Artykuły,Chiny news

Fragment książki „Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta” – Złoty tydzień

BECHIN_okladka— Do końca września musisz się wyprowadzić — przypomina mi właścicielka kwatery, w której mieszkam. — Teraz płacisz 250 yuanów za tydzień, potem cena wzrośnie do 200 za jedną noc.

„Potem” to początek października. Wtedy świętuje się rocznicę ustanowienia Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku. Narodowe święto trwa aż siedem dni. To czas wolny od pracy, popularnie nazywany „złotym tygodniem”[1]. Chińczycy wykorzystują go na podróże. Jedni udają się do Pekinu, żeby wziąć udział w oficjalnych uroczystościach na placu Tiananmen, inni wybierają najpopularniejsze ośrodki turystyczne, w tym Yangshuo, i zamiast tracić czas na rządową paradę, fundują sobie dodatkowe (większość Chińczyków ma tylko dwa tygodnie urlopu) wakacje.

Czy to znaczy, że ponad miliard osób wyruszy w podróż po Chinach w tym samym czasie? Przerażona sprawdzam statystyki dotyczące ubiegłego roku. Internetowe wydanie dziennika „People’s Daily” z 9 października 2010 informuje: „Rekord turystów podróżujących w czasie złotego tygodnia został pobity”[2]. Główne ośrodki turystyczne zostały odwiedzone przez 254 miliony osób, a dochód brutto z turystyki wyniósł 116,6 miliarda yuanów. To znaczny wzrost w porównaniu z 2009 rokiem. Liczba podróżujących zwiększyła się o 27,1 procent, a kwoty przez nich wydawane o ponad 32 procent.

Chińczycy coraz chętniej podróżują i coraz więcej wydają. Za to turystów z zagranicy, do niedawna stosunkowo licznych, zniechęcają rosnące ceny.

Właściciele hoteli i restauratorzy, którzy do tej pory kierowali usługi głównie do gości spoza Chin, coraz częściej zmieniają taktykę. W tej grupie jest mój znajomy — Mick — były właściciel baru.

— 2008 to był kiepski rok, z powodu kryzysu ekonomicznego w Europie. Zamknąłem bar dla backpackersów i otworzyłem klub karaoke dla chińskich turystów. To teraz bardziej opłacalne — opowiada.

Alf, Australijczyk, zlikwidował bar nastawiony na klientów z jego kraju. Nadal prowadzi hotel z restauracją, ale żali się: — Ceny mięsa poszły ostro w górę. Chiny w ogóle zdrożały. Podróżnicy wybierają teraz tańsze kraje Azji Południowo-Wschodniej.

Właścicielka restauracji w centrum Yangshuo dziwi się zmianom:

— Dawniej przychodzili tu cudzoziemcy i zostawiali masę pieniędzy. Teraz zamawiają najwyżej jedną czy dwie potrawy. Za to Chińczycy, którzy kiedyś stanowili margines, teraz wydają u mnie fortunę.

Jacy właściwie są ci chińscy turyści? Czym różnią się od gości z zagranicy? Czy lubimy się nawzajem? Zastanawiam się nad tym podczas pobytu w Yangshuo. Porównuję własne obserwacje i spostrzeżenia chińskich znajomych. Te drugie początkowo mnie zaskakują: my, obcy — ich zdaniem — wyglądamy prawie jednakowo. W pierwszym odruchu zaprzeczam, ale potem zmieniam zdanie. Bo rzeczywiście, zachodni podróżnicy to głównie backpackersi, czyli ci, którzy po świecie włóczą się z plecakami.

Przeciętny backpackers ma jasne włosy i spaloną słońcem skórę. Ręce owija sznurami koralików, a na nogi zakłada japonki. Gdy gdzieś idzie, niesie dwa plecaki. Jeden, ogromny, ma na plecach, a drugi, mały, zakłada z przodu. Nawet gdy ma ze sobą tylko mały plecak, niesie go na brzuchu. Bo biały turysta boi się złodziei.

Kiedy backpackers siedzi, to najczęściej pije kawę, je bagietkę i czyta przewodnik „Lonely Planet”. O Chinach oczywiście. Ciekawi go ten komunistyczny kraj, choć nie tak bardzo jak Laos i Kambodża. Zagraniczny turysta lubiłby Chiny bardziej, gdyby były jak Hongkong — „ucywilizowane”. Ale nie są. Bo w Chinach jada się psy, rzuca śmieci pod stół, pluje, pali, a małe dzieci, przez rozcięcia w spodenkach, sikają na ulicę. No i ten ciągły hałas, bary karaoke, krzykliwe kobiety, trąbienie samochodów. A backpackers woli spokój.

Chiński turysta ciszy i spokoju nie szuka, ale może wie, że ich tu nie znajdzie. Bo chińskiemu turyście najczęściej towarzyszy chmara innych turystów i przewodnik, który bez przerwy opowiada coś przez megafon. Przewodnik, oprócz tego, że ciągle mówi, rozdaje swoim turystom czapeczki baseballowe w jednakowym kolorze. Dzięki nim będzie mógł odróżnić „swoich” turystów od obcych.

Starsi posłusznie zakładają czapeczki. Młodsi na wakacjach chcą wyglądać elegancko. Panie, bez względu na to czy czeka je wycieczka rowerowa, czy wspinaczka na wysoką górę, wybierają buty na obcasie i falbaniaste sukienki. A do tego kapelusze — koniecznie z szerokim rondem, chusty, duże okulary przeciwsłoneczne i rękawiczki — byle tylko się nie opalić. Bo wiadomo, że śnieżnobiała skóra jest najpiękniejsza. Panowie o skórę martwią się trochę mniej, ale też chcą dobrze wyglądać. Siwe włosy farbują na czarno, zakładają czarne mokasyny i garniturowe spodnie zapięte paskiem na środku brzucha. A kiedy robi się upalnie, podwijają koszulkę pod pachy i wystawiają brzuch.

Niektórzy zagraniczni turyści nie przepadają za turystami chińskimi. Bo ci za dużo palą, krzyczą, za głośno się zachowują, no i przede wszystkim jest ich zbyt wielu. Chińscy turyści przeciwnie — podchodzą do zagranicznych gości z zaciekawieniem, sympatią i uśmiechem. Ja w Chinach czuję się jak gwiazda. Wszyscy prawią mi komplementy, mężczyźni chcą się żenić, a kobiety — chwilę pogadać lub zjeść wspólną kolację. I ze wszystkimi cierpliwie pozuję do pamiątkowych fotografii. 

Ale cała moja życzliwość i sympatia do Chińczyków nie zmiana faktu, że to przez ich pospolite ruszenie ceny noclegów rosną w czasie złotego tygodnia nawet dziesięciokrotnie.

200 yuanów za noc to dla mnie zdecydowanie za drogo. Ruszam więc na poszukiwanie innego lokum. Może być prywatna kwatera, pokój przy rodzinie, dormitorium w młodzieżowym hostelu — cokolwiek.

— Mamy wolne łóżka w pokojach sześcioosobowych, 30 yuanów za osobę — mówi przemiły mężczyzna w jednym z hosteli w centrum Yangshuo. „OK, nie jest źle”, myślę. — Ale od trzydziestego września za jedną osobę w tym pokoju trzeba zapłacić 80 yuanów — dodaje. Idę dalej. Wszędzie to samo. Gdzieś w bocznej uliczce znajduję ogłoszenie: „Pokój na wynajem, 450 yuanów za miesiąc, dzwońcie. Sunny”. Dzwonię, ale Sunny mówi: — Nie, to jest normalna cena. W złotym tygodniu pokój będzie kosztował 300 yuanów za noc.

Robię przerwę w poszukiwaniach. Siadam w kawiarni, żeby poukładać myśli i plany na nadchodzący tydzień. Szperam w internecie. W ubiegłym roku w tym samym czasie najchętniej odwiedzano Szanghaj, Pekin, Guangzhou, Shenzhen, Hangzhou, Chengdu, Xian, Xiamen, Chongqing i Wuhan. Już wiem, gdzie nie jechać! Ale miasta i tak mnie nie interesowały. Popularnością cieszył się także Junnan i Tybet. Bogaci Chińczycy wybierali też zagranicę, głównie Azję: Koreę Południową, Singapur, Japonię, Tajlandię, Indonezję, Malezję i Kambodżę[3]. Ale nie tylko. Do Chin weszła moda na Europę, a zwłaszcza Francję.

Zaintrygowana sprawdzam strony największych europejskich muzeów. Luwr ma jej chińską wersję, tak samo londyńskie British Museum. Świat powoli zaczyna przeczuwać nowe tendencje w turystyce. To Chińczycy, jeśli tylko będzie im łatwiej zdobywać zagraniczne wizy, zaleją świat tak jak niegdyś Japończycy. Polski portal turystyczny przytacza słowa chińskiego ambasadora w Australii: „Proszę sobie wyobrazić, gdyby tylko jedna dziesiąta ludności Chin pojechała do Australii, to ile miejsc hotelowych byłoby wówczas potrzebnych?”[4]. Mnóstwo!

Zamykam laptop. Kolejne dane nie pomogą mi w zdobyciu lokum w umiarkowanej cenie. Dzwonię do Billa z prośbą o radę.

— Jeśli interesuje cię wieś, musisz odwiedzić Guizhou. To sąsiednia prowincja. Tam powinno być spokojnie, nawet w czasie złotego tygodnia. Guizhou uchodzi za najmniej rozwiniętą prowincję na południu Chin i najbardziej deszczową, dlatego nie jest tak popularne jak inne kierunki. Ale równie ciekawe. Zwłaszcza wioski ludności Dong i Miao. Koniecznie musisz je odwiedzić. A jeśli będzie ci mało wsi, możesz jechać dalej, do Junnanu — podpowiada.

I tak właśnie robię. Wyjeżdżam z Yangshuo i wyruszam w trzymiesięczną podróż szlakiem grup etnicznych z południa Chin.

Powyższy fragment pochodzi z książki „Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta” autorstwa Anny Jaklewicz, która ukazała się nakładem wydawnictwa Bezdroża.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Fragment książki „Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta” – Złoty tydzień Reviewed by on 23 maja 2013 .

— Do końca września musisz się wyprowadzić — przypomina mi właścicielka kwatery, w której mieszkam. — Teraz płacisz 250 yuanów za tydzień, potem cena wzrośnie do 200 za jedną noc. „Potem” to początek października. Wtedy świętuje się rocznicę ustanowienia Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku. Narodowe święto trwa aż siedem dni. To czas wolny od

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Ciekawe rzeczy.
    Backpackersi lol , dobrze, że tak nie robię.

Pozostaw odpowiedź