Artykuły,Publicystyka

J. J. Zygmuntowski: Tajska cisza przed burzą

Jedyny kraj w Azji, który nigdy nie był kolonią zachodnich imperiów. Państwo wstrząsane cyklicznymi przewrotami i stanami wojennymi. Społeczeństwo, którego jedynym trwałym spoiwem jest rządzący od 68 lat, właśnie umierający monarcha.

Kiedy Europa z niepokojem śledziła sytuację na Ukrainie, oczy kontynentu azjatyckiego po raz kolejny spoczęły na Tajlandii, regionalnym liderze gospodarczym. Wielotysięczne protesty pod Pomnikiem Demokracji w stolicy kraju Bangkoku, ciągnące się od początku zimy 2013 do końca wiosny tego roku, doprowadziły ostatecznie do wejścia wojska na scenę polityczną. Majowy zamach stanu poprzedził ustanowienie godziny policyjnej, serie politycznych aresztowań i wprowadzenie szeregu nowych praw „stabilizacyjnych”, które należy ocenić raczej jako poszerzanie kompetencji generalicji.

Do dziś w Polsce gorące emocje rozpala stan wojenny roku ’80, Tajowie zaś zdają się pogodzeni z panującą obecnie sytuacją. Dlaczego? Wygląda na to, że przez dekadę mieli szansę się już solidnie przyzwyczaić, a jeszcze bardziej obawiają się tego, co dopiero nadejdzie.

Od wzlotu

Legendą – białą lub czarną, w każdym razie nieobojętną emocjonalnie – współczesnej Tajlandii jest przebywający na emigracji w Dubaju były premier kraju Thaksin Shinawatra. Jego partia TRT (Thai Rak Thai – pl. Taj kocha Taja) przez intensywne lata 2001-2005 pozostawała głównym rozdającym karty w grze. Te rządy to okres imponującej modernizacji kraju – przepastne lotniska, pasma dróg ekspresowych wędrujące przez wioski czy powszechne programy konsumpcyjne na zakup m.in. nowych aut mogą zawstydzić niektóre zmodernizowane kraje – ale i nawarstwiających się oskarżeń o piramidalną korupcję i wykorzystywanie funkcji publicznych do prywatnych celów.

Shinawatra przed objęciem władzy realizował się jako przedsiębiorca i wiele wskazywało, że prywatyzacja państwowych konglomeratów i wspieranie własnych biznesów, takich jak potężny Shin Corp czy telekomunikacyjny gigant AIS, to dla niego droga do objęcia pełni władzy ekonomicznej w kraju. Nikt, kogo zagadaliśmy na ten temat podczas długich wypraw autostopem, nie podważał jego zasług dla Tajlandii – zarazem każdy rozmówca potrafił przytoczyć kilka znanych medialnie przypadków korupcji i oszustw na dużą skalę, włączając naruszanie konstytucji. Również wojna, jaką wytoczył narkotykom, doprowadziła do eskalacji przemocy na ulicach miast i radykalizacji grup przestępczych, co szybko poskutkowało zwiększeniem brutalności policji i generalną niechęcią do agresywnej polityki narkotykowej TRT.

Razem z końcem okresu passy politycznej obudzili się poważni wrogowie Thaksina. Opozycja, skupiona wokół Partii Demokratycznej, mogła liczyć na szerokie wsparcie aktywnej społecznie klasy średniej i południa kraju, czyli grup niezadowolonych z szerokich transferów pieniężnych z bogatych centrów urbanizacji i turystycznych mekk do zacofanych wiosek, szczególnie na północy Tajlandii. Mimo wszystko ludowy elektorat TRT pozwalał Thaksinowi utrzymywać status quo, opozycję zaś spychał do roli coraz większej kontestacji całości systemu państwowego.

do upadku

Dopiero po wygranych przez TRT w 2005 roku wyborach baron medialny Sondhi Limthongkul – niegdyś przyjaciel Thaksina – dał sygnał do wielkiej kampanii manifestacji, które na początku 2006 roku objęły cały kraj, a sam Bangkok zupełnie sparaliżowały. Pod szyldem Ludowego Sojuszu dla Demokracji i królewską żółcią zjednoczyły się nawet odległe grupy społeczne, od aktywistów praw człowieka po liderów państwowych przedsiębiorstw.

Wobec tak dramatycznego kryzysu społecznego Thaksin rozwiązał parlament, jednak opozycja zupełnie zbojkotowała nowe wybory i tak TRT zdobyła wszystkie 500 miejsc. Shinawatra podał się do dymisji, jednak eskalacja była już nie do zatrzymania i nawet monarcha zabrał głos. Bhumibol Adulyadej, król Rama IX, twórca tajskiej demokracji i niemal-bóg, jasno ocenił w publicznym wystąpieniu, że wybory są nieważne i należy je powtórzyć. Nigdy do tego nie doszło, gdyż na scenie pojawił się najbardziej nieprzewidywalny i najpotężniejszy gracz – wojsko.

