznica śmierci świętego, jego zaślubin z Bogiem. W prowincji, znanej jako „kolebka pokoju i miłości”, która wydała na świat 124 tysiące derwiszów, są lepiej znane na Zachodzie ośrodki sufizmu: Sehwan Szarif – grób Lal Shahbaza Qalandara (śarif, nie mam polskiego dużego ś), czy szczególnie piękna dargah Shah Abdul Latif Bhittai w Bhit Shah. Jhoke Sharif odwiedzają pielgrzymi z Sindh, Beludżystanu i Pendżabu. Są to głównie muzułmanie i hindusi. Ci ostatni – ze wszystkich kast (od brahminów do niedotykalnych).

Urs trwa trzy dni. Zaczyna się od uderzeń w bęben, popołudniowej wspólnej modlitwy (asr) i pierwszej sesji qawwali (mehfil i samaa), w której uczestniczy opiekun świątyni sujjada nashin. Mehfil trwa prawie do zachodu słońca. Po modlitwie ludzie powoli gromadzą się w namiotach (bari) żeby słuchać qawwali. Po ostatniej wieczornej modlitwie – isha, w jednej z części świątyni odbywa się recytacja poezji, Sufi Syeda Sadiq Fakira, bez instrumentów. Muzykowanie i taniec trwają aż do modlitwy fajr o wschodzie słońca. Potem obóz zapada w sen. Muzycy i pielgrzymi budzą się na późne śniadanie i modlitwę zohr (ok. godz. 13). Potem znów jest uderzanie w bębny i seanse muzyczne wokół saina. Urs kończy się trzeciego dnia o wschodzie słońca, przed modlitwą fajr.

Mela zaczyna się od straganów

Wjeżdżamy na parking. Przepuszczają nas strażnicy z karabinami.Naszą tożsamością jest drugi samochód, który toruje nam drogę. Wychodzimy. Jesteśmy gośćmi rodziny saina. Możemy poruszać się swobodnie. Idziemy pod górę, a potem do świątyni. Mamy jeszcze buty na nogach, ale już zaczyna się przestrzeń ursu. Od straganów.

Najpierw zabawki dla dzieci. Potem suszone owoce. Słodycze. Jalebi. Bransoletki i inna biżuteria. Czadory. Modlitewne akcesoria. Sindhi topi. Jedzenie. Skwierczą smażone pakory. Paruje herbata. Z magnetofonów słychać głos ustada Nusrat Fateh Ali Khana. Czarpoje, na nich panowie owinięci kocami i szalami. Często przejeżdża jakiś wózek (thela). Jest zimno. Mężczyźni, których jest tu znacznie więcej niż kobiet, narzucają na szalwar kamizy szale tak, jak kobiety. Niektórzy przykrywają twarze. Owijają głowy szalami zwiniętymi w turban. Dochodzimy do wejścia do dargi. Strażnicy przeszukują mężczyzn, mnie przepuszczają. Zdejmujemy buty. Każdy bierze swoje buty w ręce. Idziemy do namiotów. Mamy swój namiot, swoją kołdrę i poduszki.

Co chwila ktoś się ze sobą wita, obejmując i składając dłonie. Idziemy teraz na spotkanie modlitewne z sainem: mehfil i samaa. Musimy się rozdzielić.

Jaka jest twoja kasta?

Pakistański świat można podzielić na „kobiecy” i „męski”. Kobiety i mężczyźni mają osobne miejsca w przestrzeni publicznej i prywatnej. Rozdzielają się podczas wizyt u rodziny i przyjaciół, na ulicach, w poczekalniach, w autobusach, a także podczas modlitwy. Kobiety nie wchodzą do większości meczetów. Co do sufickich świątyń, bywa różnie. W wielu można spotkać kobiety uczestniczące w modlitwach, prawie że wspólnie z mężczyznami, są też poetki qawwali. W niektórych kobiety mają własne miejsce i własny program. Do innych nie mogą wejść. W Jhoke Sharif kobiety biorą udział w programie popołudniowym.

Kobiety siedzą ściśnięte na trawie po obu stronach drogi prowadzącej do chabutry, w której siedzi sain i muzycy, otoczeni tłumami mężczyzn. Te w szalwar kamizach i czadorach to muzułmanki. Te w kolorowych spódnicach, w welonach z frędzlami, którymi zakrywają często twarze, z masą bransoletek na ramionach – hinduski.

Znajomy, który mnie tam prowadzi, mówi: „Słuchaj uważnie. Tylko słuchaj”.

Siadam z brzegu. Ziemia jest chłodna. Słucham. Rozbrzmiewa qawwali, śpiewane dla sujjady nashina Attaulaha Sattariego, który siedzi nieruchomo na sianie (każde źdźbło będzie później zabrane przez jego uczniów – muridów jako relikwia), w specjalnej altance nazywanej chabutra, w białym stroju i białej czapce. (mnóstwo zdjęć tej sceny) Kobiety milczą, albo rozmawiają cicho. Pod drzewem płacze dziecko. Trudno zachować tu taką powagę i skupienie jak wśród mężczyzn. Moja sąsiadka z lewej strony kładzie mi rękę na kolanie i coś mówi do mnie w sindhi. Potem przybiega inna. W różowym szalwar kamiz i w okularach. Prosi po angielsku, żebym się przesunęła. Przede mną siedzi kobieta w różowym welonie, z gumką i kwiatkiem, siatkowej czarnej dupattcie i z modną torbą. Przeżywa bardzo to, co słyszy. Zamyka oczy, porusza się w rytm muzyki.

Usiłuję nie zwracać uwagi na to, że wzbudzam zainteresowanie. Ale i tak po kilku minutach robi się wokół mnie szum. Nie mówią po angielsku, znają tylko kilka zwrotów. Pytają o imię, a potem o kastę.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Kobieta była za to zdumiona, że nie znam mojej kasty. A jaka jest twoja?- Bhutto. Jak Benazir. Ona była Sindhi. Inne kasty to Sumro, Pathan, Baloch, Khan…

Jak tu przyjechałam, skąd. Czy nie tęsknię do domu. Nie pytają, czy jestem muzułmanką. Pytam, co będą robiły. Odmówią wspólnie namaz. Będą powtarzały ye Allah. Po modlitwie maghrib po zachodzie słońca, rozejdą się do swoich namiotów. Jutro z rana pojadą do domów.

Sujjada Nashin i świętość

Spotkanie modlitewne się skończyło i na wieczorną modlitwę (maghrib) szedł obok nas syn Sujjady Nashina, sufi Sarfaraz. Wysoki, biało ubrany, w białej czapce, otoczony tłumem. W ciągu dwóch sekund kobiety ogarnęło szaleństwo. Zrywały się z ziemi i biegły. Miałam szczęście, byłam z brzegu i widziałam syna saina bardzo dobrze, ale musiałam walczyć o swoje miejsce, bo biegnące kobiety próbowały mnie zepchnąć do tyłu.

(ze strony internetowej sufisattari.com: Sujjada nashin dziedziczy Turban.

Obecnym (od 1974 r.) Sujjada Nashin dargi Jhoke Sharif jest Sufi Attaullah Sattari. Miał 22 lata, gdy objął tę funkcję. Uczniowie zwracają się do niego „sahib karim”. Jest ich przewdnikiem w sprawiach duchowych i świeckich. Jego sposób życia jest dla nich oświecającym przykładem. Sahib karim jest pokorny. Jego sposób bycia jest prosty, śpi na podłodze. Jest miły i tolerancyjny dla wszystkich swoich wyznawców. Bogaci czy biedni, wszyscy są przez niego witani w jednakowy sposób. Naucza czystości serca i dobrych intencji. Kocha duchową muzykę, literaturę, poszukiwanie wiedzy. Jest wielkim uczonym, napisał wiele kalaamów. Blask jego twarzy odzwierciedla czystość jego serca i wybitną duchowość. Ma to, co posiadał Shah Inayat Shaheed i jego dziadek Sufi Abdul Sattar.

Dobrze widać siano

Widok „ogólny” na sujjadę i na tłum mężczyzn

Muzycy qawwali

Święty biednych ludzi

Urs w Jhok Sharif uchodzi za wydarzenie, w którym uczestniczą wszyscy: od bogatych do najbiedniejszych. Wedle słów antropologa z uniwersytetu Sindh, którego spotkałam w naszym namiocie, każda grupa polityczna czy religijna w prowincji przedstawia postać świętego patrona w świetle własnej doktryny, kładąc nacisk na jego walkę z feudalizmem, albo z władzą mułłów i muzułmańską ortodoksją. Organizowane są spotkania i konferencje, które odwołują się do jego myśli.

Dostępne w Sieci życiorysy Shaha Inayata Shaheeda mogłyby być żywcem wyjęte z marksistowskiego podręcznika. Nie każdy pamięta już komunistyczne hasła o przodujących działaczach i pionierach rewolucji. To, co głosił Inayat Shaheed i za co zginął, to właśnie to: walka o wyzwolenie spod feudalnego ucisku i bywa interpretowane w kluczu marksistowskim. Nazywano go wręcz „pierwszym socjalistą w Sindh”. Gdy jego nauczyciel Shah Abdul Malik postawił przed nim do wyboru: janamaz (dywanik modlitewny), karaa (naczynie, w którym trzymana jest woda do wazoo – obmywania się przed modlitwą), tasbi (modlitewne paciorki – różaniec) i miecz – wybrał miecz. Głosił, że ci, którzy uprawiają ziemię, powinni mieć do niej prawo (Jo Kheray Uhay Khaey). Zaniepokojeni jego popularnością wśród ludu panowie feudalni skontaktowali się z królem mogholskim Farruksiyarem, który nakazał zarządcy północnego Sindh Yarowi Muhammadowi Kalhoro rozprawić się z sufim i jego towarzyszami. Zaprosili go na rozmowy do swojego obozu, tam aresztowali i zabili w Thatta. Działo się to 1718 r. Zgładzili też jego wojsko: mówi się o 24 tysiącach zabitych i porównuje to wydarzenie do bitwy pod Karbala. Cmentarz szahidów (gandź e shahid) znajduje się obok dargah.

W mazar śarif, gdzie znajduje się grób świętego, panował nieopisany ścisk. Znajomy torował mi drogę i wołał, że idzie kobieta. Zapach kadzidła. I modlitwa przy grobie, często bardzo krótka, żeby dać miejsce innym. Pamiętam tylko kolory, zapach i nogi. Patrzyłam głównie pod nogi, żeby nie wpaść na ludzi siedzących w kątach i pod ścianami. Przy mazarze był dzwon, w który uderzali wchodzący i wychodzący. Jak mi wyjaśniono, to jedna z wielu tradycji hinduistycznych.

Dzwon, w który się uderza wchodząc i wychodząc

Mazar sarif czyli miejsce, gdzie jest grób Shaha Inayata

Kachehri jo raag i lanhgher

Kobiety rozeszły się do swoich namiotów, my wróciliśmy do naszego i usiedliśmy na kołdrach. Czekaliśmy na początek kachehri jo raag czyli dosłownie muzykę dworu.

Wciąż ktoś dochodził, witał się. Miałam wrażenie, że żaden gest, skinięcie głową, uśmiech, ruch dłoni, nie jest wykonany przypadkowo. Poza tymi kordialnymi i zarazem formalnymi powitaniami właściwie „nic się nie działo”. Ktoś przyniósł nam zieloną herbatę. Słońce zachodziło na dobre. Rozbłysły światła, które niedługo zgasły, bo wyłączono prąd. Do namiotu weszli muzycy. Ktoś zaczął cichutko grać. Długo się stroili, w końcu rozpoczęli na dobre. Napływało coraz więcej ludzi. Słuchaliśmy muzyki i trochę rozmawialiśmy, potem coraz więcej było słuchania i skupienia. Niezwykła tradycja muzyczna jest wyróżnikiem tego ursu. Nie ma tu rozrywek, zabawy, nie ma też polityki. Przez trzy dni i noce wszystkie wydarzenia skupiają się wokół sesji muzycznych, a każdy liczący się muzyk qawwali uważa uczestnictwo w tym wydarzeniu za swój obowiązek. Wreszcie nasz namiot szczelnie wypełnił się słuchaczami. Uderzyła mnie atmosfera: bardzo spokojna. Wszystko działało. Panowie roznosili herbatę i kawę (słodką, słabą, z mlekiem), potem zbierali puste kubki. Muzycy grali i śpiewali pieśni. Przetłumaczono mi kilka wersów. Ze ortodoksja i mułłowie, to nie religia. A jeśli taka jest religia, to oni nie chcą być religijni. W tym czasie słuchacze kręcili głowami. Pan, który grał na bębnach, uśmiechał się i tańczył. W innych namiotach grały inne zespoły, w kompletnie innych stylach, bardzo szybkie i taneczne rytmy, i bardzo powolne.

Zaproszono nas na posiłek. Langher. Jedzony z szacunkiem, w ciszy i powadze na kolorowych narzutach. Ktoś rozłożył matę, na niej metalowe talerze. Jedzenie było skromne. Roti. Mięso i ziemniaczek w sosie. Ryż, dal. Po posiłku poszliśmy myć ręce. Starszy pan polewał je gorącą wodą z czajnika.

Spędziłam w Jhok Sharif popołudnie i wieczór. Nie byłam świadkiem ekstazy i szaleństwa, z którymi bywają kojarzone sufickie świątynie. Surowo przestrzega się tu zakazu wnoszenia narkotyków i alkoholu. Doświadczyłam, oprócz pięknej muzyki, spokoju i skupienia, które jest dla mnie w Karaczi rzadkością. A także – normalności. Nikt nie pytał o moją religię, nie zaczepiał, nie przekonywał, nie porównywał. Gdy prosiłam znajomych, żeby opisali ten urs, mówili o wolności, spokoju, dobrej organizacji, duchowej uczcie i wyjątkowym poczuciu bezpieczeństwa, które sprawia, że chętnie wybierają się tam całe rodziny. Mieszkańcy Karaczi na co dzień doświadczają, czasem bardzo dramatycznie, wielu napięć i podziałów. Coraz więcej tu lęku i społecznych „baniek”, w których zamykają się różne grupy – etniczne i religijne. Tym bardziej cenne są miejsca, w których można przez chwilę odetchnąć – i wciąż modlić się obok siebie, niezależnie od religii czy miejsca na społecznej drabinie.

Joanna Kusy

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
J. Kusy: U grobu sufiego socjalisty – święto sufiego Shaha Inayata w pakistańskim Sindh Reviewed by on 11 stycznia 2013 .

Sindh: Pir Pagara i adźraki Wieś Jhoke Sharif leży ok. 150 km od Karaczi, w obwodzie Thatta na południu prowincji Sindh. Wjeżdżałam do obwodu Thatta z Karaczi i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to inne niż w metropolii billboardy. Dalej najczęściej patrzy z nich Benazir Bhutto i cała rodzina Zulfikara Ali. Dołączają do

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar