Artykuły,Publicystyka,Relacje z podróży

G. Wojciul: Relacja z podróży po Tajlandii i Laosie – odcinek czwarty – Laos – ucieczka przed światem, Don Det

Podróżując po Laosie nie sposób nie dostrzec intensywnie rozwijającej się turystyki. W ciągu ostatnich lat do Azji Południowo- Wschodniej przyjeżdża coraz więcej turystów i nie ma się co dziwić, że ten kierunek stał się tak popularny – niskie koszty podróżowania i niezwykłe doświadczenia kulturowe są niemalże na wyciągnięcie ręki. W poprzednim artykule stworzyłam wrażenie, jak gdyby rewolucja turystyczna Laosu jeszcze nie dotknęła, ale nie chcąc wprowadzać w błąd czytelników, pragnę zaznaczyć, że obecnie trwa tutaj pora deszczowa, która oznacza niski sezon i znacznie zredukowaną liczbę turystów. Potrzebę umieszczenia powyższej uwagi w jednym z moich artykułów o Laosie poczułam natykając się w Internecie na kolejny tekst o podróżowaniu po tym kraju, opinie porównujące niektóre miejsca do słynnego, głośnego Khao San Road w Bangkoku i zarzuty, że to nie jest prawdziwy Laos. Ja czuję, że prawdziwy Laos z całą pewnością zobaczyłam, a to wszystko za sprawą niskiego sezonu, który sprawia, że wszystko zwalnia, ludzie są milsi i mniej zdenerwowani, a krajobrazy bardziej dzikie. Opuszczając Laos przez granicę z Tajlandią zadałam sobie pytanie: „jeśli to, co widziałam to nie był prawdziwy Laos, to co to było?”.

Go to Thailand

Go to Thailand

Ze stolicy Laosu, Vientiane, udałam się prosto na samo południe kraju, mając za cel region zwany Si Phan Don (4000 wysp). Jak wspomniałam w poprzednim tekście, nikt kogo dotąd poznałam w trakcie podróży po Laosie tam się nie wybierał, głównie z powodu dużej odległości jaka dzieli tamten region od głównych ośrodków turystyki. Spodziewałam się zatem, że wyspa Don Det (na której w końcu spędziłam aż dziesięć dni!) będzie idealną odskocznią od głośnych azjatyckich miast. To, co zastałam na miejscu znacznie przeszło moje oczekiwania!

Wieś Don Det

Wieś Don Det

Aby dojechać z Vientiane do Don Det na sam początek razem z moim towarzyszem podróży zapakowaliśmy się do sypialnego autokaru, który po dwunastu godzinach dowiózł nas do Pakse – niewielkiego miasta na południu, w niedużej odległości od granicy z Tajlandią. Następnie przesiedliśmy się do autobusu jadącego do małego miasteczka nad Mekongiem, skąd już tylko dziesięciominutowa przeprawa łódką dzieliła nas od celu. Po około osiemnastu godzinach podróży byliśmy już na miejscu – Azja przyzwyczaiła nas do znacznych odległości i długich przejazdów autokarowych, dzięki czemu nie odczuwaliśmy dużego zmęczenia. Po dotarciu na wyspę oboje pomyśleliśmy sobie „to musi być prawdziwy Laos”. Z każdej strony otaczała nas rzeka, na niej mniejsze lub większe wyspy sąsiadujące, a na miejscu tylko cisza i spokój. W tzw. „centrum” wyspy większość restauracji i sklepów była zamknięta na cztery spusty oczekując najazdu turystów w sezonie – w praktyce czynnych było pięć restauracji, a spośród wszystkich ulicznych stoisk aktywnie działała tylko jedna starsza pani przygotowując pyszne, domowej roboty naleśniki. Mieszkańcy wyspy radośnie spędzali czas przed domami bawiąc się z dziećmi, przygotowując obiad na świeżym powietrzu i co jakiś czas zagadując z sąsiadami. Atmosfery wioski zapomnianej przez świat dostarczały także regularne przerwy w dostawie prądu, które potrafiły trwać i pół dnia. Kiedy zaś zdarzyło się to wieczorem, wszyscy wyjmowali świece, lampy naftowe oraz inne źródła światła i jak gdyby nigdy nic kontynuowali swoje codzienne czynności. Każda kuchnia na wyspie jest niezależna od dostaw prądu, dzięki czemu gdy zaszła taka potrzeba, posiłki były serwowane niemal w ciemnościach. Wspomniana przeze mnie wyżej pani „od naleśników” swoją płytę nagrzewała węglem – w dobie uzależnienia od elektryczności takie zjawiska robią wrażenie! I wtedy pierwszy raz przypomniałam sobie o wyjątkowo nietrafnym porównaniu wyspy Don Det do tajskiego Khao San Road – może w wysokim sezonie, może kilka lat temu, ale patrząc na pustą ulicę, na której ledwo żarzą się światła, słysząc odgłosy natury i obserwując rodziny żyjące w ten sam sposób od kilkudziesięciu lat, takim opiniom mówię zdecydowane nie. Dla nas Don Det stanowiło oderwane od rzeczywistości miejsce całkowitego relaksu i aż wzdrygało nas na myśl o powrocie na odbijające się echem motocykli, głośne ulice zewnętrznego świata.

Hamaki

Hamaki

Don Det to niewielka wyspa, gdzie szukając zakwaterowania mamy do wyboru brzeg sunset lub sunrise. Jak sama nazwa wskazuje, mieszkając po tej pierwszej stronie, z tarasu naszego domku na palach możemy oglądać zachody słońca, z tej drugiej zaś wschody. Cała frajda w mieszkaniu na Don Det polega na wybraniu odpowiedniego dla naszych potrzeb bungalowu – najlepiej nad samym brzegiem rzeki, z małym tarasem i własnymi hamakami. Większość osób przyjeżdzających do tego miejsca kończy nie opuszczając hamaków przez cały pobyt, delektując się ciszą i widokiem Mekongu. My ten czas spędziliśmy trochę aktywniej, ale nie zabrakło czasu na długie, leniwe popołudnia z książką i laotańską kawą. Trafiliśmy do bungalowów prowadzonych przez przemiłą rodzinę, której w dbaniu o biznes (domki i rodzinna restauracja) pomagała para „wiecznie podróżujących” Słowaków. Najstarsza babcia w rodzinie (od której wzięła się nazwa tego miejsca – Mama Thanon), ósemka wesołych dzieci w różnym wieku i wiecznie zabiegani rodzice- właściciele tworzyli razem wspaniałą, gwarną atmosferę, która sprawiła, że zgodnie z motywem przewodnim „slow” podróży po Laosie, daliśmy sobie czas i zostaliśmy z nimi aż dziesięć dni.

Pole ryżowe

Pole ryżowe

Pierwszego dnia, jeszcze nie do końca czując powolny klimat miejsca, wypoczynek rozpoczęliśmy aktywnie wypożyczając rowery i udając się na wycieczkę na sąsiednią wyspę Don Khon. Wszelkie główne atrakcje 4000 wysp zlokalizowane są właśnie tam, więc dzielnie, w pełnym słońcu pokonaliśmy kilka kilometrów i dojechaliśmy do pierwszego wodospadu. Jak na reszcie wyspy, nikogo tam nie było. Słynny wodospad może nie był tak spektakularny jak się spodziewałam, ale miło było stać nad brzegiem rzeki wiedząc, że ta góra po drugiej stronie to już Kambodża. Z Don Det/ Don Khon do przejścia granicznego można dostać się łódką (i później autobusem lub piechotą) w bardzo krótkim czasie. Poza tym na wyspie znajduje się świątynia i drugi, mniejszy wodospad, ale żar lejący się z nieba nieco utrudniał wycieczkę. Pod koniec dnia w drodze powrotnej z radością odkryliśmy za to basen na świeżym powietrzu, gdzie później w trakcie naszego pobytu na Don Det wróciliśmy jeszcze kilka razy.

Widok na Kambodżę

Widok na Kambodżę

Porządku odpoczynkowej rutynie nadawał zachód słońca, na który codziennie udawaliśmy się do małej kawiarni po drugiej stronie wyspy (my mieszkaliśmy po stronie sunrise). Każdy zachód słońca był piękny i zupełnie inny – chmury układały się w niesamowite kształty, słońce raz było zza nich widać, raz nie, a światło czasami pięknie odbijało się od wody, a czasami oświetlało niebo na różowo zza horyzontu. Poniżej kilka wspaniałych momentów, które udało mi się udokumentować:

Zachód słońca 1

Zachód słońca 2

Zachód słońca 3

Zachód słońca 4

Może się wydawać, że dziesięć dni na wyspie, gdzie regularnie znika prąd a wieczorem deszcz bębniący o dachówki zagłusza rozmowy, to dużo, ale klimat Laosu właśnie wtedy daje się poczuć – gdy jest chłonięty powoli. Niewiele rzeczy może zastąpić radość z zaufania, którym po kilku dniach obdarzają tu lokalni mieszkańcy. Przykład? Nominały laotańskich pieniędzy i nagminny problem z wydawaniem reszty przyprawia wszystkich sprzedawców o ból głowy. Kilkukrotnie kupując coś w sklepie, mi lub drugiej stronie brakowało reszty, ale dzięki zaufaniu, którym zostałam obdarzona przez właścicieli, wiele razy pozwalano mi wrócić za kilka godzin by zwrócić resztę należnej kwoty. Przykład drugi – wypożyczanie rowerów na wyspie odbywa się bez dokumentów, kaucji, a przy pojeździe brakuje zabezpieczeń przed kradzieżą. Właściciele wypożyczalni ufają klientom, że Ci pod koniec dnia zwrócą rower tam skąd go wzięli – wszyscy oczywiście posłusznie się do tej zasady stosują. Wyspa Don Det oficjalnie trafiła na listę miejsc, do których planuję w przyszłości wrócić (oczywiście poza sezonem!), a nieunikniony powrót do ulubionej Tajlandii stał się jakby trochę mniej oczekiwany.

Happy

Gabriela Wojciul

Udostępnij:
  • 26
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    26
    Udostępnienia
G. Wojciul: Relacja z podróży po Tajlandii i Laosie – odcinek czwarty – Laos – ucieczka przed światem, Don Det Reviewed by on 3 sierpnia 2016 .

Podróżując po Laosie nie sposób nie dostrzec intensywnie rozwijającej się turystyki. W ciągu ostatnich lat do Azji Południowo- Wschodniej przyjeżdża coraz więcej turystów i nie ma się co dziwić, że ten kierunek stał się tak popularny – niskie koszty podróżowania i niezwykłe doświadczenia kulturowe są niemalże na wyciągnięcie ręki. W poprzednim artykule stworzyłam wrażenie, jak

Udostępnij:
  • 26
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    26
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Pozostaw odpowiedź