BLOGOSFERA

„Geozeta”: Wyprawa do Korei Południowej

Korea Południowa jest pięknym krajem. Pięknym i jednocześnie tak drogim, że ceny w sklepach, czy też za usługi mogą przyprawić o ból głowy nawet baronów SLD. Ale warto trochę zainwestować, aby go zobaczyć. Dużą pomoc w planowaniu taniej podróży, może nie do samej Korei, ale w głąb Azji na pewno, stanowi artykuł Andrzeja i Edyty Juda: „Lądem z Rzeszowa do Bangkoku”, zamieszczony w internetowym wydaniu Geozety, szczegółowo opisujący, co robić, aby zwiedzić jak najwięcej, za jak najmniejszą kasę. Dzięki zawartym w artykule wskazówkom, można zaoszczędzić naprawdę sporo pieniędzy – na tyle dużo, że warte jest to pięknych podziękowań – co też niniejszym czynię.

ŁÓDŹ – BRZEŚĆ

Swoją koreańską przygodę rozpoczynam 01 maja 2007 roku. Już na starcie spóźniam się na pociąg do Warszawy, ale czy można się temu dziwić, skoro pociąg odjeżdża o 07:35? To już pozostanie piękną tradycją, że będę się jeszcze często spóźniał na różne pociągi i autobusy w czasie tej wyprawy, i to zazwyczaj te odchodzące przed 10 rano. Szczęśliwie okazuje się, że z tego samego dworca kilkanaście minut później odjeżdża Polski Express do Warszawy. Droższy i wolniejszy, ale za to wyśmienite towarzystwo. Pan Piotr od razu rozpoczyna na tyle autokaru dyskusję o polityce i tylko przez okropny zbieg okoliczności nie kończy na rozpijaniu pasażerów alkoholem. Słowem człowiek-anioł.
W Warszawie już czeka na mnie Łukasz. Łukasza poznałem przez internet, dwa miesiące wcześniej, a chociaż widziałem go dotąd tylko raz i to bardzo krótko, to jednak okazuje się on wspaniałym i nieocenionym towarzyszem podróży, którego pogody ducha i subtelnego humoru będzie mi brakowało w następnych wyprawach.
Dokonujemy wymiany złotówek na rosyjskie ruble. Na dworcu centralnym jest bandycki przelicznik, ale wystarczy pofatygować się 200 metrów dalej, aby znaleźć zupełnie przyzwoite ceny. Warto wymiany dokonać jeszcze w Polsce, albowiem zarówno na granicy, jak i w Rosji, nie ma już tak korzystnego kursu. Dojazd pociągiem z Warszawy do Terespola na granicy polsko-białoruskiej zajmuje 3 godziny. PKP oferuje, co prawda bezpośrednie połączenie do leżącego 8 kilometrów dalej Brześcia, ale taki bilet o ile dobrze pamiętam, jest o 30 PLN droższy niż bilet do Terespola. Natomiast bilet z Terespola do Brześcia kosztuje równowartość 1 EURO, zatem jest to 3.88 PLN. Co prawda trzeba się przesiadać, ale dworzec w Terespolu nie jest wielki, więc nie ma wiele chodzenia.
Granicę polsko-białoruską przekraczamy w wysłużonym i mocno odrapanym wagonie. Czujemy się wśród powracających z przemytu ludzi, jak w filmie z lat 70-tych. Wszystko jest tu interesujące, niczym w innym świecie, do tego popsuć już nic nie można, albowiem wszystko w wagonie zostało już popsute wcześniej. Jednym słowem, coś takiego, co nie jest atrakcją turystyczną, a co później wspomina się z sentymentem. Należy tylko dodać, że na wjazd do Białorusi obywatele polscy nie potrzebują wizy białoruskiej o ile posiadają ważną wizę rosyjską.

BRZEŚĆ – MOSKWA

Białoruskie wagony śmiało mogą być nazwane ekskluzywnymi w porównaniu z rosyjskimi. W rosyjskich – okna niby drewniane, jednak mają chyba z 80 lat i aby nie wiało pouszczelniane są szmatami. Do tego nie otwierają się… chyba dlatego, aby do końca nie powypadały. Dobrze jest mieć swój śpiwór, albowiem od Brześcia zaczyna się podróżowanie różnej klasy kuszetkami i czasami za wydanie pościeli trzeba płacić. Są to drobne sumy, ale do miarki miarka i okazuje się, że na takie drobne usługi wydaje się więcej niż na piwo!
Na początku wydawało się nam, że roznoszona przez prowadnice (kobietę obsługującą wagon) kawa, herbata czy ciasteczka są za darmo, ale gdy po pewnym czasie wysiadły podróżujące z nami dwie przemiłe Białorusinki, szybko okazało się, że za to, co wydawało się za darmo, one wcześniej płaciły prowadnicy. Za darmo można było nalać sobie gorącej wody z samowara. To wszystko, ale i z tym byłby problem bez własnego kubka.
Pociąg dociera na dworzec Białoruski w Moskwie kilkanaście minut przed południem, to jest po 14 godzinach jazdy. Wcześniej słyszeliśmy liczne opowieści o ogromnych powierzchniach, na jakich rozpościera się Moskwa, więc troszkę panikujemy czy uda nam się zmienić dworzec i zdążyć na pociąg do Ulan-ude, odjeżdżający o 13:35 z dworca Jarosławskiego, który nie mamy pojęcia gdzie się znajduje. Jednak dotarcie z dworca Białoruskiego na Jarosławski okazuje się niezbyt skomplikowane. Całość zajmuje nam około 50 minut, z czego 40 minut zeszło nam na rozglądaniu się, robieniu zdjęć i uśmiechaniu się do miłych moskwiczanek. Bilet na metro kosztuje 17 RUBLI, a wejście do metra znajduje się przy samym dworcu. Należy przejechać trzy przystanki na stację Komsomolska, tutaj wysiada się zarówno na dworzec Jarosławski, jak i Kazański, oba położone jakieś 50 metrów od wyjścia z metra.