Źródło: flickr.com, Sébastien Bertrand

Źródło: flickr.com, Sébastien Bertrand

Przyczajony tygrys, ukryty smok

Podczas pobytu Thaksina na spotkaniu ONZ w Nowym Jorku tajska armia wyszła na ulice Bangkoku, oznajmiając wprowadzenie stanu wojennego. Polityczni liderzy TRT, którzy niefortunnie pozostali w kraju, zostali aresztowani, a klucz lèse majesté – obrazy królewskiego majestatu – pozwolił na uwięzienie ich bez dowodów korupcyjnych. TRT decyzją Sądu Najwyższego rozwiązano, a sam Thaksin, skazany ostatecznie za łamanie konstytucji dla zysku, do dziś zmuszony jest przebywać na emigracji.

Od samego początku wojsko powoływało się na poparcie króla w swoich działaniach, chociaż z perspektywy czasu widać, że szef sztabu pozostawał raczej pod dużym wpływem szarej eminencji politycznej, prezydenta Tajnej Rady królewskiej, emerytowanego generała i premiera Tajlandii w latach ‘80 – Prema Tinsulanondy. Formalnie Prem jest głosem króla, a decyzje Rady wyłączone są z jakiegokolwiek społecznego monitorowania. Wielu Tajów zdaje sobie sprawę, że schorowany król nie śledzi już wydarzeń, zaś wojsko i Rada podtrzymują usilnie jego kult, by później móc wycierać sobie usta jego imieniem, gdy przychodzi do wyjeżdżania czołgami na ulice.

Inicjatywa nowych decydentów doprowadziła do instalacji nowej cenzury i poszerzenia kompetencji rządzących organów. Królewski majestat od tej pory można obrazić, niewłaściwie umiejscawiając jego zdjęcie na stronie internetowej, a obraza Tajnej Rady zrównana została z obrazą króla, gwarantując Premowi spokój od medialnych zarzutów. Wszystkie nasze rozmowy z Tajami na ten temat prowadziliśmy jedynie zamknięci w ich domach, szeptem i po angielsku. W miejscach publicznych bywaliśmy zbywani krótkim one-one-two, co oznacza artykuł 112 Tajskiego Kodeksu Karnego – za teraz już szeroko rozumianą obrazę majestatu monarchy grozi kara więzienia na okres od 3 do 15 lat.

I chociaż wkrótce przeprowadzono nowe wybory, wygrane zresztą przez inkarnację TRT – Ludową Partię Władzy – niedemokratyczne elity posiadały już nowe mechanizmy do szybszej eliminacji niewygodnych przeciwników.

Imperium kontratakuje

W generalnych wyborach 2011 roku na czarnego konia wyrosła nowa partia, spadkobierczyni TRT jawnie kontestująca przewrót 2006 roku – Pheu Thai Party (pl. Partia Dla Tajów). Przywództwo młodszej siostry Thaksina, Yingluck Shinawatry, gotowej kontynuować całość polityki TRT i cofnąć wiele skutków zamachu stanu zapewniło PTP bezsporną wygraną.

Nowa premier, wspierana przez sterowany z Dubaju potężny kapitał swojego brata i jego korporacje wewnątrz Tajlandii, na nowo uruchomiła równorzędne procesy modernizacji oraz wyprzedaży tajskiego kapitału. Liberalna polityka doprowadziła do jeszcze większej polaryzacji majątkowej społeczeństwa, zaś szybko okazało się, że ponownie rząd sprzyja rozkwitowi kapitału Shinawatrów.

Opozycyjna Partia Demokratyczna i środowiska aktywistów potrzebowały jedynie zapłonu do rozpoczęcia protestów. Na uniwersytetach nasi znajomi ruszyli na ulicę na początku tego roku, rozjuszeni pomysłem uniewinnienia Thaksina i wierchuszki starej TRT, by mogli spokojnie wrócić do kraju, swoich biznesów i polityki. Pomnik Demokracji w Bangkoku raz jeszcze stał się centrum rozruchów obejmujących całą Tajlandię.

Smok wychodzi z ukrycia

Na fali niemożliwych do opanowania protestów Yingluck rozwiązała parlament i zarządziła nowe wybory. Tym razem Demokraci nie popełnili błędu z 2006 roku i ruszyli do parlamentu. Widząc wiatr przemian społecznych, wojskowi ponownie zdecydowali interweniować. W maju tego roku doszło do kolejnego zamachu stanu, aresztowań, wprowadzono nowe formy cenzury, które uderzyły w podstawy wolności słowa, zaś zachodni inwestorzy i Ministerstwa Spraw Zagranicznych już na poważnie przejęły się niestabilną sytuacją Tajlandii. Yingluck nie zdążyła uciec do swojego brata i do teraz przebywa w tajnym obozie odosobnienia.

Wygląda na to, że tym razem w przewrocie nie uczestniczyła Tajna Rada. Głos króla milczy, w przeciwieństwie do byłego szefa tajskiego wojska i obecnego premiera Prayuta Chan-o-chy, którego mieliśmy okazję słuchać w każdy piątkowy wieczór, kiedy wygłasza odezwę do narodu w najlepszym realno-socjalistycznym stylu. Wojskowe organy stworzyły tymczasową konstytucję gwarantującą Prayutowi autorytarną władzę, zaś podczas naszej wizyty w szkole poznaliśmy 12 „tradycyjnych” reguł, które Chan-o-cha osobiście spisał i które są elementami nowej podstawy programowej. I chociaż rząd Prayuta zapowiedział wybory, żadna data nie została zaproponowana, a obecny wygląd systemu wykluczył możliwość jakiejkolwiek agitacji czy budowy politycznej opozycji.

Gra Chan-o-chy sięga jednak dalej. O tym, że charyzmatyczny generał dokonał przewrotu również z pobudek osobistych – w momencie zamachu był na 4 miesiące przed emeryturą i zejściem ze sceny – wie nawet przeciętny Taj i niewielu ocenia to aż tak negatywnie. Społeczny niepokój nawet na co dzień budzą jednak wojskowe tańce wokół tronu.

Majątki warte grzechu

Już podczas poprzedniego kryzysu król Rama IX pozostawał na orbicie wydarzeń. W tym roku właściwie nie zabrał głosu po zamachu, zaś na królewskiej paradzie urodzinowej w stolicy kraju zawiódł paradujące tłumy i nas nie pojawiając się nawet na moment w oknie. Uwaga mediów skupiła się natomiast na jego jedynym synu, księciu Masze Vajiralongkornie.

Oczekujący rychłej śmierci Bhumibola wojskowi już teraz rozpoczęli kampanię uwielbienia i ocieplania wizerunku dla przyszłego króla. A jest co ocieplać. Powszechny wizerunek księcia jest tragiczny, społeczeństwo bez skrupułów mówi o jego powiązaniach z mafią, brudnych pieniądzach, narkotykach, cyklicznie wymienianych żonach i generalnej nieobyczajności oraz ekscentryzmie. Innego kandydata do tronu nie ma, ale obserwując Tajów, nie wyobrażam sobie zastąpienia ubóstwianego – nawet, gdy jego imię służy do więzienia wrogów Prayuta – Ramy IX rozbestwionym Vajiralongkornem.

Jaki interes w tej zabawie ma sama armia? Poznany przez nas ekonomista zasugerował, że chodzi o podlegające jedynie królewskiemu nadzorowi dobra, formalnie wyceniane na ponad 30 miliardów dolarów aktywa Biura Nieruchomości Korony, czyli majątki pozwalające królowi Tajlandii lądować rokrocznie na 1. miejscu światowej listy najbogatszych monarchów Forbesa. Prayut kalkuluje, że jeśli skutecznie zbliży lud do Vajiralongkorna, ten odpłaci się częścią swoich bogactw. Shinawatra w swojej kradzieży majątku był krępowany konstytucją; Prayut, dzięki przyszłemu królowi, nigdy nie ubrudzi swoich rąk.

Nowe rozdanie

Wygląda na to, że do czasu śmierci Bhumibola – o której nie wolno rozmawiać, chociaż co odważniejsi i zaprzyjaźnieni młodzi przy nas, farangach (pl. obcych), odważyli się nawet kwestionować, czy król wciąż żyje – sytuacja w Tajlandii uległa wstrzymaniu. Chan-o-cha okopał się w swoich pozycjach, niszcząc demokrację pod maską ratowania reputacji króla, ale jego wysiłki przypodobania się księciu na razie spełzają na niczym, a parcelacja dóbr królewskich to wciąż odległy plan. Partia Demokratyczna i prężne środowiska aktywistów po cichu omawiają swoje kolejne kroki i formują się w oczekiwaniu na nowe wybory. Dla większości społeczeństwa przeżarte korupcją rządy Shinawatrów czy junty kolejnych generałów do tej pory osładzane były chociaż nieustającą miłością króla Bhumibola. Jego śmierć będzie oznaczać koniec wielkiej epoki w historii Tajlandii.

Jan Jakub Zygmuntowski

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
J. J. Zygmuntowski: Tajska cisza przed burzą Reviewed by on 24 stycznia 2015 .

Jedyny kraj w Azji, który nigdy nie był kolonią zachodnich imperiów. Państwo wstrząsane cyklicznymi przewrotami i stanami wojennymi. Społeczeństwo, którego jedynym trwałym spoiwem jest rządzący od 68 lat, właśnie umierający monarcha. Kiedy Europa z niepokojem śledziła sytuację na Ukrainie, oczy kontynentu azjatyckiego po raz kolejny spoczęły na Tajlandii, regionalnym liderze gospodarczym. Wielotysięczne protesty pod Pomnikiem

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Dobrze wiedzieć ze „Tajlandia jest jedynym krajem w Azji który nigdy nie był kolonią zachodnich imperiów”… Czy autor mógłby jeszcze raz zajrzeć do źródeł ? W tym brzmieniu jest to całkowita nieprawda.

Pozostaw odpowiedź