Artykuły,Publicystyka,Relacje z podróży

G. Wojciul: Relacja z podróży po Tajlandii i Laosie – odcinek pierwszy – Bangkok

Ostatni raz w regionie Azji południowo- wschodniej byłam przeszło cztery miesiące temu, odwiedzając w ciągu 40 dni Tajlandię, Kambodżę i Wietnam. Tym razem zdecydowałam się ponownie odwiedzić Tajlandię (i zobaczyć to, czego nie udało mi się zwiedzić poprzednim razem) i następnie udać się do Laosu, w poszukiwaniu krajobrazów rodem z Tajlandii 20 lat temu.

Swoją podróż rozpoczęłam w Bangkoku, skąd łatwo można dostać się w każdy zakątek Tajlandii. Cztery miesiące temu również zaczynałam w tym mieście, spędzając tam pięć intensywnych dni, dlatego tym razem mogłam odpuścić sobie główne atrakcje turystyczne i spędzić ten czas zupełnie po swojemu. Z powodu opóźnionych lotów, wylądowałam w Bangkoku 10 godzin później niż zakładał plan podróży, o 5 nad ranem wsiadłam do taksówki i znalazłam się w hotelu, marząc o kilku godzinach odpoczynku.

Or Tor Kor Market

Or Tor Kor Market

Po raz kolejny zdecydowałam się mieszkać w starej części Bangkoku, w okolicy Khao San Road, która pomimo swojego kiepskiego połączenia komunikacyjnego z resztą miasta, ma bardzo dużo do zaoferowania pod względem rozrywkowym i kulinarnym. Ulica Khao San 20 lat temu służyła za główny ryżowy bazar w Bangkoku, a nazwę Khao San dosłownie tłumaczy się na „mielony ryż”. Dzisiaj znajduje się na niej mnóstwo barów i klubów, a życie zaczyna się tam dopiero późnym popołudniem. Osobiście za największą zaletę okolic Khao San uważam mnogość ulicznych stoisk z jedzeniem i lokalnych restauracji. Oczywiście, podczas poszukiwania autentycznych smaków należy uważać na turystyczne pułapki – np. wszechobecny pad thai w cenie do 30 THB (około 3 zł). Kiedy jednak zagłębimy się w mniejsze uliczki, zwrócimy uwagę na to, gdzie jadają Tajowie, ustawimy się w kolejce do jednej z zatłoczonych knajpek – z pewnością uda nam się spróbować całego wachlarzu tajskich smaków w bardzo niskich cenach.

Pierwszy dzień w Bangkoku rozpoczęłam właśnie od wypróbowania nowej restauracji, na którą natknęłam się przypadkowo spacerując w okolicy mojego hotelu. Właściciel był imigrantem z Bangladeszu i wszystkie zamówione przeze mnie dania kuchni nepalsko-indyjskiej wykonał na moich oczach, łącznie z samodzielnym przygotowaniem ciasta na samosę (indyjskie pierożki smażone w głębokim tłuszczu, nadziewane masą z ziemniaków i wybranych warzyw). W Bangkoku mieszka bardzo wielu imigrantów z subkontynentu indyjskiego, dzięki czemu smakosze tej kuchni mają mnóstwo kulinarnych opcji – od dzielnicy indyjskiej Phahurat po zlokalizowane w całym mieście mniejsze i większe restauracje.

Samosa

Samosa

Korzystając z okazji, że sobota i niedziela w Tajlandii to dni targowe, tego dnia moją pierwszą destynacją był Chatuchak (weekend) Market zlokalizowany ok. 10 km na północ od centrum miasta. Market ten powstał w 1942 i po latach stał się największym marketem w całej Tajlandii. Znajduje się na nim aż 8000 stoisk podzielonych na 27 sekcji, oferujących wszystko, czego zwiedzający szuka podczas pobytu w Tajlandii – tradycyjne tajskie stroje i ich współczesne wersje, które cieszą się dużą popularnością wśród turystów, przeróżne przekąski, sklepy prywatnych rzemieślników, salony masażu, a nawet małe galerie sztuki. Przyjeżdżając tu o godzinie 15 od razu żałowałam, że nie wybrałam się wcześniej – powierzchnia Chatuchak Market jest ogromna i spokojnie można tu spędzić cały dzień, nawet nie będąc szczególnym fanem zakupów, tak jak ja.

Chatuchak Market

Chatuchak Market

Obok Chatuchak Market znajduje się Or Tor Kor Market, który już na początku wzbudził we mnie większe zainteresowanie niż Chatuchak. Jest to miejsce gdzie lokalni mieszkańcy przychodzą zrobić zakupy żywieniowe i zjeść lunch na jednym ze stoisk. To, co odróżnia go od innych marketów to o wiele większa powierzchnia i czystość – alejki są szerokie, regularnie czyszczone a na stoiskach panuje nietypowy jak na Tajlandię porządek. Obok sprzedawców świeżych warzyw i owoców, znajduje się sekcja ze świeżo przygotowywanym jedzeniem – można tu spróbować wykonywanej na oczach klienta sałatki z papai, zjeść tajskie sataye (szaszłyki z kurczaka w sosie orzechowym) ze stoiska specjalizującego się tylko w tym daniu, czy wybrać jedno z dań curry podawanych z ryżem za jedyne 50 THB (ok. 5 zł). Dla mnie, wielkiej fanki kuchni tajskiej i kuchni świata w ogóle, był to swoisty raj na ziemi i każdemu kto chciałby spróbować autentycznych dań w niskich cenach bardzo polecam wybranie się na Or Tor Kor Market przy okazji wycieczki na Chatuchak.

Sałatka z papai

Sałatka z papai

Pod wieczór ponownie wróciłam w okolice Khao San Road by poczuć wieczorną, wyluzowaną atmosferę tego miejsca, której brakowało mi podczas rocznego pobytu w Chinach. Od godziny 18, na Khao San i wszystkich uliczkach dookoła, rozstawiają się stoiska z ulicznym jedzeniem, a ludzie wychodzą na ulicę aby się zabawić lub skorzystać z usług salonów masażu zlokalizowanych na każdym rogu ulicy. Moim osobistym faworytem jest salon przy ulicy Rambuttri, gdzie podczas zabiegu można obserwować przechodniów i słuchać muzyki dochodzącej z okolicznych barów.

Drugi dzień w tym fascynującym mieście rozpoczęłam od wizyty w Wat Arun – Świątyni Świtu. Jest ona zlokalizowana przy brzegu rzeki Chao Phraya, dokładnie naprzeciwko głównych atrakcji Bangkoku – Wielkiego Pałacu Królewskiego i Wat Pho – Świątyni Leżącego Buddy. Wat Arun nie leży na głównym szlaku turystycznym i przy pierwszej wizycie w Bangkoku polecałabym wybrać się raczej do Wat Pho i pałacu, ale mając trochę czasu w zapasie, uważam, że Świątynia Świtu jest zdecydowanie warta odwiedzenia. Wat Arun została zbudowana na początku XIX wieku za czasów rządów króla Ramy II.  Ja dostałam się tam promem – niepopularnym, lecz bardzo wygodnym środkiem transportu. Niedaleko Khao San Road znajduje się pomost nr. 13, z którego za jedyne 14 THB (ok. 1,40 zł) można szybko i komfortowo przepłynąć do najbardziej popularnych świątyń, a dalej do nowoczesnego centrum miasta.

Wat Arun

Wat Arun

Wat Arun zrobiła na mnie ogromne wrażenie – ze względu na swój rozmiar, położenie nad brzegiem rzeki oraz niezwykłą architekturę – białe mury świątyni inkrustowane są kolorowymi, porcelanowymi ornamentami. Niestety, podczas mojej wizyty, centralna część Wat Arun – pagoda prang (khmerski styl pagody) była w renowacji, co uniemożliwiło wejście na górę i spojrzenie na miasto z wysokości – na co bardzo liczyłam. Niemniej, świątynia była zachwycająca, niezatłoczona i przepięknie zachowana.

Chinatown

Chinatown

Popołudniem tego samego dnia przeprowadziłam się do nowoczesnej dzielnicy Bangkoku – okolice Silom, ponieważ zależało mi na tym, aby następnego dnia po wykwaterowaniu mieć bliżej na dworzec kolejowy, z którego odjeżdżał pociąg do mojej kolejnej destynacji – Chiang Mai. Nie jestem wielką fanką tej części miasta – znajdując się tam nagle bardziej odczuwa się ogrom miasta, a pokonanie odległości staje się męczące, ceny w hotelach i restauracjach są wyższe, nie oferując przy tym lepszego standardu, a po całym dniu zwiedzania do końca nie wiadomo gdzie się podziać. Zdecydowałam ponownie odwiedzić Sukhumvit – okolicę, która stanowi symbol nocnego życia tego miasta, również tam kręcono niektóre sceny do filmu Kac Vegas w Bangkoku. Spacerując po którejś z kolei ulicy Sukhumvit Soi (są numerowane, np. Sukhumvit Soi 6), trafiłam do arabskiej dzielnicy przy Sukhumvit Soi 4, co znowu sprawiło, że zwróciłam uwagę na różnorodność Bangkoku – mieszkają tu imigranci z wielu zakątków świata. Do największych grup imigranckich należą Chińczycy, Hindusi i Arabowie, z których każda grupa zbudowała sobie w Bangkoku swoją własną dzielnicę. Spacer po Sukhumvit Soi 4 daje wrażenie teleportacji do zupełnie innej części globu – architektura zmienia się i nabiera cech bliskowschodnich, z ulic nagle znikają Tajowie i zastępują ich spacerujące rodziny arabskie, a na każdym rogu znajduje się restauracja z kuchnią z tamtego regionu. Uważam to za bardzo ciekawe zjawisko a Tajowie zdają się być już przyzwyczajeni do zdywersyfikowanego społeczeństwa. Bangkok to ogromne miasto, gdzie najwyraźniej znajdzie się miejsce dla każdej mniejszości i każdej kultury.

Sukhumvit

Sukhumvit

Po intensywnie spędzonych dniach w zatłoczonym i chaotycznym Bangkoku, podekscytowana odjechałam pociągiem w kierunku Chiang Mai, gdzie czekają mnie kolejne niesamowite doświadczenia – wizyta w wiosce zamieszkiwanej przez birmańskie plemię Karen (kobiet o długich szyjach), lekcja medytacji w świątyni i możliwość rozmowy z mnichem oraz lekcja gotowania na tajskiej wsi.

Gabriela Wojciul

Udostępnij:
  • 53
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    53
    Udostępnienia
G. Wojciul: Relacja z podróży po Tajlandii i Laosie – odcinek pierwszy – Bangkok Reviewed by on 6 lipca 2016 .

Ostatni raz w regionie Azji południowo- wschodniej byłam przeszło cztery miesiące temu, odwiedzając w ciągu 40 dni Tajlandię, Kambodżę i Wietnam. Tym razem zdecydowałam się ponownie odwiedzić Tajlandię (i zobaczyć to, czego nie udało mi się zwiedzić poprzednim razem) i następnie udać się do Laosu, w poszukiwaniu krajobrazów rodem z Tajlandii 20 lat temu. Swoją

Udostępnij:
  • 53
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    53
    Udostępnienia

O AUTORZE /

KOMENTARZE: 1

  • Serio mamy sie przyzwyczaic do tekstow na poziomie srednio rozgarnietej gimnazjalistki? To jakas kompletna porazka, „artykul” w stylu niezbyt interesujacego, odtworczego… no wlasnie nawet nie bloga, co wpisu w pamietniczku. Tylko ze wpisow w pamietniczku nikt poza autorem nie czyta, wiec sie nie ma czego wstydzic – w tym wypadku jest inaczej.

Pozostaw odpowiedź