BLOGOSFERA

„Geozeta”: U stóp himalajskich ośmiotysięczników

6045_nepal_himalaje_ama_dablamSama myśl o Himalajach wydawała nam się początkowo kompletną abstrakcją. Kojarzone z wielkimi, komercyjnymi projektami najwyższe góry świata rysowały się w naszej świadomości jako miejsce niedostępne dla młodych, żądnych świata ludzi. I jakkolwiek sami początkowo rozbawieni byliśmy brawurą własnego pomysłu, stopniowo przekonaliśmy się, że można. Nie chodziło nam przecież o wycieczki dla bogatych leniuchów. Himalaje można przemierzać także w pojedynkę, bez jazgotu tragarzy, jaków z dobytkiem na barkach, przewodników, których złote rady i doświadczenie nie pozwalają zgubić się w tłumie temu podobnych rozwrzeszczanych, kolorowych grup. Magia Himalajów działa na zmysły. My wiedzieliśmy, że można inaczej. Można po swojemu. I wiedzieliśmy, że nam się uda.
Już od pierwszych chwil spędzonych na nepalskiej ziemi czułem, że miejsce to ma w sobie coś wyjątkowego. Kontrastując z potwornie brudnym, betonowo obrzydliwym, hałaśliwym i zatłoczonym terminalem w Delhi, lotnisko międzynarodowe w Katmandu, wciśnięte pomiędzy łańcuchy górskie, wydało się mi prawdziwą oazą spokoju. Do budynku portu szliśmy pasem startowym nie niepokojeni przez nikogo, cisza, spokój, czyste powietrze. Schludny terminal z wypastowaną kamienną podłogą, kompletna pustka wewnątrz.
Czar prysł bardzo szybko. Oszołomieni krzykiem zaciskającego się gwałtownie wokół nas tłumu taksiarzy nie przebieraliśmy w ofertach i bez specjalnego targowania, dla świętego spokoju, wsiedliśmy do pierwszej z brzegu zdezelowanej Taty koloru wiśniowego, pamiętającej jeszcze czasy króla Mahendry. Jeśli ktoś chciałby w pigułce poznać nepalski temperament, bez wahania proponuję krótki kurs taksówką. Dla człowieka, który jeszcze kilkanaście godzin wcześniej delektował się wygodami cywilizacji zachodnioeuropejskiej, skończyło się to totalnym kulturowym szokiem. Zardzewiały szrot śmiało przemykał pomiędzy górami śmieci, zwierzętami wszelkiej maści i przeznaczenia, rowerami, motocyklami, rikszami i innymi podobnego kalibru cudami motoryzacji. Każde w swoim kierunku, bez oglądania się na cokolwiek. Te kilkanaście minut jazdy to zbyt mało by pojąć fenomen bezkolizyjnej przeprawy przez miasto przy braku zachowania jakichkolwiek przepisów. Komunikacyjna anarchia z symfonią klaksonów w tle.
Katmandu – miasto kontrastów, jak wszystko w Nepalu. Z jednej strony potworny brud, śmieci wydzielające odór nie do wytrzymania, masa bezdomnych wychudzonych zwierząt o wątpliwym zdrowiu. Z drugiej strony kolorowe neony, wszechobecne telefony komórkowe i kafejki internetowe na każdym rogu ulicy. Kraj, edyktem królewskim zamknięty na świat aż do lat pięćdziesiątych XX wieku wciąż tkwi mentalnie w średniowieczu. Aktualnie, to feudalne do niedawna państewko, gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu szczytem luksusu była szyba w oknie, gwałtownie zachłystuje się nowoczesnością. Szczególnie wśród młodych, zapatrzonych ślepo w indyjski wzór z południa. Starych nie widać. Umierają zbyt szybko, by się zestarzeć. Prawdziwy fenomen na mapie świata, o czym naprawdę warto pamiętać na każdym kroku.
To co zapamiętałem z tych kilku dni w Katmandu to piękne słońce, przyjemnie ciepłe wieczory, potworny gwar i tłok w wąskich uliczkach centrum, wszechobecny kurz i, pomimo pełni sezonu, praktycznie brak białych ludzi. Dzięki temu mogliśmy lepiej poznać samych Nepalczyków. Wiecznie uśmiechnięci, uprzejmi i pomocni. Co ujmuje szczególnie to ich beztroskie, pomimo biedy, podejście do życia i niewiarygodna uczciwość. Większość transakcji umawiana jest ustnie, bez względu na kwotę. Z każdym dniem upadały kolejne mity przywiezione z cywilizowanej Europy.
Szybko też przekonaliśmy się, jak biedne i szablonowe było nasze wyobrażenie samych Himalajów. Okazało się być bardzo niesprawiedliwe, one bowiem zaskakiwały nas dosłownie na każdym kroku. Choć lecąc kilkunastoosobowym Twin Otterem, przez przednią szybę kabiny pilotów widzieliśmy pocztówkową panoramę najwyższych himalajskich szczytów -białe wierzchołki, pokryte grubą warstwą lodu, srebrzyły się promieniami ostrego jesiennego słońca. I takimi je chcieliśmy widzieć – ekstremalnie surowymi i pięknymi zarazem. Tyle że przez trzy tygodnie naszego trekkingu góry pokazywały nam całą paletę odcieni. Zdarzyło się, że powracając w to samo miejsce po kilku dniach nie byliśmy w stanie uwierzyć, że tu już wcześniej byliśmy. Przywoływany z pamięci obraz skąpanego w zieleni gąszczu drzew i krzewów, teraz, zabarwiony na żółto-czerwono jesienny krajobraz przedstawiał zupełnie nową jakość. Pory roku tasowały się bez opamiętania, nie pozwalając nam popaść w znudzenie. Były dni, gdy zasypywani śniegiem wytrwale pokonywaliśmy kolejne odcinki, innymi razy w pełnym słońcu z trudem łapaliśmy oddech gęstego, gorącego powietrza.
Jeśli jednak ktoś chce zobaczyć Himalaje pełne śniegu – zawiedzie się. Bo śniegu doświadczyliśmy niewiele. Nawet bardzo wysoko, powyżej pięciu tysięcy metrów – gdzie okiem nie sięgnąć jedynie skały, kamienie i brunatna, wypalona przez silne słońce, trawa. Tylko jednego dnia było naprawdę biało. Lekko przyprószone gałęzie drzew, białe zbocza, w tle szczyty siedmio i ośmiotysięczników. Ujmująca zimowa sceneria, był to w zgodnej opinii najefektowniejszy dzień podczas całej wyprawy. Czar prysł jednak stosunkowo szybko, o poranku ostre jesienne słońce bezlitośnie stopiło resztki białego puchu, szlak pokryła warstwa błota, a otoczenie przybrało szarobury kolor. Szczęśliwie, gdy dotarliśmy do klasztoru w Tengboche, miejsce to wciąż jeszcze opierało się bezlitosnym słonecznym promieniom. Naszym oczom ukazał się widok niezapomniany. Zasypana śniegiem malutka wioska, otoczona ścianą gór z dominującym w tle, majestatycznym Ama Dablam. Ciszę i spokój tego świętego miejsca zakłócały jedynie okrzyki i śmiech młodych lamajskich mnichów, którzy beztrosko… jeździli na nartach. Wykorzystując drobne nierówności terenu wpinali buty w skórzane wiązania. Małe narty wypinały się często, powodując upadek śmiałka i radość pozostałych. Ci rozbawieni chłopcy za kilka godzin, w tłumie turystów, zmienią się w poważnych, skupionych i rozmodlonych mnichów. Teraz, nie czując na sobie wścibskich spojrzeń i fleszów aparatów, znów byli małymi dziećmi. Staraliśmy się nie burzyć tej magicznej w swojej prostocie atmosfery himalajskiego poranka. Śpiące jaki, konie cierpliwie wygrzebujące źdźbła trawy spod śniegu, pies ospale podnoszący powieki, by zaszczycić nas swoim leniwym spojrzeniem.
I wreszcie sam klasztor. Na wejście okazała brama i dwie stupy, niczym strażnicy pilnujące głównego budynku. Spore patio, zbudowane na planie kwadratu, arena religijnych uroczystości, tańców i obrzędów, prowadzące do serca budynku- obszernej sali z imponującym posągiem Buddy. Trafiliśmy tam jeszcze raz kilkanaście dni później, ponownie zahaczając o Tengboche w drodze powrotnej. Nie do końca świadomi powagi chwili znaleźliśmy się wówczas w samym centrum religijnych obrzędów. W gęsto zadymionym pomieszczeniu modliła się grupa buddyjskich duchownych. W środku tego wszystkiego my, dwoje młodych ludzi z dalekiego kraju, nieśmiało wychylający wzrok zza modlitewnego bębna, rytmicznie obwieszczającego nadejście kolejnych etapów uroczystości.

To był w ogóle niezwykły dzień w Tengboche. Spaliśmy u starego Nepalczyka o chińskich rysach twarzy, ze spiczastą bródką i wiecznie roześmianymi oczami. Praktycznie każdą rozmowę kwitował gwałtownym wybuchem rubasznego śmiechu. Wszyscy świeccy mieszkańcy Tengboche byli na swój sposób związani z klasztorem. Podobnie było w przypadku naszego gospodarza. Jego imponujący, murowany przybytek najprawdopodobniej służy poza sezonem mnichom za schronienie. Spaliśmy w skromnej ciemnej celi z małym okienkiem. Wieczór spędziliśmy w przytulnej izbie przy herbacie z grupą lamajskich duchownych. Przymierzali partię plastikowych okularów, których pokaźną ilość przywiózł tego dnia francuski lekarz. Buddyjscy dostojnicy, trzymając arkusze zabazgrane trudnymi do rozszyfrowania symbolami, rozbawieni sprawdzali kolejne egzemplarze szkieł. Przez chwilę zupełnie zapomnieli o wymaganej powadze. Przyglądaliśmy się tej niezwykłej scenie popijając gorący rosół z makaronem.
Ich obecność nie była przypadkowa. Od naszego gospodarza dowiedzieliśmy się, że następnego dnia o poranku odbędzie się wyjątkowa uroczystość. Nie mogliśmy tego przegapić. Do wioski przybyli najważniejsi duchowni z całego Nepalu, w tym przeorowie klasztorów Pengboche, Dingboche i Thame. Spotkanie na najwyższym szczeblu. Wszystko z powodu nowiutkiej stupy, wymagającej poświęcenia. Trwające wiele godzin monotonne modlitwy w oparach gęstego dymu nadwyrężyły jednak naszą cierpliwość. Ruszyliśmy więc dalej, nie doczekując ich końca.
Bo Tengboche tego dnia było już zupełnie innym miejscem niż wtedy, gdy zasypane śniegiem widzieliśmy je pierwszy raz. Brama klasztoru stanowiła prawdziwą granicę między dwoma światami, niestety coraz bardziej się przenikającymi. Za bramą świat znowu nabierał niezrozumiałego pędu. Ten pęd na barkach jucznych zwierząt przynieśli ze sobą biali ludzie. Porozsadzani przy stołach, krzątający się przed namiotami turyści opanowali wioskę, wszędzie narzucając swoje zasady. Tengboche przestało być oazą spokoju. Ruszyliśmy w dalszą drogę, musieliśmy zmienić otoczenie. Z jednej strony zdegustowani, z drugiej szczęśliwi, że choć na chwilę udało nam się uchwycić i poczuć utraconą atmosferę tego miejsca. To pewnie była jedna z ostatnich ku temu okazji.
Gdy sir Edmund Hillary budował w Lukli lotnisko, był pełen wiary i nadziei, że przysłuży się temu regionowi jak nikt inny. Kilkanaście lat później wyznał, że popełnił największy błąd swojego życia. Błąd nieodwracalny, sprowadzający na Himalaje prawdziwy kataklizm. Niedostępne dotychczas góry otworzyły swoje podwoje przed ciekawskimi. Tych z roku na rok przybywa, niestety ilość nie idzie w parze z jakością. Snobistyczna rządza wyczynu, gorączka Everestu przysłania oczy. W ciągu całego trekkingu spotkaliśmy zaledwie pojedyncze(sic!) osoby, które dźwigały swój dobytek na własnych plecach, poznające świat na swoich zasadach. I w przeważającej większości byli to Polacy. Bo w Himalajach panują już inne standardy. Te uosabia głośna grupa, z własnym przewodnikiem, grupą tragarzy i ich jaków – walizek na czterech owłosionych nogach. W wielu rozmowach słyszeliśmy o wyzysku Szerpów, którym płaci się głodowe stawki, którzy śpią pod gołym niebem na mrozie, podczas gdy ich wypoczęty „pan” raczy się gorącym posiłkiem przy ogniu. Powstające nakładem fundacji Hillary’ego przyczółki dla tragarzy tylko w minimalnym stopniu rozwiązują problem.
Szerpowie, ludzie gór. To kolejny z fenomenów tej krainy. Żyją tu i umierają, nie znając innego świata. Mentalnie różnią się znacznie od Nepalczyków z nizin. Nie poznali jeszcze siły pieniądza, zresztą na dobrą sprawę, na co im gotówka wśród gór? Choć z drugiej strony, inspirowani napływem białych powoli zmieniają się, jak i cały Nepal. Biały człowiek wzbudza ciekawość. Wyświetlacz lcd w aparacie to sensacja dla całej wioski. Chęć naśladowania budzących podziw białych ludzi póki co objawia się przede wszystkich ubiorem. Oczywiście produkcji nepalskiej, bo tu nikt do praw autorskich nie przywiązuje wagi. Chcesz wyglądać modnie, pokazać swoje bogactwo – wyglądaj jak biały przybysz z Zachodu, choćbyś miał być jedynie jego tanią podróbką… Zresztą podobny tok myślenia rzuca się w oczy w całym Nepalu – billboardy, reklamy w telewizji, modne audycje – wszystko w języku angielskim.
Minęliśmy grupę Szerpów. Każdy w puchowej kurtce z niedbale naszytym czymś, co ma przypominać logo znanej zachodniej marki. Na nogach jedno z dwóch pospolitych rodzajów obuwia. Pierwsze z nich to chińskie trampki materiałowe ze wzorem moro – to dla tych bogatszych. Biedniejsi, stanowiący większość, preferują gumowe klapki. Mróz, śnieg – gołe stopy przyodziane w klapki – niezawodny zestaw. Trzeba nie lada sprawności, by nie runąć w przepaść w takim „obuwiu”, lawirując pomiędzy kamieniami przysypanymi śniegiem, nierzadko w biegu z kilkudziesięcioma kilogramami na barkach. Są w tym prawdziwymi mistrzami.
Bieda doskwiera Szerpom na każdym kroku. Niby przywykli do trudnych warunków, niby nie są świadomi, że można mieszkać w czystym domu, bez trzody i kur w sypialni. Ale wspominany przeze mnie podziw dla białego człowieka uświadamia Nepalczykom, że można żyć lepiej. Horyzonty poszerza im dodatkowo powszechna edukacja. Wszystkie dzieci objęte są obowiązkiem szkolnym, szkoły obecne są w każdej większej wiosce. Nie może więc dziwić doskonała znajomość angielskiego oraz rosnąca świadomość obywatelska.
Świadomość rodzi frustrację, a ta z kolei jest doskonałą pożywką dla rewolucji. O partyzantce maoistycznej czytaliśmy mnóstwo jeszcze przed wyjazdem. Rzeczywistość zweryfikowała nasze wyobrażenie. Ruch jest wyraźnie mniej agresywny, niż to opisuje szukająca sensacji prasa, ale też niewyobrażalnie bardziej rozległy niż to, co bagatelizujący zagrożenie zachodni eksperci chcieliby wszystkim wmówić.
Obsmarowane setkami ciągnących się niczym mantra napisów mury, tysiące domowej roboty plakatów – to był pierwszy nasz kontakt z maoistyczną propagandą. Ginie on gdzieś w zgiełku stolicy, Katmandu żyje własnymi problemami. Ale w górach komuniści nie mają konkurencji. Na każdym kroku widzimy rewolucyjne odezwy, podobizny wodzów… Pierwszy realny nasz kontakt z partyzantką miał miejsce już drugiego dnia, na kilka godzin przed wejściem do Sagarmatha National Park. Bojownicy pobierali haracz, blokując jedyny most przewieszony nad rwącą rzeką Dudh Kosi. Elegancki transparent z czerwonego materiału kulturalnie oznajmiał z kim mamy do czynienia oraz dlaczego „uprzejmie prosi się” o uiszczenie stosownego podatku. Wysokość owej „dobrowolnej” składki na rewolucję regulował przygotowany dokument. Nie było to dużo na tyle, by rujnowało nasz budżet, jednocześnie nie tak mało, by spokojnie ów ubytek gotówki zignorować. Na potwierdzenie transakcji otrzymaliśmy ładny, profesjonalnie zaprojektowany bilecik(!). Wszystko miło i przyjemnie.
Już w Katmandu w bulwarowej prasie przeczytałem, że pewien Polak niemalże przypłacił życiem swój opór przeciwko wsparciu rewolucji. Jak napisano, tłumaczył się „własnymi fatalnymi doświadczeniami z czasów komunizmu w Polsce”. My aż tak szaleni nie byliśmy, choć oczywiście oszukaliśmy czerwonych na kilkaset rupii. Z drugiej jednak strony trudno odmówić im pewnych racji. Zapatrzeni w komunistyczny idealizm, na pytanie „Po co?”, potrafili palcem wskazać obiekty, które za zebrane pieniądze pobudowali, wyremontowali czy udoskonalili. Król, z pałacu otoczonego wysokim murem wszystkich szerpańskich problemów nie widzi. A w zasadzie to nie widzi żadnych.
Maoiści, czując przychylność mieszkańców, próbują ów podatny grunt wykorzystać. Skutecznie. Są wszędzie. Organizują spotkania, tłumaczą tubylcom, że mogą żyć lepiej, dostatniej i że receptą na to może być tylko komunizm. Wciąż nie wierzysz? To zapraszamy na efektowne przedstawienie – będą tańce, śpiewy, występy zespołów, światła i muzyka z głośników. Radość, zabawa, sielanka – to czeka Ciebie drogi Szerpie w laickim świecie według Mao. Jednocześnie najbardziej szokujące i niezrozumiałe wydaje się być rosnące poparcie rewolucji wśród emigrantów z Tybetu. To przede wszystkim Oni, polityczni i religijni emigranci, z ogromnym zaciekawieniem i nadzieją w oczach obserwowali tańczące na scenie postacie. W Nepalu pozostają na społecznym marginesie, koczując pod gołym niebem. Tandetne przedstawienia, pełne światełek i błyskotek, mają zwiastować lepsze jutro. W tym całym wariactwie tylko lamowie zachowują trzeźwość umysłów, smutnymi oczami obserwując laicyzację społeczeństwa.
Oddziaływanie na zmysł słuchu to naprawdę bardzo zmyślna strategia. Nepalczycy to niezwykle utalentowany muzycznie naród. Uwielbiają śpiewać i tańczyć. Nieraz, gdy otuleni w śpiworach próbowaliśmy zasnąć, dochodziły nas z oddali nepalskie śpiewy, charakteryzujące się powtarzanym po kilkadziesiąt razy krótkim motywem i zapewne improwizowanym tekstem. Gdy zapada mrok, przy ognisku, można pomyśleć, że czas tu zatrzymał się w miejscu. Muzyka towarzyszy im wszędzie. Śpiewają, gwiżdżą, nucą sobie pod nosem różne miejscowe przeboje, które po pewnym czasie nawet byliśmy w stanie pokojarzyć. Większym luksusem jest noszony w ręce czarny chiński plastikowy magnetofon. Obok szczęśliwego właściciela luksusowego towaru zbiera się wówczas większa grupa miejscowych i dalej podróżują już wspólnie, oczywiście ze śpiewem na ustach.
Bo podróżowanie stanowi sens życia Nepalczyka. Nie potrafią ustać w miejscu. To naród tragarzy. Można by pomyśleć, że urodzili się po to, by dźwigać różnej maści produkty we wszystkich możliwych kierunkach. Na ścieżkach, szczególnie w niższych partiach, mijaliśmy ich dziesiątki. Szczególnie w dniu sobotniego targu przemarsz bywał uciążliwy. Dodając do tego grupy turystów, momentami robiło się naprawdę tłoczno. Trudno się dziwić, że trasa z Lukli do Namche nazywana jest potocznie „autostradą”.
Były jednak na szczęście także i takie chwile, gdy byliśmy zupełnie sami. Przede wszystkim podczas przedzierania się na północ, w kierunku Gokyo. Ta trasa wciąż przegrywa w konkurencji z komercyjną przeprawą do bazy pod Mount Everestem, choć nie jest tajemnicą, że właśnie rejon Gokyo oferuje najpiękniejsze himalajskie krajobrazy. Bywały wówczas dni, gdy nie spotykaliśmy w zasadzie nikogo, wyłączając pasterzy. Choć i dla nich nie jest to miejsce przyjazne – otoczenie z każdą godziną, z każdym pokonywanym metrem wysokości, przyjmowało coraz bardziej księżycowy krajobraz. Kamienie oraz lekki szary pył stały się naszym nieodzownym towarzyszem. Wtedy też zetknęliśmy się z pierwszym himalajskim ośmiotysięcznikiem – oświetlona słonecznymi promieniami sylwetka majestatycznego Cho Oyu wskazywała nam przez najbliższe dni drogę na północ. Drogę trudną, bo naznaczoną znaczną zmianą wysokości. Z tego też powodu trasa ku Gokyo często staje się śmiertelną pułapką, pomimo niewielkich trudności technicznych. Wszystkiemu winna choroba wysokościowa- na ratunek może zabraknąć czasu.
My nad trzecie z kolei, szmaragdowe jeziorko Gokyo dotarliśmy bez większych problemów. To nad nim ulokowała się mała osada o tej samej nazwie, niegdyś sezonowa osada pasterska, dziś jako jedyna w promieniu dnia drogi przez cały rok dająca schronienie podróżnikom. Szczęśliwie daleko jej do zgiełku podobnych miejsc położonych w niższych partiach Himalajów. Zatrzymaliśmy się tu na kilka dni, okolica oferuje bowiem wiele trekkingowych atrakcji. A wszystko na wysokości pięciu tysięcy metrów. To wysokość, która już robi wrażenie – przede wszystkim na organizmie.
Widoki wynagradzają jednak cały trud. Idąc wzdłuż najdłuższego w Himalajach (choć niestety przysypanego warstwą pyłu) lodowca Ngozumpa dotarliśmy niemalże do stóp Cho Oyu, jego sylwetka była dosłownie na wyciągnięcie ręki. Po wdrapaniu się na jeden z wielu w okolicy pagórków naszym oczom ukazał się widok jeszcze bardziej spektakularny. Oto w oddali, idealnie na tle błękitnego nieba, rysowała się sylwetka Królowej Gór – Mount Everestu. Zresztą właśnie rejon Gokyo uchodzi na najlepszy punkt widokowy na Everest, który, spoglądając nań od zachodniej strony, nie jest przysłaniany przez ściany potężnej Lhotse.
Pełni szczęścia doświadczyliśmy jednak dopiero po wejściu na Gokyo Ri. Ten bardzo łatwy szczyt, górujący nad wioską Gokyo okazał się być idealnym punktem obserwacyjnym. Widać z niego cztery ośmiotysięczniki – Cho Oyu, Everest, Lhotse i Makalu oraz całe morze himalajskich siedmio- i sześciotysięczników. Wielu wrażeń dostarczyło nam wejście wieczorne, kiedy to daliśmy się skusić wizją zachodu słońca z Everestem w tle. Gruba warstwa chmur pokryła dolinę, nad nią my, oderwani od codzienności, która została gdzieś na dole, samotnie na szczycie przeżyliśmy chwile trudne do opisania.
Bo też całą tę wyprawę można określić mianem codziennego zmagania się ze skrajnościami. Od zgiełku po absolutną ciszę, od śniegu po pustynię, od rekreacji w dolinach po wdrapywanie się na złą sławą owianą przełęcz Cho La. Na monotonię nie sposób narzekać, szczególnie jeśli zapomni się o stereotypach. Bo Himalaje mają wciąż do zaoferowania nieporównywalnie więcej ponad płytkie skojarzenia. Trzeba tylko umieć to dostrzec. Dostrzec między wierszami wszechobecnej komercji. Warto, wrażenia pozostaną na całe życie.
Sponsorem wyprawy została firma Oskar z Warszawy – importer herbat, która umożliwiła realizację wyjazdu
Artykuł ukazał się na portalu Geozeta, jego autorką jest Klementyna Michalska.
Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Geozeta”: U stóp himalajskich ośmiotysięczników Reviewed by on 27 maja 2010 .

Sama myśl o Himalajach wydawała nam się początkowo kompletną abstrakcją. Kojarzone z wielkimi, komercyjnymi projektami najwyższe góry świata rysowały się w naszej świadomości jako miejsce niedostępne dla młodych, żądnych świata ludzi. I jakkolwiek sami początkowo rozbawieni byliśmy brawurą własnego pomysłu, stopniowo przekonaliśmy się, że można. Nie chodziło nam przecież o wycieczki dla bogatych leniuchów. Himalaje

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź