Artykuły,Publicystyka

G. Wojciul: Relacja z podróży po Tajlandii i Laosie – odcinek drugi – Chiang Mai i kierunek Laos

Ktoś zanim wyjechałam do Tajlandii powiedział mi, że jeśli planuję jechać do Chiang Mai, powinnam zamiast tego rozważyć wycieczkę do Chiang Rai (i podał kilka powodów). Postanowiłam posłuchać danej mi rady, ale na swój sposób – zobaczyć oba miejsca i wtedy zdecydować czy są do siebie podobne pod jeszcze innymi względami niż sama nazwa miasta. Po mrożącej krew w żyłach przejażdżce autokarem po mokrych i krętych drogach Tajlandii północnej, wczoraj późnym wieczorem dojechałam do Chiang Rai i po spędzeniu tu jednego dnia już wiem, że do Chiang Mai zdecydowanie warto było jechać.

Mury starego miasta Chiang Mai

Mury starego miasta Chiang Mai

Nie można powiedzieć, że Chiang Mai zachwyca na pierwszy rzut oka. Kiedy wysiadłam z pociągu po spędzeniu 13 godzin w klimatyzowanym (tzn. wychładzającym do granic możliwości) wagonie i zobaczyłam ścianę deszczu, nie miałam wielkich oczekiwań i właściwie moim jedynym celem było wzięcie udziału w lekcji medytacji w świątyni i możliwość rozmowy z mnichem. Niedługo potem okazało się jednak, że miasto i okolice mają wiele do zaoferowania i wraz z moim towarzyszem podróży jeszcze tego samego dnia przedłużyliśmy nocleg w naszym hostelu. W tym odcinku przedstawię kilka możliwości spędzenia czasu w Chiang Mai i na ten moment naprawdę jest mi trudno wybrać, która z poniższych aktywności podobała mi się najbardziej.

Tajski boks

Tajski boks

Po pierwsze tajski boks, znany też pod nazwą muay thai. Narodził się właśnie na północy Tajlandii kiedy w XIII wieku armia tajska była szkolona do obrony królestwa przed sąsiadującymi plemionami. Treningi żołnierzy składały się z pojedynczych walk jeden na jednego, które później przerodziły się w znaną nam dzisiaj formę tajskiego boksu. W Chiang Mai znajduje się kilka stadionów, na których można obejrzeć walki, a najpopularniejszy z nich to Thapae Boxing Stadium zlokalizowany tuż przy wschodniej bramie starego miasta. Ja też postanowiłam wybrać ten stadion i już pierwszego wieczora punktualnie o 21 mogłam wraz z rozbawionym tłumem obserwować walki lokalnej ligi muay thai. Na widowni byli głównie turyści, ale nie tylko – tu i ówdzie widziałam grupy tajskich fanów boksu, które jako jedyne były w stanie zrozumieć pełen emocji komentarz na żywo.

Kobieta Karen

Kobieta Karen

Kolejnego dnia wybrałam się za miasto w celu odwiedzenia wioski zamieszkałej przez birmańskie plemię kobiet długoszyjnych Karen. Aby tam dojechać, wystarczyło dogadać się z kierowcą tuk tuka i wytargować odpowiednią cenę, a on zawiózł nas na miejsce, a potem zgodnie z umową zaczekał, aż będziemy chcieli wracać. Wioska nie jest duża i tak, jak przeczytałam wcześniej w komentarzach na jej temat, coraz bardziej turystyczna. Na jej terenie zamieszkuje kilka plemion, przy czym najbardziej osobliwym jest plemię Karen – birmańskich kobiet, które zgodnie z tradycją zakładają sobie na szyje obręcze wydłużając przy tym szyję i stopniowo obniżając (miażdżąc) linię ramion. Poza tym jest to miejsce dziwne – co jakiś czas znajdują się stoiska z pamiątkami, a mieszkający tam członkowie plemion wydają się na siłę wystawiać się na widok turystów, mimo tego, iż normalnie tam mieszkają (istnieją na to dowody, np. obecność przedszkola dla wszystkich dzieci z wioski). Niewątpliwą zaletą tej wycieczki są piękne widoki – wioska położona jest pośród ryżowych pól, po których można nawet pospacerować.

Pole ryżowe

Pole ryżowe

Tego samego wieczora udałam się na nocny market w Chiang Mai. W Tajlandii (oraz w pozostałych krajach Azji Południowo- Wschodniej) każde miasto na swój nocny targ, który oferuje nie tylko szeroką gamę pamiątek i wyrobów rzemieślniczych, ale także ogromny wybór lokalnych przysmaków. Ten w Chiang Mai nieco różni się od tych, na których byłam do tej pory – jest zrobiony w bardziej nowoczesnym stylu, a w ofercie kulinarnej znalazłam dania zarówno tajskie, jak i tajskie w wersji zachodniej. Duży plac otoczony był stoiskami z jedzeniem, a na środku wszystkim amatorom tajskich smaków przygrywała do kolacji lokalna kapela. Warto udać się w to miejsce późnym wieczorem (ja dotarłam tam dopiero po godzinie 21) kiedy największe tłumy zdążyły się już najeść i robi się nieco luźniej.

Wat Phra Singh

Wat Phra Singh

Drugi dzień w Chiang Mai poświęciłam dokładniejszemu zwiedzaniu miasta. Postanowiłam odwiedzić dwie największe świątynie (Wat Phra Singh i Wat Chedi Luang) oraz wesprzeć lokalną działalność udając się na masaż do salonu Lila Thai Massage. W tym momencie zapewne pojawią się pytania, co wspólnego ma masaż ze wspieraniem lokalnej społeczności? Otóż Lila Thai Massage to organizacja (posiadająca na dzień dzisiejszy już sześć filii w samym Chiang Mai) pomagająca kobietom osadzonym w więzieniu w znalezieniu pracy zaraz po skończeniu wyroku. Jeszcze w zakładzie karnym odbywają się kursy, w których dobrowolnie może wziąć udział każda kobieta, a jeśli ukończy go z dobrym wynikiem, zostaje zatrudniona w salonie masażu tuż po odsiedzeniu kary. Był to przy okazji jeden z lepszych zabiegów, jaki kiedykolwiek doświadczyłam w Tajlandii! Słowem, było warto!

Salon Lila Thai Massage

Salon Lila Thai Massage

Wieczorem odwiedziłam jeszcze jedną świątynię, tym razem w trochę innym celu – wzięłam udział w lekcji medytacji w świątyni Wat Srisuphan oraz miałam okazję porozmawiać z mnichem.  Z medytacją miałam już styczność wcześniej – prowadziłam samodzielną domową praktykę, zaliczyłam kilka praktycznych warsztatów pod okiem doświadczonych medytatorów, aż w końcu medytacja przyszła do mnie naturalnie przy okazji praktyki jogi. Nigdy natomiast nie miałam okazji posłuchać co na temat medytacji sądzą ci, którzy w naszych oczach stanowią jej uosobienie – buddyjscy mnisi. Popularne w Chiang Mai kursy medytacji i „monk chat” pojawiły się zatem jak na życzenie, z czego z radością i zaciekawieniem skorzystałam. Świątynia Wat Srisuphan zlokalizowana jest nieco na uboczu, poza murami starego miasta, co zagwarantowało kameralną atmosferę spotkania i możliwość zadania mnichowi własnych, mniej lub bardziej wnikliwych pytań. Mieliśmy okazję posłuchać o naukach buddy i dowiedzieć się, dlaczego niektórzy mnisi podróżują po całym świecie obwieszeni lustrzankami z 6-cio calowym telefonem w ręce, a inni wiodą proste życie w świątyni ciągle przestrzegając wszystkich zasad buddyzmu. Była to moim zdaniem najbardziej wartościowa i jednocześnie najmniej turystyczna aktywność, jaką Chiang Mai ma w swojej bogatej ofercie.

Monk chat

Monk chat

Dzień trzeci, przed wieczornym wyjazdem do Chiang Rai, poświęciłam w całości jednemu z moich największych hobby – gotowaniu i jedzeniu. Fanką kuchni tajskiej jestem od dawna, a przy okazji ostatniej wizyty w Tajlandii bardzo chciałam wziąć udział w lekcji gotowania. Niestety plan na to nie pozwolił i udało się to dopiero w Chiang Mai, gdzie wybrałam Thai Farm Cooking School i spędziłam cały dzień na farmie gotując pięć klasycznych dań tajskiej kuchni pod okiem doświadczonego instruktora. Szkół gotowania w Chiang Mai i całej Tajlandii jest mnóstwo, z tej natomiast byłam wyjątkowo zadowolona. Zlokalizowana za miastem niewielka wieś otoczona polami uprawnymi (z których właściciele szkoły ponoć biorą swoje składniki), a w niej duży drewniany dom z dziesięcioma indywidualnymi stanowiskami do gotowania i zacienione drewniane patio, gdzie przy wspólnym stole nasza grupa konsumowała rezultaty swojej pracy. Wszystko odbyło się w przemiłej atmosferze, a dzięki tej lekcji z pewnością nie poprzestanę na zgłębianiu tajników tajskiej kuchni tutaj, lecz zabiorę ją ze sobą do Polski, gdzie często brakuje mi pikantnych i wyrazistych smaków.

Lekcja gotowania

Lekcja gotowania

Zwieńczeniem dnia stała się niejako podróż autokarem z Chiang Mai do naszej kolejnej destynacji – Chiang Rai. Mając już niemałe doświadczenie w podróżowaniu po Azji, wiem, że autokary to jeden z najniebezpieczniejszych środków transportu i niejeden raz zdarzyło mi się nie spać kilkanaście godzin obserwując drogę i poczynania kierowcy (jak gdyby moja czujność pozwoliła uniknąć wypadku:). Tę podróż zapamiętałam jednak szczególnie – nigdy nie zdarzyło mi się z taką prędkością pokonywać wąskich zakrętów na drodze śliskiej od ciągłych opadów deszczu. Pomimo moich obaw, cali i zdrowi dojechaliśmy na miejsce, skąd rozpoczęło się dalsze planowanie – jak najlepiej pokonać granicę tajsko- laotańską i w jaki sposób dostać się do Luang Prabang? Skończyliśmy na dwudniowym rejsie łodzią po Mekongu, podczas którego widoki po obu stronach rzeki przeszły moje najśmielsze oczekiwania.

Biała świątynia w Chiang Rai

Biała świątynia w Chiang Rai

 Gaberiela Wojciul

Udostępnij:
  • 49
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    49
    Udostępnienia
G. Wojciul: Relacja z podróży po Tajlandii i Laosie – odcinek drugi – Chiang Mai i kierunek Laos Reviewed by on 10 lipca 2016 .

Ktoś zanim wyjechałam do Tajlandii powiedział mi, że jeśli planuję jechać do Chiang Mai, powinnam zamiast tego rozważyć wycieczkę do Chiang Rai (i podał kilka powodów). Postanowiłam posłuchać danej mi rady, ale na swój sposób – zobaczyć oba miejsca i wtedy zdecydować czy są do siebie podobne pod jeszcze innymi względami niż sama nazwa miasta.

Udostępnij:
  • 49
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    49
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź