Chiny,Polecane

Głośne azjatyckie „nie” dla globalnego ocieplenia

SuryaKraje azjatyckie z niechęcią spoglądają na gorliwą wiarę w modele klimatyczne, która nakazuje walczyć z „globalnym ociepleniem”. Azjaci doskonale rozumieją dlaczego należy chronić przyrodę i zapobiegać jej degradacji, ale przede wszystkim patrzą przez pryzmat rozwoju, w przeciwieństwie do Zachodu.

Naukowcy nieustannie mówią nam, że ocieplenie jest wynikiem działalności człowieka. Kto twierdzi inaczej jest na bakier z wynikami współczesnej nauki. Dowody na to, że działalność człowieka, powoduje ocieplenie klimatu, opierają się na naukowych modelach, co do których nie ma pewności, że są w pełni sprawdzalne. Obecnie świat nauki ma jednak spory kredyt zaufania u polityków. Co ciekawe, odwrotna sytuacja miała miejsce w latach 70-tych. Wtedy to powstał Raport Rzymski, który był efektem pracy kilku znanych naukowców twierdzących, że Ziemię czeka globalna katastrofa. Raport został miażdżąco skrytykowany przez prasę naukową, ale przejęty entuzjastycznie przez media. Teraz mamy sytuację odwrotną. To prasa naukowa dosyć jednoznacznie pisze o globalnym ociepleniu, a media przyjmują temat sceptycznie.

Historia walki z globalnym ociepleniem sięga nie więcej niż dwóch dekad. Oto na konferencji w Kioto w 1997 r. wynegocjowano uzupełnienie Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych dotyczącej Zmian Klimatycznych, które w powszechnym obiegu funkcjonuje pod nazwą Protokołu z Kioto. Dokument ma doprowadzić do takiej redukcji pięciu gazów (określanych mianem cieplarnianych), która do 2050 roku zapobiegnie dalszemu podnoszeniu się średniej temperatury na Ziemi. Traktat wszedł w życie 16 lutego 2005 r.

Protokół z Kioto jest prawnie wiążącym porozumieniem, w ramach którego kraje uprzemysłowione są zobligowane do redukcji ogólnej emisji gazów powodujących efekt cieplarniany o 5,2% do roku 2012 w porównaniu z rokiem 1990. Na szczycie w Kopenhadze w grudniu 2009 miał powstać nowy projekt „walki z globalnym ociepleniem”. Jednak zgodnie z przewidywaniami pesymistów, najwięksi gracze nie zdążyli osiągnąć kompromisu we wszystkich zagadnieniach, a w 2012 r. wygasa Protokół z Kioto.

Kraje azjatyckie nigdy nie przestrzegały Protokołu z Kioto i nie ograniczały emisji gazów cieplarnianych. Istnieje wiele powodów takiego stanu rzeczy. Przede wszystkim aburdalność samoograniczania się w momencie, gdy istnieje zwiększony popyt na energię, ale także fakt, iż Azja obwinia Zachód za dewastacje środowiska. Państwom azjatyckim nie podoba się również międzynarodowe lobby urzędniczo-prawne zarządzające „walką z globalnym ociepleniem”. Wytwarza ono bowiem ponadnarodowe powiązania, które prowadzą do zobowiązań ograniczania rozwoju. Ostatni i być może najważniejszy powód jest dość prozaiczny. Azjaci nie wyobrażają sobie, że może u nich być jeszcze cieplej. Poza tym jeżeli nawet, to kto to odczuje?

Azja czuje się oszukiwana

Kraje azjatyckie, w tym Indie i Chiny, są zdecydowanie niechętne podpisaniu nowego międzynarodowego układu klimatycznego, który zastąpi protokół z Kioto w 2012 roku. Powodów jest wiele. Uzasadniają to faktem, że bogate kraje nie dają przykładu w wypełnianiu redukcji emisji dwutlenku węgla. Azja kładzie jednak nacisk przede wszystkim na irracjonalność takiej polityki w warunkach dynamicznego wzrostu gospodarczego i zwiększającego się popytu na energię. Kraje azjatyckie najzwyczajniej nie mogą pozwolić sobie na spowolnienie rozwoju gospodarki. Mimo to, zdaniem przedstawicieli Chin oraz Indii, jest możliwa wspólna walka z globalnym ociepleniem, pod warunkiem, że kraje rozwinięte wezmą pod uwagę wdrożenie systemu redukcji zanieczyszczeń wyznaczanego na podstawie przelicznika CO2 per capita. System taki zakładałby, że kraje walczyć będą z niedotlenioną atmosferą zgodnie ze swoim stopniem rozwoju. Na to nie chce zgodzić się Zachód. System w którym wkład poszczególnych państw był uzależniony albo od ich dochodu narodowego, albo od zaangażowania w pomoc rozwojową, jest z góry absurdalny, albowiem zakłada, że walka jest ważniejsza od efektów.

Świat zdaje sobie sprawę, że kluczowym państwem w grze są Chiny. Chińska Republika Ludowa ostatnimi czasy boryka się z dwoma poważnymi problemami: światowym kryzysem osłabiającym eksport produktów chińskich oraz degradacją środowiska. W nienajlepszym stanie jest powietrze w wielkich miastach. Rzeki i akweny wodne są mocno zanieczyszczone. Szacuje się, że straty spowodowane mniejszą produktywnością Chińczyków, wywołaną przez zanieczyszczenie powietrza, rocznie kosztują ich kraj średnio 5 procent PKB. Problem więc istnieje. Chińczycy mają świadomość tego stanu rzeczy i już zaczęli prowadzić zdecydowaną politykę promującą  ochronę środowiska naturalnego. Wyższe od rynkowych stawki za zieloną energię, ulgi podatkowe oraz dopłaty do rozwoju energetyki odnawialnej – to wszystko sprawia, że w najbliższym czasie wytworzy się w Chinach silny społeczny nacisk na bardziej śmiałe podjęcie tematu. Obecnie dwie największe na świecie firmy tworzące turbiny i generatory do elektrowni wiatrowych, Goldwind i Sinovel, są firmami chińskimi, w części finansowanymi z pieniędzy rządowych. Wszystkim kieruje Państwowa Komisja ds. Rozwoju i Reform.

Problem Chin jest jednak znacznie poważniejszy niż by się mogło wydawać. Gospodarka tego kraju jest uzależniona od węgla. Ponad 40 procent światowego zużycia węgla przypada na ChRL, która jest też jego największym importerem na świecie. Jeszcze dwa lata temu budowano w niej jedną ogromną elektrownie węglową co trzy dni. Teraz przez kryzys ekonomiczny tempo nieco spadło, lecz wciąż jest imponujące. W 2-3 lata powstaje tam tyle nowych elektrowni ile jest zbudowanych w Polsce. Wszystko napędza rozwój gospodarczy. Dlatego też istotne zmiany w zmniejszeniu udziału węgla w światowej energetyce mogą nastąpić dopiero po roku 2020. Do tego czasu Państwo Środka nie zmieni perspektywy i będzie unikać odpowiedzialności w walce z globalnym ociepleniem. Z podobnego założenia wychodzą inne kraje, w tym Indie i Indonezja.

Los świata zależy od Chin.

Ilość emitowanego dwutlenku węgla do atmosfery od roku 1980 wzrosła w Chinach o 400 procent. Obecnie wzrost gospodarczy nie nadąża za zużyciem energii. W ilości emitowanych gazów cieplarnianych Chiny prześcignęły już USA i stały się światowym liderem. Jest bardzo prawdopodobne, że za 25 lat Chiny będą emitowały więcej niż cała uprzemysłowiona reszta świata razem wzięta. Jeżeli wierzyć naukowcom i ich modelom, to nie będzie szansy na zachowanie obecnego stanu 350 ppm CO2 w atmosferze ziemskiej, którego utrzymanie, ma zapobiec zmianom klimatu. Naukowcy policzyli, że obecnie średnie stężenie CO2 w atmosferze wynosi 388 ppm i co roku rośnie o kolejne 2 ppm.

Chiny całkiem otwarcie oczekują, że bogate kraje zaczną świecić przykładem i zmniejszą emisję gazów cieplarnianych do 2020 roku o 40 proc. w stosunku do poziomów z lat 90 oraz zaproponują finansową pomoc krajom rozwijającym się. Azja więc wyraźnie daje do zrozumienia, aby to kraje rozwinięte wzięły na siebie odpowiedzialność za redukcję emisji. Na to Zachód się zgodzi, zwłaszcza że bardzo prawdopodobne jest, że także USA przyjmą podobny schemat handlu emisjami CO2, jak unijny ETS.

Gdzie jest miejsce Polski?

Jednocześnie obywatele krajów Unii już zaczynają postrzegać „walkę z globalnym ociepleniem” nie jako działanie na rzecz środowiska, lecz jako mechanizm wysysania ogromnych pieniędzy z rynku. Naukowcy z brytyjskiego think-tanku „Open Europe” zauważyli, że cały system jest mało przejrzysty i wprowadza się go zbyt szybko, nie może być więc efektywnym sposobem na walkę z globalnym ociepleniem. Najciekawsze jest to, że jedyną grupą krajów (nie licząc krajów skandynawskich), w których emisja się zdecydowanie zmniejszyła, są kraje byłego ZSRR, w tym Polska, które dzięki reformom gospodarczym na początku lat 90-tych, znacząco zmniejszyły emisję. Można więc rzec, w świetle protokołu z Kioto, że Polska jest jednym z europejskich, a nawet światowych liderów w walce z globalnym ociepleniem. Poza nami jedynie Niemcy i kraje skandynawskie zanotowały jakiekolwiek sukcesy w redukcji emisji CO2. Niestety „liderowanie” nic dobrego Polsce nie przyniosło. Uczestnictwo w „lidze walki z globalnym ociepleniem” jest obciążone dużymi kosztami przystosowawczymi, które muszą ponosić polskie firmy, podczas gdy dymią i zatruwają Ziemie inni, bezkarnie. Powstaje pytanie, czy w świecie, w którym wszyscy kłamią prawdomówny jest godny pochwały czy jest zwykłym frajerem. Bo jeżeli to drugie to po raz kolejny okazuje się, że nie warto być prymusem. Nic dziwnego, że Polacy, podobnie jak Azjaci czują się oszukiwani przez Zachód. Badania statystyczne pokazują, że w Europie to Polacy i Litwini są najmniej chętni walce z globalnym ociepleniem. Podobnie jak Azjaci uważamy, że ocieplenie może być wymysłem. A rzeczywistość jest taka, że model naukowy prawdy nie powie, z powodu ograniczonej liczby zmiennych, które bierze się pod uwagę przy tworzeniu modeli. Reszta jest polityką.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Głośne azjatyckie „nie” dla globalnego ocieplenia Reviewed by on 11 stycznia 2010 .

Kraje azjatyckie z niechęcią spoglądają na gorliwą wiarę w modele klimatyczne, która nakazuje walczyć z „globalnym ociepleniem”. Azjaci doskonale rozumieją dlaczego należy chronić przyrodę i zapobiegać jej degradacji, ale przede wszystkim patrzą przez pryzmat rozwoju, w przeciwieństwie do Zachodu. Naukowcy nieustannie mówią nam, że ocieplenie jest wynikiem działalności człowieka. Kto twierdzi inaczej jest na bakier

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Dobry artykul, ale… Polska nie byla w ZSRR! ;)
    Pozdrawiam

Pozostaw odpowiedź