BLOGOSFERA

„Geozeta”: Japonia – Nippon – kraj wschodzącego słońca

Do krajaponiaju, gdzie słońce wschodzi jest naprawdę daleko. Czeka mnie długa podróż – 14 godzin lotu z przesiadką. Pierwszy etap podróży, z Warszawy do Frankfurtu, spędzam w towarzystwie polskich emigrantów – mieszkają w Kanadzie od wielu lat. Obok mnie pan Ziutek – opasły brzuch, złoty łańcuch i sygnety, amerykański akcent i pewność siebie. A gdzie lecę? Nie smutno samej? Takie ładne oczy…
Przez półtorej godziny słucham opowieści o walorach jego dziewczyny oraz wspaniałym życiu emigranta. Przynajmniej nie jest nudno. Potem gorzej – ponad 10 godzin do Osaki w samolocie pełnym miłych, aczkolwiek nie anglojęzycznych turystów japońskich. A słońce akurat wschodzi znad morza mgieł nad Wyspami Japońskimi…
…Jihpan – Kraj Wschodu Słońca – na końcu Azji, na krańcu świata. Tak w XIII wieku przedstawił Japonię, po powrocie do Europy, Marco Polo przebywający na mongolskim dworze Kublaj – Chana. Dziś używa się oficjalnie nazwy Nippon, która jest japońską transkrypcją znaków oznaczających „początek, źródło słońca”. Natomiast pierwsze wzmianki o Japonii pochodzą ze źródeł chińskich z I w. n.e. Nazywano ją wtedy krajem Wo, czyli Karłem. Mimo początkowo nikłego zainteresowania tym mało znaczącym dla nich krajem, Chińczycy mają swój ogromny wkład w naukę, rzemiosło i kulturę japońską – z Chin pochodzi przede wszystkim ideograficzne pismo, znajomość tkactwa, umiejętności wytopu żelaza i brązu. Japończycy przejęli też podstawy medycyny, astronomii oraz systemy filozoficzno – religijne: konfucjanizm i buddyzm, które wywarły ogromny wpływ na ich kulturę. Izolacja geograficzna wysp czy choćby zakaz kontaktów z Europejczykami pod groźbą śmierci w czasie Shogunatu* – to wszystko, dodatkowo, wpłynęło na powstanie specyficznego społeczeństwa o indywidualnej i odrębnej kulturze.
Dopiero w 1868 r., po objęciu władzy przez cesarza Mutsushito, Japonia otworzyła się na świat zewnętrzny i przeszła do epoki nowożytnej. Jakiegoż szoku musieli zaznawać jeszcze sto lat temu zachodni podróżnicy widząc japońskie arystokratki z zębami lakierowanymi na czarno, okrągłymi plamami malowanymi wysoko na czole zamiast wygolonych brwi i twarzami białymi od wytwarzanego na bazie ołowiu pudru.
Jaką tragedią dla prostego ludu japońskiego było wprowadzenie przez cesarza w 1872 r. nowego kalendarza w miejsce odwiecznego kalendarza księżycowo – słonecznego, gdzie terminy prac polowych były jasno określone przez stare przysłowia, np. „księżyc wzejdzie w ostatni dzień miesiąca, gdy prostytutki będą wierne, a jajka przybiorą kształt sześcianu”.
Jak nazwać nóż i widelec sprowadzony z Zachodu? Na bazie angielskich słów utworzono „foku” i „naifu”… Takich problemów powstawały tysiące.
Jednak pozostawmy problemy Japończyków, na razie to ja mam same problemy. Bez noża i widelca próbuję w samolocie zjeść obiad składający się z pędów bambusa w sosie sojowym, ryby i oczywiście ryżu. Na początku jest trudno, później uczę się odpowiedniego trzymania drewnianych pałeczek tak, aby nie wyślizgiwały się z ręki, a jednocześnie aby coś nimi nabrać. Cała sztuka polega na pozostawieniu jednej z nich sztywnej, a poruszaniu tylko drugą.
Lądowanie na lotnisku Kansai – wybudowane potężnym nakładem kosztów na wodach Zatoki Osaka – wrażenie spadania do Pacyfiku podnosi adrenalinę. Za chwilę ciąg dalszy wrażeń – odprawa celna i osobne bramki dla obcokrajowców. Celnik pyta mnie o każdy szczegół pobytu. Wyciąga duży album i zaczyna coś pokazywać – wygląda to jak karta dań ze zdjęciami. Na fotografiach różne lekarstwa, marihuana, białe proszki, broń… Chyba podejrzanie wyglądam. Przeczę stanowczo głową, to jednak nie daje mu pewności co do mej osoby. Opróżnia cały plecak, dłońmi maca każdą skarpetę i podkoszulek, ogląda konserwy. W końcu dziękuje i kłania się przepraszająco – naprawdę musiał to sprawdzić.
W informacji turystycznej próbuję się dowiedzieć jak przejechać lokalnymi pociągami do Fukouka na wyspie Kiusiu. Wszyscy są bardzo mili, starają się jak mogą, ale na pytanie szczegółowe dostaję odpowiedź: „yes, yes, yes” i szybkie kiwanie głową z pełnym szacunku uśmiechem – do tego ogranicza się znajomość obcego języka. Ostatecznie za horrendalną sumę kupuję bilet na superekspres Shinkansen. Raz w życiu chyba warto się przejechać najszybszym na świecie pociągiem. Shinkansen łączy ze sobą największe miasta Japonii siecią państwowych torów kolejowych zupełnie odrębnych od reszty linii, które w dużej mierze należą do 141 prywatnych towarzystw kolejowych. Prędkość jest naprawdę oszałamiająca – w ciągu 3 godzin i 15 minut pokonuję dystans ponad 600 km, po drodze zatrzymując się w głównych miastach południowej części wyspy Honsiu. W pociągu jestem sensacją z blond włosami i wysokim wzrostem – wszystkie dzieci pokazują mnie palcami, niektóre próbują się przymierzyć dokąd mi sięgają. Siedzę obok mężczyzn wracających z pracy – wszyscy w garniturach pod krawatem. Wyglądają niemalże identycznie. Jedynym szaleństwem na jakie sobie pozwalają jest świecąca kolorowo przywieszka do telefonu komórkowego, który zresztą nieustannie dzwoni. Niektórzy teraz jedzą obiad – wcześniej nie było czasu – sushi* z ryżem w drewnianych pojemniczkach. Mój sąsiad wyciąga z aktówki broszurę z wzorami i strategiami w grze GO. To gra planszowa, której celem jest zablokowanie pionków przeciwnika; powszechna rozrywka kształtująca logiczne myślenie, wręcz gra narodowa.
Za oknem mijają kolejne miasta. Właściwie to trudno uchwycić granicę między miastem a wsią – wszędzie zabudowa, w większości jedno-, dwukondygnacyjna. To zrozumiałe – Japonia należy do najbardziej sejsmicznych obszarów na świecie. Średnio notuje się 5000 wstrząsów sejsmicznych rocznie, z tego około 1000 jest odczuwalnych przez człowieka. Z tego względu, do 1961 r., w całym kraju obowiązywał zakaz budowy domów wyższych niż 31 m. Dziś już nie ma chyba niemożliwych rzeczy dla inżynierów japońskich… Niemniej na drzwiach windy w hotelu zauważam znaczek zakazujący korzystania z niej w czasie trzęsień ziemi, a pierwszą informacją, jaką czytam po zameldowaniu się, jest instrukcja postępowania na wypadek wstrząsów.
Mieszkam w mieście Saga w prefekturze o tej samej nazwie, w północno-zachodniej części wyspy Kiusiu. Saga jest malowniczo położona – na nadmorskiej nizinie otoczonej górami i stożkami wulkanicznymi. Wokół miasta rozległe pola ryżowe – płaskie, błotniste, poprzecinane kanałami. Wszystkie niemalże drogi krzyżują się pod kątem prostym, ale ich gęstość początkowo myli moją orientację w terenie – jadąc samochodem nie nadążam liczyć i sprawdzać na mapie skrzyżowań. A na dodatek ruch lewostronny – pierwsze wrażenia z jazdy obok kierowcy trochę stresujące. Podziwiam wyposażenie samochodów. Standardem jest system nawigacji satelitarnej. Przy wszystkich skrzyżowaniach wąskich uliczek stoją lustra drogowe, aby można było bezpiecznie wyjechać z podporządkowanego odcinka. W nocy zauważam jeszcze jedną innowację – gdy światła są już wyłączone, zawsze pozostaje jedno migające. Jednak tutaj jest zróżnicowanie – na głównej drodze miga żółte światło, a na podporządkowanej czerwone. Na każdym zjeździe z wiaduktu pasy zwalniające. W wielu miejscach obowiązuje, oczywiście ściśle przestrzegane, ograniczenie prędkości. Dlatego, wbrew pozorom, gęsta sieć dróg i doskonała organizacja ruchu wcale nie sprawiają, że jeździ się tutaj szybko. W Japonii jest naprawdę mnóstwo samochodów, zresztą większość rodzimej produkcji. Po ulicach suną wypucowane i błyszczące z daleka Toyoty, Hondy, Mazdy czy Isuzu… Czysty znaczy piękny samochód. Nawet przed budynkiem straży pożarnej strażacy pracowicie polerują bawełnianymi ściereczkami najdrobniejsze detale czerwonego wozu.
Kolejne zdziwienie – wzdłuż chodników ciągną się żółte pasy płyt o wystających, wybrzuszonych liniach. Początkowo uważaliśmy to za rozdział części dla pieszych i rowerzystów. Sprawa wyjaśnia się przed skrzyżowaniami i na zakrętach, gdzie pasy zmieniają się w wystające kropki – to oznaczenie chodników dla niewidomych ludzi. Wszystkie wypukłości czuć pod stopami. Saga jest jednym z pierwszych miast, gdzie wprowadzano takie udogodnienia – jest to związane z bliskością Nagasaki; po zrzuceniu bomby atomowej notowano wiele przypadków ślepoty. Obecnie niewidomi mogą dotrzeć wszędzie – alfabet Braile’a na poręczach metra, na guzikach w windzie, specjalne podejścia do bankomatów…
Wielu mieszkańców Sagi spotykam na rowerach, zwłaszcza dzieciaki jadące do szkoły. Wszystkie ubrane są w granatowe mundurki, pod spodem białe koszule – dziewczynki w granatowych, plisowanych spódniczkach do kolan; uzupełnieniem są białe lub czarne podkolanówki, chłopcy w szarych, wyprasowanych idealnie spodniach. Do tego mają torby na książki – identyczne dla wszystkich dzieci w jednej szkole. Aż strach uciekać z lekcji – każdy cię zauważy (dlatego któregoś dnia od razu rzuca mi się w oczy trzech „ananasów” w mundurkach, przeskakujących przez wysoki murek).
Japończycy dbają o swój wygląd. Na każdym rogu w mieście znajduje się zakład fryzjerski. Łatwo go rozpoznać – charakterystyczny słup z obracającymi się wewnątrz biało-granatowo-czerwonymi pasami. Wymarzonym kolorem włosów jest blond, niestety nieosiągalny dla prawdziwego Japończyka. Nawet najlepszy rozjaśniacz da w konsekwencji tylko rudą czuprynę…. Ach, te zazdrosne spojrzenia elegantek koncentrujące się na mojej fryzurze… Czuję się prawdziwą Słowianką.
Wieczorem odbywa się parada na ulicach miasta – powitanie gości zagranicznych i rozpoczęcie mistrzostw Pacyfiku w lotach balonów na ogrzane powietrze. Obserwujemy taniec – modlitwę o deszcz przy dźwięku gongów i okrzykach tancerzy. Wiele mieszkanek Sagi ubiera się na tą okazję w jedwabne kimona i zori – klapki „japonki” na wysokich gumowych podeszwach. Bogato haftowane jedwabne kimono tradycyjnie jest zakładane na ważne uroczystości i święta, nie tylko przez starszych ludzi. Zwiedzając shintoistyczną świątynię Matsu Bara akurat trafiamy na uroczystość Schischi – go – san, czyli odpowiednik naszego chrztu dzieci – wypędzanie złych duchów. Dziewczynki są ubrane w strojne kimona, chłopcy w jasne szaty. Złe duchy wypędza się z chłopców, gdy mają oni pięć lat, natomiast z kobietami zawsze jest trudniej – trzeba powtórzyć uroczystość (nigdy nic nie wiadomo, co tam w środku siedzi), najpierw w wieku trzech, a potem siedmiu lat. Rodzice w skupieniu wysłuchują modłów, a dzieci wiercą się niecierpliwie na ławkach w świątyni – kto ma ładniejszy strój?… Oprócz uroczystości rodzinnych oglądamy w świątyni wystawy bonsai przygotowane przez mieszkańców Sagi. Bonsai (dosłownie „roślina w płytkiej misce”) to karłowate drzewka w doniczkach, tradycyjny mini ogródek, który kiedyś miał zastępować zieleń w niewielkich mieszkaniach miast, a obecnie jest sam w sobie sztuką.
W Japonii notuje się ujemny przyrost naturalny, jednak to dzieci spotykam najczęściej. Wszyscy dorośli są w pracy, od rana do wieczora. Pewnego dnia Naoko, zaprzyjaźniona Japonka, zaprasza nas do siebie do pracy – do wydziału wodociągów i kanalizacji w urzędzie miejskim. Naoko jest pierwszą w Sadze kobietą-inżynier – mimo zmian w mentalności Japończyków, ciągle mężczyźni stanowią większość na uczelniach wyższych. Do urzędu idziemy oczywiście w czasie przerwy na lunch. Oprócz niej Japończyk nie odrywa się od swoich papierów i laptopa. Na parterze budynku dział spraw indywidualnych mieszkańców – dziesiątki stanowisk obsługi klienta, wolno stojące komputery na potrzeby mieszkańców, na środku holu ogrodzony dmuchanymi poduchami kącik z zabawkami dla dzieci. Zwiedzamy biura na górze – urzędnicy w jednakowych mundurach nie odrywają wzroku od swoich komputerów, wokół tony papieru. Naoko pyta czy w polskich urzędach też jest ustawowa przerwa na obiad. „Jak to nie ma?! To wszyscy siedzą w pracy głodni przez tyle godzin?” Już jej nie wyjaśniamy fenomenu nieustającej przerwy na ciasto i kawę w państwowych urzędach…
Zamek w Sadze – dziś już nie pełni funkcji obronnych, w środku obecnie mieści się szkoła. Pomieszczenia oddziela od siebie fusuma – rozsuwane drzwi zbudowane z drewnianych ram i grubego papieru. Trafiamy na lekcję kaligrafii – dzieci pracowicie trenują pisanie kolejnych znaków. Na Wyspach Japońskich w użyciu są trzy systemy pisma: kanji, hiragana i katakana. Kanji to pismo ideograficzne, składające się podobno z 48 tysięcy znaków, które mogą oznaczać całe wyrażenia, pojęcia i różne samopoczucie piszącego. Ze względu na trudności z nauką tylu znaków, w 1946 r. ograniczono ich ilość do 1850 używanych w mediach, które w zupełności wystarczają do porozumiewania się. Kanji wywodzi się z monosylabicznego języka chińskiego, gdzie jednemu znakowi jest przyporządkowana jedna litera, dlatego Japończycy mieli problemy z wyrażaniem swojego języka za pomocą kanji. Już w X wieku powstały dwa inne systemy pisma – hiragana i katakana. Hiragana to uproszczona, głoskowa wersja pisma kanji, uczona w szkołach w początkowej fazie nauki. Składa się tylko z 48 znaków, podobnie jak katakana, która służy do zapisywania przede wszystkim zapożyczonych wyrazów. Oprócz tego do obcych skrótów stosuje się romaji – alfabet łaciński. Tradycyjny sposób pisania to pionowo, z góry na dół, od prawej do lewej strony.
Pewnego dnia na stacji kolejowej widzimy robotników, którzy mierzą szyny – rozstaw, wysokość. Wieczorem oglądam telewizję lokalną. Sprzedawca w sklepie pokazuje rozbitą szybę. Dziwię się temu, myśląc że chodzi o włamanie – przecież takie rzeczy się tu nie zdarzają, w Japonii jest najniższy na świecie wskaźnik przestępczości. Za chwilę jednak widzę mapę Kiusiu z zaznaczonym punktem i rozchodzącymi się wokół niego kołami. Wszystko jasne – na wschodnim krańcu wyspy było dziś trzęsienie ziemi, do Sagi doszły wstrząsy o sile 2,50 w skali Richtera. Nic nie czuliśmy, a w mieście nie było żadnej paniki – przecież to normalne…
Telewizja publiczna całkowicie różna od polskiej – spokojna, raczej nie komercyjna. Dużo programów typowo japońskich – nauka ikebana, sztuki układania kwiatów, gry na tradycyjnych instrumentach, przyrządzania potraw z wodorostów i produktów dostępnych właściwie tylko tutaj. Ciągłe rozmowy, wymiana opinii, potakiwanie głowami i śmieszne dla nas okazywanie zdumienia – aaach, hmm… Programy przyrodnicze – Alpy Japońskie, zwierzęta na Hokkaido, lasy bambusowe na Kiusiu. Cały czas najważniejsza Japonia.
Stare, wąskie uliczki w Sadze – kolejne świątynie, drewniane domy z podwójnymi dachami, sklepy z kimonami. Mijający nas ludzie kłaniają się uprzejmie mówiąc „konichiwa” – dzień dobry. Nigdzie indziej nie spotkałam takiej kultury, szacunku dla innych i poszanowania praw. Niedopuszczalne jest wejście na pole uprawne bez pozwolenia – w czasie zawodów, aby postawić balon i wystartować, trzeba znaleźć we wsi właściciela ziemi i dostać od niego pisemną zgodę. Dlatego rano, gdy jest mało czasu na zastanawianie się nad miejscem startu, wszyscy zawodnicy rozkładają balony na wąskich drogach pośród pól. Również lądowanie jest ściśle określone – dozwolone są tylko publiczne miejsca, a jeśli jest to uprawa, to wyłącznie pola ryżowe po żniwach. Zawodnicy często dają drobne upominki właścicielowi ziemi, na której lądowali – w ramach rekompensaty za ewentualne szkody. Niezwykły kraj.
Grzecznie ustawiam się w kolejkach do określonych drzwi pociągu na peronie. Przecież wszystko jasne – na chodniku dworcowym wyraźnie jest napisane, w którym miejscu zatrzyma się dany wagon, i gdzie będą poszczególne drzwi do miejsc o określonych numerach. Po co się pchać? Wagon i tak zatrzyma się z dokładnością co do centymetra pomiędzy wyznaczonymi liniami…
Myślę, że obywatel Japonii wyjeżdżając gdziekolwiek poza swój kraj, musi przeżywać ogromny stres – nie wiadomo gdzie stanąć, jak wcisnąć się do nadjeżdżającego autobusu na przystanku, dlaczego trzeba pilnować swoich rzeczy?…
Czas wracać do Polski – patrzeć ciągle na bagaż, czekać aż pani w urzędzie skończy rozmowę telefoniczną z koleżanką… ale i mieć przyjaciół w pracy, z którymi można umówić się wieczorem na plotki, a nie dokończenie kolejnego projektu. Czy w Japonii jest lepiej? Nie można tak powiedzieć – jest po prostu inaczej.
* * *
Shogun – najwyższy zwierzchnik wojskowy w Japonii
Shogunat – okres rządów shogunów. Został wprowadzony w 1603 r. przez ród Tokugawa, który założył ośrodek administracji w Edo (obecnie Tokio) i trwał do 1868 r.
sushi – surowe „owoce morza” – ryby, skorupiaki (np. krewetki) zazwyczaj z chrzanem, często owinięte w suszone wodorosty nori

Podczas pisania artykułu korzystałam z publikacji L. Frederic Życie codzienne w Japonii u progu nowoczesności oraz R. Mydel Japonia.

Artykuł ukazał się na portalu Geozeta, jego autorem jest Agnieszka Małysa.
Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Geozeta”: Japonia – Nippon – kraj wschodzącego słońca Reviewed by on 5 maja 2010 .

Do kraju, gdzie słońce wschodzi jest naprawdę daleko. Czeka mnie długa podróż – 14 godzin lotu z przesiadką. Pierwszy etap podróży, z Warszawy do Frankfurtu, spędzam w towarzystwie polskich emigrantów – mieszkają w Kanadzie od wielu lat. Obok mnie pan Ziutek – opasły brzuch, złoty łańcuch i sygnety, amerykański akcent i pewność siebie. A gdzie

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź