BLOGOSFERA

„Geozeta”: Ballada o przekraczaniu granicy

Pakistański oficer na przejściu granicznym w Wagah, będącym jedynym połączeniem z sąsiednimi Indiami, postawił sprawę jasno:
– Wymiana pieniędzy u mnie albo rewizja osobista. Poza tym informuję, że granica zamykana jest już za dwie godziny i łatwo można się spóźnić…
– Ale przecież wywóz i wwóz rupii indyjskich do Indii jest zabroniony. Celnicy znajdą je i skonfiskują.
– A kto mówi, że znajdą? Po prostu nie należy im o nich mówić
Pomimo zastosmapkatoswania się do poleceń straży granicznej sprawdzenie bagażu trwa dość długo. Mniej więcej tyle, ile potrzeba na wysypanie zawartości sporego plecaka i drobiazgowe oględziny stanu bielizny, przyborów toaletowych oraz przekartkowanie kilku książek. Potem następuje wypełnianie nieodzownej deklaracji przy-bycia, wpis w księgę zawierającą dane osób przekraczających granicę oraz gwóźdź programu, czyli „uroczystość” wbicia pieczątki do paszportu.
Urzędujący za miedzą Hindus przywitał się wylewnie, po czym szybko przeszedł do konkretów każąc natychmiast opróżnić plecaki. Prawdopodobnie sytuacja ta wynika z niezbyt przyjaznych stosunków panujących między tymi krajami, a może ludzie chcą najzwyczajniej dorobić do pensji. Na granicy Indii z Bangladeszem być może istotny jest również czynnik nudy, gdyż na niektórych przejściach dzielni funkcjonariusze borykają się nawet z trzema turystami w miesiącu. W takiej sytuacji, z pojawiającymi się sporadycznie cudzoziemcami z zachodu, miło jest po prostu porozmawiać, a nawet dłużej po-dyskutować. Dwie godziny na wbicie stempla, kilka na przejrzenie bagażu, plus „symboliczna” chwila na wypicie herbaty i wymianę serdeczności.
Oczekiwanie na zakończenie odprawy może zostać skrócone dobrowolną i bezpośrednią dotacją na służby graniczne. Wymaga to domyślności ze strony pod-różnego, gdyż hinduscy mundurowi mają wyraźne opory w sugerowaniu łapówki. Na odwagę nazwania rzeczy po imieniu zdobył się tylko sędziwy urzędnik odpowiedzialny za ewidencję turystów przekraczających granicę. Wstemplowanie jednej pieczątki i wpis w grubą księgę zajęły mu blisko dwie godziny. Po zakończeniu czynności służbowych wyciągną rękę prosząc nieśmiało o jałmużnę, mamrocząc pod nosem jak bardzo okazał się być pomocny.
Załatwienie spraw po stronie bengalskiej jest dużo prostsze – nosi wręcz znamiona profesjonalizmu. Oficer wyciągnął rękę na powitanie, po czym bez zbędnych ceregieli spytał o stan posiadania miejscowej waluty.
– Mam 400 taka (czyli około 10 dolarów).
– Dobrze, widzi pan tego chłopca? – pogranicznik wskazał na mizernego chłopczynę o oczach aniołka, który nagle zmaterializował się w pokoju odpraw – on jest bardzo biedny, a pan może mu pomóc.
– W jaki sposób?
– Sto taka to chyba niezbyt duży wydatek…
Miły dla oka banknot zmienił właściciela, a zadowolony funkcjonariusz nawet nie otworzył paszportu, nie wspominając o przetrząsaniu bagażu.
Spędzenie połowy dnia na odprawie granicznej jest tu zarezerwowane jednak tylko dla turystów. Miejscowi nie zawracają sobie głowy czymś takim jak przejście graniczne, a granicę przekraczają 20 metrów dalej przeskakując półmetrowy murek. Nie korzystanie z oficjalnego przejścia pozwala też na przeniesienie alkoholu, papierosów i innych tego typu rzeczy pierwszej potrzeby do muzułmańskiego Bangladeszu z rządzonego przez komunistów Bengalu Zachodniego. Pogranicznicy zdają się nie zauważać tego procederu i tylko czasami dla rozprostowania kości szybkim krokiem ruszają w kierunku co powolniejszych obywateli wymachując przy tym bambusową pałką i gwiżdżąc głośno policyjnym gwizdkiem.
Po zebraniu doświadczeń w Indiach i Bangladeszu sporym zaskoczeniem jest odwiedzenie przejścia pomiędzy Pakistanem a Chinami znajdującego się na przełęczy Khunjerab. Po stronie pakistańskiej formalności załatwia się w położonym 80 kilometrów przed granicą Suście. Żeby móc cieszyć się pieczątką z chińskimi znakami trzeba uzbroić się w cierpliwość i pokonać drogę do odpowiedniego urzędu chińskiego stojącego w odległym o 120 kilometrów od granicy Tashkurganie. W sumie między posterunkami granicznymi jest około 200 kilometrów, a ich obsada zbiera się tylko z okazji przyjazdów rejsowych autobusów. Oczekiwanie po stronie chińskiej trwa krótko. Obsługa dobrze wypełnia swoje zadania, a przeszukiwanie bagażu odbywa się sprawnie i szybko. Poza tym pogranicznicy są mili i chętnie zabawiają turystów rozmową.
– Wiecie towarzyszu – zagadnął po rosyjsku zawiany urzędnik w nierówno zapiętym mundurze – to jest taki, ten, no… – Chińczyk walczył o utrzymanie równowagi na krześle gorączkowo szukając w pamięci brakującego słowa – międzynarodowy esperanto — wymamrotał z ulgą mając na myśli język Puszkina.
Na posterunku po stronie pakistańskiej panuje całkowity luz. Obsada przychodzi tam do pracy jak na towarzyskie spotkanie. Jeden z funkcjonariuszy ma beret, drugi pas z nabojami, a trzeci karabin. Siły nie w pełni zbrojne siedzą na werandzie rządowego budynku zajmując się kontemplowaniem widoku pobliskich szczytów. Pojawienie się turystów sprawia, że po-granicznicy machają z niechęcią rękami dając w ten sposób do zrozumienia, że nie są zainteresowani jakąkolwiek formą kontroli. Wbijają pieczątkę, obowiązkowo wpisują podróżnych do grubej księgi i po wszystkim. Od czasu do czasu zajrzą do podręcznych toreb, pytając o posiadanie broni, narkotyków i alkoholu. Na tym koniec.
Jednak czasami podróżnych może spotkać niemiła niespodzianka w postaci kontroli bagażu na jednym z wojskowych posterunków znajdujących się między Sustem i przełęczą Khunjerab. Dwóch żołnierzy zatrzymuje autobus powracający z Chin, każe wszystkim wysiąść i rozpoczyna przeglądanie pozostawionych w pojeździe rzeczy. Znalezione w bagażu podręcznym dwie butelki wydały się im podejrzane.
– Co to jest? – zapytał jeden z nich pokazując na litrową plastykową butelkę.
– Wódka.
– Co takiego…? – Widać, że żołnierz nie posiada na tyle bogatego zasobu słów by zrozumieć ten wyraz. Czy to rodzaj wody mineralnej? – odkręcenie nakrętki rozwiewa jednak jego wątpliwości. A ta druga butelka to co? – obrońca pakistańskich granic spojrzał na etykietkę – whisky?! Tego nie można wwozić do Pakistanu. Zabieramy obydwie butelki w celu komisyjnego zniszczenia.
I tak miłe pamiątki z Chin oddaliły się wraz z żołnierzami, którzy zdawali się promienieć ze szczęścia na samą myśl o tym, że dane im będzie „komisyjnie” wylać zawartość butelek w gardła swoje i swoich kolegów, lub też dorobić do pensji sprzedając alkohol na bazarze jakiegoś miasteczka za całkiem okrągłą sumkę.
Są jednak granice, na których posterunki można by po prostu zamknąć, a ich obsługa sprawia, że przypominający wczasowiczów pakistańscy mundurowi wydają się nadgorliwi w pełnieniu swych obowiązków. Przykładem są przejścia między Indiami i Nepalem, gdzie turysta często sam musi odnaleźć celników zakamuflowanych w barakach wciśniętych między karłowate sklepiki. Z własnej woli raczej nikt się nim nie zainteresuje, przez co czasem aż żal chwyta za serce na myśl o dolarach wydanych na wizę. Przecież można było przejść za darmo. Poza tym pieniądze te mogłyby zostać przeznaczone na cel prawie charytatywny, taki jak choćby dofinansowanie straży granicznej.
Nie wszędzie turysta jest jednak godzinami goszczony na granicy. Otóż na przejściu irańsko-pakistańskim w Mirjave do spokojnie czekających na swoją kolej turystów podchodzi irański żołnierz i bez zbędnych ceregieli prowadzi ich na sam początek kolejki. Potem następuje błyskawiczna kontrola paszportów zakończona wbiciem pieczątki bez zbędnego marnowania czasu na choćby pobieżne sprawdzenie bagażu i już po 10 minutach jest się po drugiej stronie płotu wyznaczającego granicę. Za plecami pozo-staje wielki portret Chomeiniego, a przed oczyma roztacza się widok na duży bazar i stojący obok pakistański Immigration Office. A tu już normalnie – wielka księga „pamiątkowa”, długie celebrowanie wbicia pieczątki i znów czas zaczyna wolno płynąć…
Artykuł ukazał się na portalu geozeta.pl, jego autorami są Maciej Zych, Sebastian Czech.
Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Geozeta”: Ballada o przekraczaniu granicy Reviewed by on 26 kwietnia 2010 .

Pakistański oficer na przejściu granicznym w Wagah, będącym jedynym połączeniem z sąsiednimi Indiami, postawił sprawę jasno: – Wymiana pieniędzy u mnie albo rewizja osobista. Poza tym informuję, że granica zamykana jest już za dwie godziny i łatwo można się spóźnić… – Ale przecież wywóz i wwóz rupii indyjskich do Indii jest zabroniony. Celnicy znajdą je

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź