Artykuły,Publicystyka

G. Wojciul: Relacja z podróży po Tajlandii i Laosie – odcinek trzeci – przez Laos w stylu slow

Ulice Luang Prabang

Ulice Luang Prabang

Laos to kraj, który pozwala nam zwolnić i nacieszyć się widokiem natury. Niewielu turystów, nienajlepsza infrastruktura drogowa i duże odległości czynią to miejsce stosunkowo niepopularnym celem podróży w Azji Południowo- Wschodniej. Wszystko tu odbywa się powoli – począwszy od dwudniowego rejsu łodzią z tajskiej granicy do Luang Prabang, na pokonaniu 168-kilometrowej trasy w ponad pięć godzin skończywszy. Gdy to piszę, moja przygoda w Laosie już prawie dobiega końca i z pewnością mogę powiedzieć, że dzięki imponującym krajobrazom, przemiłym mieszkańcom i luźnej atmosferze kraj ten stał się aktualnie moim ulubionym w tej części kontynentu.

W tym odcinku pojawi się więcej zdjęć niż zwykle, ponieważ to nie słowa, a widoki najlepiej oddają tutejszy klimat.

Brzeg Mekongu

Brzeg Mekongu

W dniu wyjazdu z Chiang Rai byłam bardziej niż zwykle pełna obaw co do naszej podróży do następnego celu – miasta Luang Prabang w Laosie. W Internecie krąży mnóstwo złych opinii dotyczących dwudniowego rejsu łodzią, które prawie mnie zniechęciły do wybrania tego środka transportu, ale ze względu na brak alternatyw (podróż autokarem nie wchodziła w grę) punktualnie o 6 rano stawiliśmy się w miejscu zbiórki. Rejs wbrew obiegowym opiniom okazał się bardzo przyjemny, bo czy może być coś lepszego niż dwa dni spędzone na podziwianiu pięknych krajobrazów w całkowitej ciszy z książką w ręce? Od poziomu komfortu zależało jednak, jak wcześnie uda się pasażerowi dotrzeć do portu, zająć miejsce z przodu łodzi z dała od silnika oraz kupić jakiś prowiant. My na szczęście dotarliśmy jako jedni z pierwszych, więc podróż minęła nam bezstresowo i gdyby nie internetowe fora, nigdy nie przyszedłby mi do głowy, chociażby jeden powód do narzekania. Jakiekolwiek stresy związane z podróżą rekompensują w tym przypadku piękne widoki, znacznie różniące się od tych, które możemy podziwiać np. w Tajlandii. Z ziemi nagle wyrastają góry porośnięte gęstą dżunglą, murowane domu przy drodze zamieniają się w drewniane chatki pokryte strzechą, a nad brzegiem już tylko majestatyczne skały w meandrach rzecznych i niezmierzone połacie zielonych łąk.

Łódź pasażerska do Luang Prabang

Łódź pasażerska do Luang Prabang

Widok z łodzi

Widok z łodzi

Luang Prabang spodobało mi się już w chwili dotarcia do portu. Miasto znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, czego można domyślić się nie tylko docierając do centrum, ale też wędrując po urokliwych przedmieściach. Wszystko jest konsekwentnie zaprojektowane w kolonialnym stylu jakby lekko zaniedbane, a tego pięknie położone pomiędzy gęstą dżunglą i Mekongiem. Samo Luang Prabang oferuje wiele dla każdego typu podróżnika – można spędzić cały dzień, oglądając świątynie i poznawać kulturę Laosu w tutejszych muzeach, chłonąć atmosferę miasta przesiadując w kawiarni czy szukać wrażeń zażywając orzeźwiającej kąpieli w wodospadach. Nasz pierwszy dzień tam spędziliśmy w rejonie pobliskiego wodospadu Kuang Si, gdzie nie tylko można skakać do wody z wysokich drzew i zobaczyć wodospad prawie u samego źródła wspinając się kilka kilometrów w górę, lecz także obejrzeć tutejsze niedźwiedzie laotańskie i zwiedzić park narodowy. Z mojego doświadczenia wynika, że lepiej pojechać tam w porze popołudniowej i mieć wodospad prawie dla siebie. Ja trafiłam nawet na kąpiących się mnichów z pobliskiej świątyni!

 

 

Architektura Luang Prabang

Architektura Luang Prabang

Piętrowy wodospad Kuang Si udostępniony do kąpieli

Piętrowy wodospad Kuang Si udostępniony do kąpieli

Jak już jesteśmy przy mnichach, to zdecydowanie jednym z najciekawszych momentów w Luang Prabang była ceremonia wręczania darów mnichom przez mieszkańców miasteczka. Codziennie przed godziną szóstą przy głównej drodze ustawiają się lokalni z przygotowanym przez siebie ryżem, po kolei wrzucają go garściami do garnuszków mnichów, Ci zaś spożywają dary na śniadanie. Obserwowanie tej ceremonii może być pełnym zadumy doświadczeniem lokalnej tradycji i kultury, ale wystarczy ustawić się najbliżej głównej ulicy, a wszystko zepsuć mogą rozentuzjazmowani turyści celujący obiektywami prosto w twarze mnichów. Zwyczaj ten jest praktykowany też w innych miastach w Laosie, ale tam i mnichów i darczyńców jest o wiele mniej. Chwilę przed zakończeniem ceremonii, tylnymi ulicami udałam się do wejścia na górę Phousi, z której przy odrobinie szczęścia i organizacji można podziwiać wschód słońca nad Luang Prabang. Dzięki wczesnej porze udało mi się zdobyć (niewysoki co prawda) szczyt jeszcze zanim zrobiło się gorąco. Później tego samego dnia czekał mnie przejazd do Vang Vieng, który podobnie jak rejs łodzią od granicy codziennie pozwala turystom ćwiczyć się w sztuce cierpliwości. Niecałe 168 km, jakie dzieli Luang Prabang i Vang Vieng pokonuje się tu małym busem, po bardzo krętych, w większości jeszcze nieasfaltowych drogach w, uwaga, pięć godzin!

Buddyjscy mnisi o świcie

Buddyjscy mnisi o świcie

Ceremonia wręczania darów

Ceremonia wręczania darów

Sposób, w jaki spędzimy czas w Vang Vieng bardzo zależy od pory roku, która obecnie trwa oraz od własnego zaangażowania w organizację dodatkowych aktywności. Samo miasto raczej nie zachwyca – jest to niewielka wioska, która liczy sobie cztery ulice i pełni funkcję noclegowni dla wszystkich, którzy decydują się bliżej poznać zielone okolice Vang Vieng. Mój plan w tym mieście początkowo obejmował lot balonem, oglądanie zachodów słońca i zwiedzanie pobliskich jaskiń, ale ze względu właśnie na porę deszczową, loty balonem zostały zawieszone, a zachodów słońca nie sposób dostrzec zza niskich i gęstych chmur. Plan się zmienił i jeden dzień spędziłam w kajaku, pokonując trasę 20 km w dół Mekongu z kilkoma przystankami po drodze. Zdecydowałam się w tym przypadku na spływ organizowany przez jedną z agencji turystycznych, głównie ze względu na bezpieczeństwo – podczas pory deszczowej rzeka ma bardzo silny prąd i tylko ci, którzy regularnie pokonują tę trasę wiedzą, które momenty są niebezpieczne i z której strony pokonać ewentualne przeszkody. Podczas spływu odwiedziliśmy także dwie jaskinie, z czego jedną z nich pokonaliśmy początkowo w dmuchanym kole, następnie po kolana w błocie, a na koniec płynąc o własnych siłach, mając do dyspozycji asekuracyjną linę. Było to ciekawe doświadczenie, a sama przeprawa zdecydowanie nie należała do najłatwiejszych – poziom trudności zaskoczył chyba wszystkich w mojej grupie.

Vang Vieng

Vang Vieng

Kolejnym przystankiem podczas spływu rzeką był lunch w jednym z barów zlokalizowanych ok. 5 km na północ od Vang Vieng. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby to właśnie ta owiana legendą okolica barów nie była kilka lat temu głównym punktem na azjatyckiej mapie imprezowania. W 2012 roku zabawa się jednak skończyła, rząd postanowił zamknąć większość barów i pozostawił tylko dwa czy trzy w charakterze pamiątki po tamtych czasach. Wszystko za sprawą łatwo dostępnych środków odurzających i turystów nie umiejących zachować umiaru, co w efekcie doprowadziło w tamtym roku do utopienia się dwudziestu osób i natychmiastowej interwencji państwa. Sam pomysł na laotańskie wydanie znanego na Zachodzie „pub crawl” był bardzo udany – kilka kilometrów poza miastem każdy otrzymywał swoje dmuchane koło i płynąc wzdłuż rzeki, był ściągany na linie do barów przez czekających na gości kelnerów. W ten sposób można było spędzić cały dzień, poznając ludzi i korzystając z pięknej pogody. Dzisiaj po tamtej atmosferze nie ma już śladu, choć niektórzy nadal wypożyczają koła i dryfując po rzece, zatrzymują się w barach, które jeszcze zostały. Mnie taka lekko wymarła atmosfera bardzo odpowiadała, zwłaszcza kiedy udaję się na spływ i moim głównym celem jest podziwianie krajobrazów.

Przemierzając okolice Vang Vieng

Przemierzając okolice Vang Vieng

Pozostałe dni w Vang Vieng spędziłam po swojemu, chociaż długo zastanawiałam się, czy nie wybrać się na górską wspinaczkę lub tzw. ziplining. Zamiast tego wybrałam lekcję jogi, prowadzoną przez miejscową nauczycielkę, w drewnianej chatce z widokiem na góry i Mekong oraz chwilę z książką w słynnym barze, gdzie przez cały czas emitowane są kolejne odcinki amerykańskiego serialu „Przyjaciele”. Kolejnym miastem na mapie naszej podróży jest stolica Laosu, Vientiane. Spędziliśmy tam tylko jedną noc i wyruszyliśmy dalej na południe kraju, gdzie dotąd żadna z poznanych przez nas osób nie miała zamiaru jechać.

Ulice Vang Vieng

Ulice Vang Vieng

Wodospad Kuang Si w Luang Prabang

Wodospad Kuang Si w Luang Prabang

Gabriela Wojciul

Udostępnij:
  • 22
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    22
    Udostępnienia
G. Wojciul: Relacja z podróży po Tajlandii i Laosie – odcinek trzeci – przez Laos w stylu slow Reviewed by on 25 lipca 2016 .

Laos to kraj, który pozwala nam zwolnić i nacieszyć się widokiem natury. Niewielu turystów, nienajlepsza infrastruktura drogowa i duże odległości czynią to miejsce stosunkowo niepopularnym celem podróży w Azji Południowo- Wschodniej. Wszystko tu odbywa się powoli – począwszy od dwudniowego rejsu łodzią z tajskiej granicy do Luang Prabang, na pokonaniu 168-kilometrowej trasy w ponad pięć

Udostępnij:
  • 22
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    22
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź