Indie

J. Irzabek: „Nie wiemy nic o Polsce” – wizerunek Polski w Indiach

W tegorocznych targach producentów IMS 2012 w Bangalore wzięło udział ponad 200 wystawców z Indii – od początkujących producentów ekologicznych olejów w fazie testowania rynku po rekiny takie jak Reliance, Kalyani, Ashok Leyland czy Machindra.

Sanktuarium biznesu

Nawet tutejsi biznesmeni mają trudności ze znalezieniem drogi. Samochodowy GPS oznajmia: „Za 100 metrów skręć w prawo”. To tu, gdzieś w Peenya, ma się odbyć spotkanie z reprezentantami małego klastra producentów maszyn precyzyjnych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o Polsce. Czegoś – czegokolwiek.

Położona pod Bangalore, przy autostradzie łączącej stolicę Karnataki z Mangalore, Peenya uważana jest za jeden z największych i najstarszych obszarów przemysłowych w Południowej Azji. Bangalore nie trzeba przedstawiać – to indyjska „Dolina Krzemowa”, jedno z najszybciej rozwijających się technopolis Azji. Mangalore na zachodnim wybrzeżu, typowane jest przez rząd Karnataki na nowy ośrodek petrochemiczny, ze specjalną strefą ekonomiczną i permanentnie zielonym światłem dla zagranicznych inwestycji.

W przeciwieństwie do nowszych parków technologicznych, które wyrosły wokół Bangalore w latach 90-tych, Peenya, założona prawie czterdzieści lat temu, nie robi wrażenia nowoczesności. To nie sanktuarium światowego biznesu z paradą przeszklonych biurowców opatrzonych logo firm z listy Fortune 500. W skromniejszych budynkach mieszczą się małe i średnie zakłady produkcyjne, choć między nimi ulokowały się też takie tuzy jak ABB czy Wipro.

Większość firm, których reprezentanci zebrali się w porze lunchu, żeby dowiedzieć się czegoś o Polsce i opowiedzieć trochę o sobie, warta jest dwa do pięciu milionów dolarów. To wąsko wyspecjalizowane zakłady produkujące precyzyjne maszyny specjalnego przeznaczenia do zastosowań m.in. w przemyśle samochodowym i lotniczym. Ponieważ są mali, utworzyli klaster. Trochę wspólnymi siłami, trochę osobno zaopatrują całe Indie, Chiny, Tajwan, USA, Brazylię, Unię Europejską. O Polsce też słyszeli.

Minister bez ochrony

-WMW ?

-Nie, to nie polskie.

-Tatra?

-Nie, to przecież Czesi.

-Avia?

-Też Czesi?

– A Jotes?

Bingo. Udało się znaleźć polskiego producenta, w dodatku z długimi tradycjami w obróbce metali.

Otrzymuję dużą ilość korespondencji z różnych ambasad – mówi Krishnan Sahasra Nam, dyrektor zarządzający firmy Cimtrix produkującej urządzenia dla klientów takich jak Bosch czy Machindra. -Najwięcej chyba z włoskiej. Przyjeżdża tu masę delegacji. Zapraszają nas do siebie na różne spotkania B2B, gdzie można się rozejrzeć, dowiedzieć się kto działa na rynku. Właśnie otrzymaliśmy emaila z ambasady niemieckiej – przypomina sobie –Zapraszają nas do Berlina.

Niemcy są w Indiach bardzo aktywni. Pod względem wartości bezpośrednich inwestycji plasują się na ósmym miejscu. Wielu z członków klastra z Peenya jest członkami indyjsko-niemieckiej izby handlowej, a niemiecki rząd ufundował im niedawno drogie szkolenia dla średniej kadry zarządzającej. Także nieco mniejsi gracze, Dania, Holandia, Szwajcaria, mimo, że mocno w Indiach osadzeni, nadal intensywnie szukają nowych możliwości. Szwajcaria, która wielkością odpowiada raczej Bangalore niż Karnatace, ma w Indiach 170 joint-ventuers i spółek zależnych, ale nadal wysyła przedstawicieli na targi nawet średniej wagi.

Nie tylko „stara unia” jeździ po Indiach. Także Czesi są tu dużo lepiej rozpoznawalni niż Polska, mimo, że zajmują dopiero 63  miejsce pod względem wartości zagranicznych inwestycji. Przynajmniej jeśli chodzi o rozpoznawalność w Peenya.

Proszę sobie wyobrazić, sam czeski minister ds. gospodarki chodził od stoiska do stoiska i rozmawiał z każdym indyjskim przedsiębiorcą z osobna – H.S. Nikhla, dyrektor Precitec, innej firmy z klastra i członka zrzeszenia producentów urządzeń precyzyjnych z Bangalore, BMTM, opowiada o wrażeniach z targów w Brnie. – Bez ochrony – dodaje z pewnym podziwem – W Indiach kultura VIP na to nie pozwala.

Czesi mają dłuższą historię owocnej współpracy z Indiami. W latach 50-tych wyszkolili pierwszą „transzę” indyjskich inżynierów maszynowych. W Peenya, kilka kilometrów od biurowca, w którym siedzimy, mieści się instytucja o nazwie Central Machine Tool Institute, gdzie Czesi zbudowali zalążek indyjskiego przemysłu maszynowego. W nowszych czasach Skoda i Tatra, dwie duże czeskie inwestycje, pociągnęły za sobą czesko-indyjską aktywność także w sektorach współpracujących z przemysłem samochodowym i obronnym. Więc o Czechach się wie.

O większości europejskich krajów wiemy coś, przynajmniej cokolwiek, bo rządy je promują – opowiadają członkowie klastra. – Polska to kraj, ze strony którego z jakichś powodów nie obserwujemy promocyjnej aktywności – oceniają ostrożnie.

Stosunki wielu prędkości

Łączna wartość obrotów handlowych Polski z Indiami w 2011 roku wyniosła 1,9 mld USD. Nasz eksport zamknął się kwotą 524 mln USD. To niecałe dwa razy tyle, co eksport kawy z Karnataki, jednego z południowych stanów. Polska jest niemal całkowicie zorientowana na Unię Europejską, a udział Indii w naszych obrotach handlowych to ilości śladowe: 0.21 proc. w eksporcie, i 0.55 proc. w imporcie. Lista polsko-indyjskich joint-ventures też jest krótka. Czy Polska i Indie rzeczywiście mają sobie tak niewiele do zaoferowania?

Nawet od szwajcarskiego biznesmena, zaprawionego w międzynarodowym handlu, można usłyszeć, że Indie to niewdzięczny kawał roboty. – Przez dwieście lat rząd indyjski nic nie robił, tylko przeszkadzał – twierdzi. Obcokrajowcy nie są w tym osądzie odosobnieni. Także niezależni indyjscy przedsiębiorcy mówią nieoficjalnie, że rząd omijają szerokim łukiem. Były dyrektor zarządzający Procter&Gamble w Indiach, Gurcharan Das, napisał nawet książkę pod wymownym tytułem: „Indie rosną nocą”. To pierwszy człon utartego powiedzenia, które w całości brzmi: Indie rosną nocą kiedy rząd śpi. Bo jak stwierdzili nie tylko liczni zagraniczni naukowcy i biznesmeni, ale także sami Hindusi, Indie to „flailing state” – rozdęte i nieudolne państwo, które zamiast pomagać swoim obywatelom, głównie im przeszkadza.

Ale rząd premiera Manmohana Singha ogłosił właśnie pakiet długo oczekiwanych reform ekonomicznych. Od 1991 roku, kiedy miała miejsce pierwsza fala liberalizacji, nie było tak odważniejszego posunięcia, twierdzą ekonomiści. Rząd zmniejszył dotacje do paliw i zliberalizował rynek inwestycji. Ropa zdrożała, ceny przejażdżki rikszą poszły w górę, a Indie ogarnęła fala protestów, na czele których stanęli sklepikarze protestujący przeciwko decyzji o wpuszczeniu do Indii zachodnich sieci: Carrefoura, Tesco, Walmartu. Ale oprócz tych niepopularnych posunięć oburzających masy mieszkańców subkontynentu, reformy zakładają także parę innych zmian, które interesują głównie zachodnich przedsiębiorców. To między innymi zniesienie restrykcji dotyczących inwestycji „jednej marki”, wymogu zaopatrywania się u lokalnych dostawców i zapowiedź wyprzedaży udziałów w państwowych gigantach.

– Jakkolwiek byśmy nie oceniali wad i zalet otwarcia rynku na zagraniczne inwestycje – mówi Akshay Mathur, kierownik badań w Gateway House, mumbajskim instytucie spraw zagranicznych – w tej chwili Indie potrzebują napływu kapitału, który sfinansuje dziurę budżetową. Zwłaszcza, że muszą importować energię.

Reformy oznaczają także, że nie wszystkie stany będą równie atrakcyjne dla zagranicznych inwestorów. –Pozwalając na samodzielną decyzję stanów w sprawie zagranicznych inwestycji – mówi Mathur –rząd federalny pośrednio usankcjonował fakt, że różne stany muszą rozwijać się w różnym tempie.

Poprowadzimy was za rękę

Karnataka to jeden ze stanów, który narzucił sobie najszybsze tempo rozwoju. Na czerwcowy szczyt Global Investors Meet 2012 do Bangalore przybyło sześćset wielkich firm z kraju i zagranicy, zainteresowanych ofertą inwestycyjną rządu. Podpisano blisko czterysta porozumień na łączną kwotę 18,6 mld USD, w tym 32 porozumienia z firmami z zagranicy. Jeśli te porozumienia dojdą do skutku Karnataka rozkwitnie całą galaktyką inwestycji w sektorach od edukacji po energetykę. Szansę mają nie tylko wielkie firmy. Choćby sektor samochodowy – otwarty jest dla każdego, kto szuka przepustki do globalnego łańcucha dostaw producentów takich jak Toyota, Volvo, Bosch czy Siemens. Sektor biotechnologiczny też podobno wchłonie wszystko. W planach są między innymi cztery parki biotechnologiczne.

Pytanie tylko, czy te inwestycje dojdą do skutku. Krytycy przypominają, że z 389 takich porozumień podpisanych w 2010 roku zrealizowano raptem 39. Inwestycje deklarowane przez stalowych gigantów Arcelor Mittal i Posco nadal czekają na start. Wiele projektów nie dochodzi do skutku z powodu ślimaczego tempa budowy infrastruktury. A to z kolei związane jest z kontrowersjami w pozyskiwaniu ziemi pod megaprojekty.

Murugesh R. Nirani, minister ds. średnich i dużych przedsiębiorstw w rządzie Karnataki, osobiście obiecuje sprawną i kompleksową obsługę każdego inwestora, który się do niego zgłosi.

Udzielimy wszelkiego wsparcia, jakiego sobie zażyczą – mówi w wywiadzie dla CSPA – Damy ziemię, wodę, elektryczność, siłę roboczą, specjalne pakiety. Jesteśmy otwarci na wielkich i małych.

Chętnym inwestorom z Polski każe przekazać: – Niech przyjadą, podpiszą z nami porozumienie o współpracy. Jestem też gotów wysłać swoich wysokich urzędników. Jeśli osiągną porozumienie, przyjadę i ja. Zrobię pierwszy krok.

Od szpilki po szybowiec

Skoro Polska jest tak nieśmiała, to może po prostu nie ma się czym chwalić?

Indradev Babu, szef firmy UCAM, która utrzymuje sporadyczne kontakty handlowe z Polską, nie spotkał się z żadną polską firmą, która próbowałaby sprzedać swoje produkty na rynku indyjskim. Jego kolega z klastra, Fenwick Thomas z Fenwick&Ravi, zna polski rynek przez agenta w Wielkiej Brytanii, który z kolei ma biura sprzedaży nad Wisłą. –Polska to czołowy producent części maszynowych na rynek Europy Zachodniej, często jednak decyzje zakupowe podejmowane są w centralach w Niemczech lub Francji – mówi.

Czy to znaczy, że należy powiesić płaszcz na kołku? Przedsiębiorcy z Peenya sądzą, że Polska mogłaby im „zastąpić” Czechy, lub przynajmniej dołączyć do grona zaufanych partnerów. -Tak jak w Brnie, moglibyśmy wziąć udział w targach producentów i zainicjować dialog – proponuje. Chce dowiedzieć się, czy w Polsce jest miejsce na ich produkty? Jakie nowe technologie są dostępne po atrakcyjnych cenach? Czy są szanse na joint-ventures? Czyli właściwie zrobić pierwszy krok. –Polska nie musi wycofywać się z szeregu, twierdząc, że miejsca są już zajęte przez Niemcy czy Szwajcarię – zachęca Nam – W kraju tak zróżnicowanym jak Indie, na pewno znajdzie dla siebie klientów.

– Jest przepaść komunikacyjna – potwierdza HVS Krishna, przewodniczący  komitetu organizacyjnego targów producentów IMS i wiceprzewodniczący narodowej organizacji wsparcia małych przemysłów, Laghu Udyog Bharati. Nie znajduje żadnego innego powodu tak nikłych kontaktów gospodarczych. –Przecież w tej chwili cały świat myśli o cięciu kosztów zaawansowanych technologii i pozyskiwaniu produktów wysokiej jakości w niskiej cenie. A Indie to oferują.

Mimo dwóch bolączek – złej infrastruktury i niedoborów energii – Indie to w tej chwili najlepsze miejsce do robienia interesów na małą i na wielką skalę, twierdzi. –Jeśli zagraniczny inwestor ma dobry pomysł biznesowy – przekonuje – to tu go zrealizuje. Od szpilki po szybowiec.

Joanna Irzabek, dziennikarka, absolwentka Skandynawistyki UG i dziennikarstwa w The London School of Journalism. Stypendystka Norweskiej Rady Naukowej, studiowała teorię stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie w Trondheim. Interesuje się rozwojem Azji Południowej, zwłaszcza Indii, i stosunkami polityczno-gospodarczymi w regionie. Od lat podróżuje po krajach Azji Południowej i Bliskiego Wschodu. Autorka kilkuset artykułów i reportaży opublikowanych między innymi w Polityka.pl i Newsweek Polska

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
J. Irzabek: „Nie wiemy nic o Polsce” – wizerunek Polski w Indiach Reviewed by on 19 listopada 2012 .

Sanktuarium biznesu Nawet tutejsi biznesmeni mają trudności ze znalezieniem drogi. Samochodowy GPS oznajmia: „Za 100 metrów skręć w prawo”. To tu, gdzieś w Peenya, ma się odbyć spotkanie z reprezentantami małego klastra producentów maszyn precyzyjnych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o Polsce. Czegoś – czegokolwiek. Położona pod Bangalore, przy autostradzie łączącej stolicę Karnataki z

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 2

  • „Przez dwieście lat rząd indyjski nic nie robił, tylko przeszkadzał”. Dwieście? Chyba chodziło o dwadzieścia?

  • Avatar Wlodzimierz Madziar

    Brak obecnosci gospodarczej Poski w Indiach jest widoczny, zwlaszcza, jezeli sie porowna nas z Czechami. Ale Indie sa krajem niezwylke trudnym do prowadzenia biznesu. Jezeli polska firma dysponuje ograniczonymi srodkami, to wybiera Ukraine, czy inne miejsce, gdzie jest jej latwiej. Przede wszystkim nie mamy firm zdolnych realizowac wielkie projekty strukturalne, a przy takim projekcie jedna firma ciagnie inna. Tam, gdzie mamy towary swiatowej klasy, to w Indiach jestesmy. Wezmy za przyklad firme Sonel.
    Nie jest natomiast tak, ze Polska jest czyms zupelnie nieznanym. Polularna gazeta w Indiach jest „The Economist”, gdzie o Polsce pisze sie dosc czesto, na pewno pomoglo EURO, itd.
    Kiedys wzywalem polski rzad do pomocy dla przedsiebiorstw chcacych inwestowac w Indiach. Od Adama Szejnfelda uslyszalem, ze to nie sprawa rzadu (po co w takim razie tu przyjezdzal?), kiedy powiedzialem delegacji z Wojewodztwa Wielkopolskiego w pazdzierniku 2008 r, aby polaczyli sily i stworzyli jakas strukture w Indiach, to zostalemm niemal „zakrzyczany”, ze „my eksportujemy i wiemy lepiej”. Co ciekawe najglosniejszy byl producent pasztetow – na pewno „swietny” towar eksportowy to Indii, spoleczenstwo wegetarianskie, nie jedzace tez w nadmiarze chleba. Nie zauwazylem, aby ktorakolwiek z obecnych na delegacji firm cokolwiek sprzedala w Indiach.
    Ale niestety tu widac inny problem, ktory pomoc rzadu czyni bardzo problematyczna. Jak oddzielic rzeczywisty projekt od wycieczki lub kolejnej synekury w cieplych krajach. Niestety przez te wszystkie lata bylem swiadkiem wielu wycieczek pod pretekstem przyjazdow biznesowych. Tlumaczylem wiec biznesmenom, to sie nie oplaca. Nawet jak dostaniecie dofinansowanie od rzadu, to i tak Wasz udzial bedzie wiekszy niz „normalna” wycieczka, ale widac, ze amatorow do podrozowania za czyjes pieniadze jest bardzo wielu.

Pozostaw odpowiedź