MOSKWA – IRKUCK

Udaje nam się kupić bilet potocznie zwany plackartą na pociąg z Moskwy do Irkucka. Kosztuje nas to 1900 RUBLI za osobę. Cieszymy się z tego bardzo. Po pierwsze, dlatego, że plackarta jest o wiele tańsza od biletu typu kupe, po drugie, należymy do osób, które wolą podróżować tego typu wagonami. Standardowy kupe to przedział sypialny z czterema łóżkami. Plackarta natomiast to podobny przedział, tylko bez drzwi, plus dodatkowe łóżka w korytarzu przy oknach. Zatem cały czas widzisz większość współpasażerów, a oni widzą ciebie. W tego typu wagonach po dwóch dniach podróży znasz wszystkich podróżujących w danym wagonie. Znasz ich imiona i imiona ich dzieci. Jecie wspólne posiłki i nawzajem częstujecie się narodowymi przysmakami, słowem – pełna integracja. Jeżeli tego nie lubisz, to plackarta nie jest dla ciebie.
Do Irkucka docieramy po czterech dniach podróży. Oczywiście wysiadamy zaopatrzeni w dziesiątki adresów osób poznanych w podróży. Sasza i Aleksiej, którzy wysiadają z nami, pomagają dowiedzieć się o dalsze połączenie do Nauszek, na granicy rosyjsko-mongolskiej. Następnie towarzyszą nam do ambasady mongolskiej. Tutaj się rozstajemy, oni idą załatwiać sprawy służbowe, a wieczorem lecą do Władywostoku. Nam nie udaje się dostać tego dnia do ambasady, więc idziemy szukać taniego noclegu, który polecono mi jeszcze w Polsce. Pomimo, że pani z kawiarenki internetowej drukuje nam mapę jak dojść na ulicę Lermontowa, gdzie ma znajdować się nasz hostel, a pół Irkucka aktywnie pomaga szukać hostelu, to jego zlokalizowanie okazało się niemożliwe. Ktoś dzwoni na informację turystyczną. Ktoś inny proponuje nocleg u siebie. Wraz z Łukaszem jesteśmy oczarowani bezinteresowną życzliwością tych ludzi. W końcu lądujemy w Akademickiej Gostinicy na Lermontowa 271a. Za najtańszy dostępny pokój żądają 490 RUBLI + 15 RUBLI jeżeli pragniesz skorzystać z prysznica, który znajduje się w piwnicy. Do tego trzeba zapłacić 150 RUBLI za rejestrację. Wszystko to było tak drogo, a my tak płakaliśmy z Łukaszem, że w końcu pani darowała nam opłatę rejestracyjną. Jednakże zaznaczyła, że może się okazać, iż będziemy musieli ją zapłacić, jeżeli dyrektor hotelu stwierdzi inaczej. Oczywiście następnego poranka nie ryzykowaliśmy spotkania z dyrektorem. O godzinie 9 rano, czyli dokładnie o godzinie, o której zacny dyrektor rozpoczynał pracę, opuściliśmy Gostinicę i skierowaliśmy nasze kroki na dworzec autobusowy, gdzie planowaliśmy złapać jakieś połączenie do Listwianki, tutejszego nadbajkalskiego ‚kurortu’. Wcześniej szybka wizyta w konsulacie mongolskim. Tu sporo przeszkód, gdyż trzeba zapłacić 2100 RUBLI, co znaczy, że musimy wymienić walutę, a jedyny znany pani w konsulacie bank okazuje się być w tym dniu zamknięty. Sympatyczna urzędniczka z konsulatu, po licznych naszych prośbach popartych a to łzami, a to komplementami, zgodziła się w końcu przyjąć od nas dolary zamiast rubli. Cały czas przy tym kiwała głową, jakby litując się nad naszym losem. Dzięki tej przemiłej Mongołce sprawy poszły szybko i o 14:30 siedzimy już w starym, powolnym i brudnym autobusie relacji Irkuck – Listwianka. Kosztuje to 60 RUBLI. Listwianka to ostatni przystanek, więc nie ma problemu, że się prześpi.
Bajkał jest piękny! Równie piękny jak Korea, więc nie należy szczędzić wysiłków, aby go zobaczyć. Woda krystalicznie czysta i przeraźliwie zimna. Dość mocno wieje, więc zamiast marznąć nad wodą, wspinamy się na góry otaczające jezioro. Wzdłuż asfaltowej drogi mnóstwo zaniedbanych chatek. W wielu można przenocować za przyzwoitą cenę. Nam udaje się znaleźć dwuosobowy pokój za 100 RUBLI, chociaż panują tu warunki iście spartańskie, a w nocy awantura pod oknem i ktoś dobija się do drzwi.
Następnego dnia spóźniamy się, (bo to już taka tradycja) na autobus powrotny do Irkucka o 11:00. Jedziemy więc busem. Busiki, chociaż prywatne, jeżdżą często i szybko, a do tego są w tej samej cenie co autobus. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że kasują po 20 RUBLI za każdy bagaż. Odbieramy nasze mongolskie wizy i na dworcu kupujemy bilety na pociąg do Nauszek (plackarta Irkuck – Nauszki kosztuje 580 RUBLI). Kupujemy je mimo przestróg pani w kasie, że Nauszki to strefa nadgraniczna i mogą nas tam nie wpuścić.
Do odjazdu pociągu mamy 5 godzin, więc robimy ostatnie zakupy. Zwiedzamy okolice i jeździmy rachitycznymi tramwajami, co sprawia nam najwięcej radości. Jazda tramwajem to rzecz, której nie można pominąć będąc w Irkucku. Wszystko jest tu zdumiewające: drzwi, kasowniki, siedzenia i ceny. Bilet kosztuje 6 RUBLI, a opłata za przejazd bez ważnego biletu 26 RUBLI! No i jak tu nie zakochać się w irkuckich tramwajach!?

IRKUCK – UŁAN BATOR

Oczywiście można kupić bezpośredni bilet z Irkucka do Ułan-Bator, ale wychodzi to ponad dwa razy drożej niż bilet dzielony Irkuck – Nauszki, Nauszki – Suche Bator, Suche Bator – Ułan Bator. Wiedzieliśmy o tym istotnym szczególe z artykułu państwa Andrzeja i Edyty Juda, o którym wspominałem na początku. W pociągu okazuje się, że cała lokalna populacja też podróżuje w ten sposób. Pociąg nie jest przepełniony, trasa niezbyt długa (wraz z 5 godzinnym postojem na stacji granicznej, będzie to 40 godzin), a do tego wyborne towarzystwo, więc jest miło. Rankiem następnego dnia po wyjeździe z Irkucka, poznajemy Aninkę, albo dokładniej ta przemiła dziewczyna poznaje nas. Aninka jest prześliczną Mongołką z Ułan Bator, która rozumie też troszkę po rosyjsku, więc można się dogadać. Do godz. 13, kiedy to przybywamy do Nauszek, spędzamy czas w towarzystwie Aninki. Dokładnie o trzynastej przychodzi mama Aninki i zabiera ją na nocniczek.
W Nauszkach kupujemy bilety do Suche Bator (150 RUBLI) Są to bilety na ten sam pociąg, który i tak stoi w Nauszkach kilka godzin. Jest piękna pogoda, więc większość podróżnych spaceruje po zadbanym i czystym dworcu. Czy muszę mówić, z kim my spacerujemy? Oczywiście z Aninką! Aninka ma 4 latka. Aninka chce włóczyć się z nami po dworcu, i płacze, kiedy mama woła ją do wagonu. Obiecujemy, że będziemy się nią opiekować i mama pozwala Anince zostać z nami godzinę dłużej. Musimy poświęcić wiele energii na pilnowanie, aby nie spadła z peronu czy nie wybrudziła się o wagony. Jednak za nasze trudy dostajemy najwspanialszą zapłatę. Kiedy już ostatecznie mama zabiera Aninkę spać, Aninka jeszcze wraca ściskając dwa wymięte żółte kwiatki, zerwane z dworcowego klombu. Jeden dla Łukasza, drugi dla mnie.
Z Nauszek jedziemy w wagonie pełnym młodych brazylijskich misjonarek. W Suche Bator kupujemy następny bilet (8400 TUGRUKÓW) i tym samym pociągiem jedziemy do Ułan Bator. Dzięki mamie Aninki odkrywamy pyszne kluski nadziewane wołowiną khuushuur. Wieczorem zaczyna padać deszcz i robi się bardzo chłodno. Brazylijki wysiadają w Durhanie, a nas, obficie zaopatrzonych przez miłe Brazylijki w jedzenie, przyprawy i słodycze, łapie smutek i grypa.
Do Ułan Bator dojeżdżamy o 7 rano. Jest deszczowo i zimno. Kasy krajowe otwierają o 09:00, ale już o 7 jest gigantyczna kolejka przed zamkniętym budynkiem. Nie ma wystarczającej ilości połączeń kolejowych, więc, aby mieć szanse na dzisiejszy pociąg do Zamyn-uud (stacji na granicy mongolsko – chińskiej) i my musimy ustawić się w kolejce. Bilet do Zamyn-uud: plackarta kosztuje 12.100 TUGRUKÓW, miejsce siedzące zaś 5.100 TUGRUKÓW. Nam udaje się dostać miejsca siedzące i tego samego dnia o 16:30 wyjeżdżamy z Ułan Bator.

ULAN BATOR – PEKIN

Na stację w Zamyn-uud pociąg przyjeżdża następnego dnia o 07:00. Przed stacją już czekają mini-busy i terenowe Uazy, za pieniądze przewożące ludzi na drugą stronę granicy; do Erlian. Chociaż tłok na placu dworcowym spory, to samochodów jest tak dużo, iż nie istnieje obawa, że nie będzie się czym przedostać na drugą stronę granicy, do Chin. Zresztą nie ma co się spieszyć, gdyż granicę otwierają o godzinie 10:00. Przejazd do Erlian Uazem kosztuje ok. 80 RMB, a autobusem 60 RMB.
Nawet przez chwilę nie jesteśmy zostawieni sami sobie. Mongołowie są niezwykle przyjacielscy i uprzejmi, więc cały czas jest przy nas ktoś, kto jest naszym przewodnikiem w świecie, w którym nie rządzi już alfabet łaciński. Na granicy mongolsko-chińskiej pomagają nam zarówno dziewczyny z restauracyjnego, jak i współpasażerowie z przedziału. My jednak do Erlian trafiamy z mówiącym po polsku, mongolskim lekarzem pracującym we Wrocławiu. Bogi, albowiem tak zwie się nasz nowy znajomy, zajmuje się nami, niczym rodzona matka. On i jego chińscy przyjaciele stawiają nam piwo, obiad, płacą za taksówki i wydają się być obrażeni, gdy chcemy też za coś zapłacić. Na koniec odprowadzają nas na dworzec autobusowy. Wsadzają do autobusu i upewniają się, że jakaś Mongołka, która też podróżuje do Pekinu, zaopiekuje się nami.
Autobusy jeżdżące między Erlian i Pekinem to wyłącznie autobusy sypialne. Autobus taki zabiera 33 pasażerów i kosztuje 180 RMB. Przejazd trwa 11 godzin, z jedną 20 minutową przerwą na posiłek i kilkoma krótszymi postojami na zatankowanie i na udanie się do toalety. Podróż autobusem sypialnym jest bardzo przyjemna, o ile nie jest się wyższym niż 160 cm. Miejsca leżące są wyjątkowo krótkie, więc osoby wyższe muszą cały czas leżeć z podkurczonymi nogami. Są też połączenia kolejowe Erlian – Pekin, ale pociąg odjeżdża tylko 2 razy w tygodni, a do tego czyni to o 00:57 – więc dla uczciwego Polaka, czasie absolutnie barbarzyńskim. Jedyną zaletą tego pociągu jest cena. Kosztuje odpowiednio: miejsce siedzące (hard seat) 64 RMB, miejsce leżące (hard sleeper) 126 RMB

PEKIN – SEUL

Jeżeli podróżując po Chinach, mamy za zadanie trafić pod konkretny adres, najlepiej mieć kartkę papieru z adresem zapisanym nie po angielsku, ale po chińsku, albowiem bardzo mało osób rozumie, gdy próbuje się wymawiać nazwę, albo pokazuje ją zapisaną alfabetem łacińskim.
W Pekinie mieszkamy tuż przy południowej części placu Niebiańskiego Spokoju. Jest to dzielnica hutongów, sklepów i tanich tradycyjnych barów, licznie odwiedzanych przez zagranicznych turystów. Z drugiej zaś strony mieszka tu dużo ludzi w skrajnej nędzy i w takich warunkach, iż aby nie raziło to zachodnich turystów, odgrodzono slumsy i mieszkających tam ludzi płotem. Nasz hostel nazywa się Dalee Hostel (obecnie zmieniono nazwę na Swann Hostel). Nie za bardzo go polecamy, albowiem jest to brudne miejsce (zresztą jak całe Chiny), bardzo obskurne i przeraźliwie zagrzybione. Jedyna zaleta to położenie, dosłownie w samym sercu miasta. Doba hotelowa kosztuje tu 28 RMB od osoby, ale jeszcze raz powtarzam, można znaleźć sporo hotelików w podobnej cenie, ale za to dużo przytulniejszych (spróbuj chociażby na www.hostelworld.com).
Po krótkim odpoczynku w stolicy Państwa Środka jadę do Tianjin. Jest trochę smutno, albowiem jadę już sam, a i pozostałą część drogi będę przemierzał bez niezawodnego Łukasza, który w Pekinie odbija na Hong-Kong i dalej na Filipiny.
Promy do Incheon w Korei Południowej odpływają z kilku różnych portów chińskich. Jak się wydaje, najtańsze promy są z Shidao, ale ponieważ kursują one tylko w określonych dniach, a mi nie udało się zdobyć informacji jakie to dokładnie są dni, więc z lenistwa wybrałem droższy, ale pobliski port w Tianjin. Jestem na dworcu kolejowym w Tianjin o 07:40 i mam całe trzy godziny do odpłynięcia promu, ale nie jest to dużo, albowiem jak się okazuje, żadna z pytanych osób nie słyszała o Promowym Terminalu Pasażerskim w Tianjin. Tracę bezcenne minuty na dowiadywanie się jak dotrzeć do portu. W końcu jakiś taksówkarz wyjaśnia, że terminal pasażerski wcale nie jest w Tianjin, tylko w oddalonym o 50 km Tanggu. Śmieję się, uważając, że w ten sposób chce naciągnąć mnie na kurs, uśmiech znika jednak z mojej twarzy, gdy zagadnięty policjant potwierdza słowa taksówkarza. Następne 30 minut tracę na bezowocne próby dowiedzenia się jak dojechać do Tanggu. Czując presję czasu, decyduję się jechać taksówką. Droga zajmuje całą godzinę i kosztuje 110 RMB. Moje najgorsze podejrzenia potwierdzają się w Tanggu. Oni rzeczywiście nazwali tutejszy terminal promowy Promowym Terminalem Pasażerskim w Tianjin!
Gdyby nie suto opłacony taksówkarz, prawdopodobnie całe wieki mógłbym błądzić po Tianjin, a nawet jeżeli nie zajęłoby to wieków, to i tak nie zdążyłbym na prom, gdyż do odpłynięcia zostało niecałe 30 minut, a ja nie mam nawet biletu. Trzeba więc szybko zakupić bilet (940 RMB), opłacić podatek portowy (30 RMB) i wejść na prom. Jestem ostatnim pasażerem i panie w kasie bardzo się denerwują, że muszą obsłużyć jeszcze jedną osobę. Lecz ja denerwuję się bardziej, albowiem spodziewałem się, że bilet będzie kosztował między 720, a 740 RMB i po prostu brakuje mi 200 RMB. Zostało 7 minut do planowego odpłynięcia promu, a ja muszę iść do kantoru, żeby wymienić walutę. Na szczęście, w Chinach rzadko co dzieje się na czas, więc mam szczęście; jeszcze trzy godziny stoimy w porcie.
Do Incheon w Korei Południowej prom przybija o 17:00 (powinien o 14:00). Na granicy skanują pasażerów na podwyższoną temperaturę. Ja jeszcze trochę przeziębiony po Mongolii, więc panikuję, żeby im zwykłe przeziębienie nie pomyliło się z czymś poważniejszym. Ale przeszedłem! Widocznie nie mam sarsa.
Niezbyt daleko od terminalu portowego w Incheon jest linia metra, którą można dostać się do Seulu. Tutaj wszystko jest dokładnie opisane po angielsku. Dużo osób posługuje się też tym językiem, a do tego są niezwykle życzliwi i grzeczni. Podchodzą z pomocą, gdy zamyślony stoję nad mapą. Pani z informacji w porcie dzwoni do mojego koreańskiego gospodarza, gdy nie potrafi wyjaśnić jak trafić pod wskazany adres. Ktoś jedzie ze mną metrem dwie stacje dalej tylko po to, aby się upewnić, że dobrze się przesiadam.
Słowem pomocni jak Mongołowie, tylko że alkoholu nie piją tak dużo… w każdym bądź razie nie w metrze. Bilet na metro kosztuje od 1000 KRW do 2000 KRW, w zależności od dystansu. Ja z Incheon do Seulu płacę 1800 KRW.

SEUL

Korea Południowa jest tak cudownym miejscem, że już w porcie fotografuję wszystko – nawet pasy dla pieszych na jezdni. Wszystko jest inne. Wszystko jest czyste i zaplanowane z niespotykanym wyczuciem. Gdy idziesz ulicą i chcesz usiąść na ławce, albowiem czujesz się zmęczony – ławka jest dokładnie w tym miejscu, w którym być powinna. Chcesz wyrzucić papierek – pod ręką jest kosz na śmieci. I tak jest ze wszystkim. Wszystko jest precyzyjnie zaplanowane i zorganizowane: od ruchu drogowego zaczynając, na przepisach państwowych kończąc. Efekty tego są widoczne na każdym kroku. Wystarczy powiedzieć, że w Seulu żyje 10 milionów ludzi na powierzchni podobnej Warszawie, a ja nigdy nie widziałem tam korka ulicznego, pomimo iż zarejestrowanych jest prawie półtora miliona pojazdów mechanicznych.
Jedyny problem, jaki napotkałem, to bankomaty. Większość z nich obsługuje tylko karty wydawane w Korei. Na początku operacji na ekranie musi się pojawić opcja: Domestic card – Foregin card. Jeżeli jej nie będzie, to znaczy możemy szukać innego bankomatu, albowiem ten nas nie obsłuży.
Ceny są dość wysokie, więc w 2 tygodnie wydaję wszystko, co miało mi starczyć na 6 miesięcy, ale nawet bez pieniędzy w Seulu nie można się nudzić. Władze miasta starannie dbają o to, żeby w mieście zawsze coś się działo. Zatem wystarczy wyjść na ulicę, a zawsze się na coś trafi: teatr uliczny, pokazy cyrkowe, koncert muzyczny, paradę uliczną czy najbardziej popularne pokazy gry na tradycyjnych koreańskich bębnach.

NAMSAL PARK

Park Namsal to usytuowana w centrum miasta granitowa góra. Na szczyt można dotrzeć kolejką linową albo na pieszo, czy to po stromych schodach, czy też ścieżką wijącą się wokół góry. Po drodze mnóstwo przystanków, gdzie można wypocząć albo się pogimnastykować, gdyż jest tu wiele przyrządów gimnastycznych. Na szczycie wieża Namsal. Wstęp na wieżę płatny, ale co wieczór od 17:00 do 23:00 na wieży odbywa się świetlne show, przepiękny pokaz różnobarwnych świateł. U podnóża góry znajduje się Namsankol – tradycyjna wioska koreańska. Piękny skansen z licznymi eksponatami, a do tego wjazd za darmo.

GÓRA INWANGSAN

Piękna kamienna góra (338 m npm) z doskonałą trasą na szczyt pośród XIV-wiecznych fortyfikacji oraz współczesnych linii obronnych. W strażnicach żołnierze z karabinami i armaty wycelowane na północ, jakby zaraz, gdzieś tam miała wybuchnąć wojna. Miłośnicy militariów i wspinaczek górskich winni koniecznie odwiedzić to miejsce. Góry nie porasta zbyt dużo roślinności, więc trasa nagradza malowniczym widokiem na Seul.

PAŁAC GYEONGBOKGUNG

Jedna z najznakomitszych struktur pałacowych na świecie. Bardzo praktycznie urządzone, aż zazdrości się dawnym mieszkańcom tego miejsca. Piękne ogrody oraz zdumiewający pawilon na wodzie. Wstęp 3000 KRW. Co kilka godzin widowiskowa zmiana wart przed pałacem, obserwowana przez tłumy przechodniów.

PAŁAC GYEONGHUIGUNG

Pałac Gyeonghuigung, zwany też drugim pałacem, to miejsce, w które król udawał się w przypadku niebezpieczeństwa. W okresie od kwietnia do grudnia (o ile jest ładna pogoda) na dziedzińcu pałacowym dwa razy w tygodniu (środy; soboty) między 13:30 a 15:00 odbywają się pokazy taekwondo, połączone z koncertami tradycyjnej muzyki koreańskiej. Wstęp do pałacu i na pokazy za darmo.
Artykuł został opublikowany na portalu geozeta.pl, jego autorem jest Tomasz Andrzejewski.
Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Geozeta”: Wyprawa do Korei Południowej Reviewed by on 15 maja 2010 .

Korea Południowa jest pięknym krajem. Pięknym i jednocześnie tak drogim, że ceny w sklepach, czy też za usługi mogą przyprawić o ból głowy nawet baronów SLD. Ale warto trochę zainwestować, aby go zobaczyć. Dużą pomoc w planowaniu taniej podróży, może nie do samej Korei, ale w głąb Azji na pewno, stanowi artykuł Andrzeja i Edyty

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź