BLOGOSFERA

„Financial Times”: Największe miasto Chin

800px-Chongqing_grand_hall_at_nightTrzydzieści dwa miliony ludzi, trzydzieści dwa miliony różnych historii żyje w tym największym mieście Chin. Opowiem wam jedną z nich.

Chongqing to jedno z trzech chińskich „miast-pieców” (pozostałe to Wuhan i Nankin), miejsce o wilgotnym, podzwrotnikowym klimacie przypominającym środkową Angolę. To właśnie upał i poważne zanieczyszczenie powietrza sprawiają, że miasto znajduje się na szarym końcu listy miejsc, które statystyczny turysta chce zobaczyć w Chinach.

Na mojej liście nie było go w ogóle. Uczyliśmy z żoną w Pekinie, kiedy otrzymaliśmy zaproszenie, aby wygłosić kilka wykładów na uniwersytecie w Chongqingu. Ciekawość zwyciężyła.

Przyjechałem do Chongqingu po części służbowo, a po części po to, aby dowiedzieć się, dlaczego jedna z najludniejszych metropolii na świecie jest tak mało znana, rzadko odwiedzana przez turystów i niedoceniana przez samych Chińczyków. Kiedy już się tu znalazłem, poczułem się początkowo jak typowa ofiara urbanizacji, zmiany miejsca zamieszkania, utratą tradycyjnych wartości.

Chińskie gazety, powieści i filmy pełne są analiz tego problemu. Aby wypełnić czymś powstającą pustkę moralną, rząd centralny rozpoczął w ostatnich latach kampanię promocji konfucjanizmu i patriotyzmu. Ale moja historia nauczyła mnie przede wszystkim, że Chongqing jest zupełnie inny niż większość bardziej znanych chińskich miast.

Chongqing tętni życiem już od 3000 lat. Miasto leży u zbiegu rzek Jangcy i Jialing. W czasie II wojny światowej tu mieściła się stolica państwa, a w ostatnich latach władze centralne wpompowały w miasto dużo pieniędzy w ramach projektu rozwoju terenów położonych w głębi kraju. Lokalne PKB wzrosło o dwie trzecie w ciągu ostatnich czterech lat, do miasta napływają rzesze poszukujących pracy. Już w 1997 roku Chongqing został oficjalnie uznany za największy obszar metropolitalny w Chinach, kiedy rozrastające się centrum połączono z otaczającymi je okręgami podmiejskimi. Dziś miasto przypomina Manchester i Pittsburgh połączone w jedno pełne rozgardiaszu, bardzo zanieczyszczone megalopolis. Tyle, że jest tu znacznie cieplej.

Lot z Pekinu na niedawno rozbudowane lotnisko w Chongqingu trwał dwie i pół godziny. Uczelnia wysłała po nas dwa samochody, jednego wykładowcę, dwóch studentów z ostatniego roku i kilka ogromnych bukietów kwiatów. Szerokimi ulicami zawieziono nas do supernowoczesnego hotelu.

Ledwo zdążyliśmy odłożyć bagaże, kiedy już zaproszono nas na obfity i bardzo pikantny lunch. Chongqing słynie ze znakomitej syczuańskiej kuchni, a zwłaszcza ze świetnego mięsa duszonego z jarzynami. Na środku wielkiego, okrągłego stołu stała parująca waza pikantnego bulionu, do którego uśmiechnięta kelnerka wrzucała najróżniejsze warzywa i kawałki mięsa – a także kaczą krew, wnętrzności kurczaka i świńską nerkę. Łykałem z zamkniętymi oczami, nie chcąc wiedzieć co jeszcze się tam znajduje…

Zaraz potem zabrano nas na pierwsze wykłady. Lunch był tak pikantny, że wciąż jeszcze miałem problemy z wyraźnym mówieniem – na szczęście studenci słuchali uważnie, byli pozytywnie nastawieni i mieli mnóstwo pytań. Później herbatka z dziekanem, krótkie zwiedzanie campusu – i już zabrano nas na obiad. Kolejny kociołek z czymś, co było pyszne, ale piekło jak kwas solny. Tym razem obsługiwała nas śpiewająca kelnerka.

Wróciliśmy chwiejnym krokiem do hotelu, gdzie czekała na nas nieprzyjemna niespodzianka. Po przyjeździe, spiesząc się, zapomniałem wyjąć większą sumę gotówki z jednej z zapinanych na suwak kieszeni torby podróżnej. Pieniądze zniknęły.

Byłem przerażony. Nie chciałem nikomu nic mówić, ale zagraniczne karty kredytowe nie wszędzie w Chinach są akceptowane i mogło się okazać, że brak gotówki będzie poważnym problemem. W końcu informacja o kradzieży wydostała się na zewnątrz. Władze wydziału zażądały wyjaśnień od dyrekcji hotelu, a dyrekcja wszczęła dochodzenie.

Następnego wieczoru, po kolejnym wyczerpującym dniu wykładów i ekstremalnych przeżyć kulinarnych, do restauracji, w której wraz z żoną i kilkoma wykładowcami jedliśmy kolację, wkroczył mężczyzna o krótko przyciętych włosach w ciemnym garniturze i wręczył mi kopertę wypchaną pieniędzmi. Początkowo myślałem, że to policjant, ale szybko okazało się, że mam do czynienia z kierownikiem hotelu. Powiedział mi, że przesłuchują obsługę i oglądają zapisy z systemu monitoringu. Na razie nie schwytali sprawców, a jeśli nie uda im się to w najbliższym czasie, wezwą policję. – A na razie – dodał – proszę przyjąć tę skromną kopertę jako symboliczne zadośćuczynienie za pańską stratę.

Początkowo protestowałem, ale w końcu zgodziłem się, choć czułem się potwornie zażenowany.

Kolejny dzień wykładów i jedzenia, tym razem urozmaicony zwiedzaniem miasta. Okazało się, że w Chongqing jest co oglądać. Warto zobaczyć historyczne doki Chaotianmen, miejsce spotkania dwóch rzek, z którego wypływają statki wycieczkowe wiozące turystów w górę Jangcy, do Trzech Przełomów.

My zrezygnowaliśmy z takiego rejsu (byliśmy na podobnym rok temu), za to podziwialiśmy ogromne, oceaniczne frachtowce, które robiły niezwykłe wrażenie półtora tysiąca kilometrów od morza. Najlepszy widok na rzekę i statki rozciąga się chyba z parku Eling (czyli „parku gęsiej szyi”), 350 metrów wyżej. Warto wybrać się tam po zmroku, kiedy niezliczone drapacze chmur w centrum miasta jarzą się światłami (ale żeby to zobaczyć, trzeba zjawić się tam zaraz po zachodzie słońca, bo dodatkowe oświetlenie wyłączane jest na noc dla oszczędności).

Choć w czasie II wojny światowej Chongqing był wielokrotnie bombardowany, część najstarszych budynków ocalała, a wiele innych zostało odbudowanych. Jedne i drugie można znaleźć w dzielnicy Ciqikou, czyli na starym mieście – w czasach dynastii Ming była to dzielnica producentów porcelany, dziś nadal można tu oglądać urocze fronty sklepów i warsztatów z malowanego bambusa.

Większość sklepów oferuje pamiątki dla turystów i pokryte cukrem ciasteczka, bardzo lubiane przez miejscowych. Nasi gospodarze zabrali nas też do ogromnego budynku z czasów dynastii Ming, wkomponowanego w ścianę skalną nieopodal doków. Dziś znajdowało się w nim duże centrum handlowo-usługowe.

Odwiedziliśmy także domy, w których mieszkali Czang Kaj-szek i amerykański dowódca w Chinach, generał Joseph Stillwell (zwany „Vinegar Joe”, czyli „Józek Ocet” – podobno ze względu na wyjątkowy sarkazm, uszczypliwość i naturę służbisty). Oba domy są dziś muzeami, w domu Stillwella można oglądać dużą kolekcję historycznych fotografii.

Nieco dalej od centrum można podziwiać skalne rzeźby Dazu, obecnie na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z naszego hotelu jechało się tam samochodem trzy godziny, ale było warto. Dziekan i kilku kolegów z wydziału specjalnie wzięło wolny dzień, aby zabrać nas tam i szczegółowo o wszystkim opowiedzieć. W Dazu znajdują się jaskinie i około 50 tysięcy rzeźb i posągów wykonanych przez buddyjskich mnichów. Najstarsze pochodzą z VIII wieku.

Kiedy wróciliśmy do hotelu, zastaliśmy w pokoju wiadomość, że na dole czeka na nas policja. Okazało się, że złodzieja nadal nie znaleziono, więc dochodzenie zatacza coraz szersze kręgi. Czułem się fatalnie. Poszedłem do pokoju po moją pechową torbę podróżną, która miała być dowodem w sprawie. Niosąc ja na dół, zobaczyłem jakąś niezauważoną wcześniej kieszonkę. Odpiąłem ją i… zgadnijcie, co było w środku. Czerwony jak burak zwróciłem kopertę, którą wcześniej dostałem od dyrektora. Myślałem, że mnie zabije – ale wszyscy tylko cieszyli się i gratulowali mi szczęścia. Na szczęście w chwilę później w hotelu zjawił się dziekan i inni wykładowcy, aby odwieźć nas na lotnisko. Wszyscy byli życzliwi i uśmiechnięci.

Zastanawiałem się nad niezwykłą hojnością naszych gospodarzy, ich uśmiechniętymi twarzami i dobrą wolą – i zdałem sobie sprawę, że źle oceniłem to niezwykłe miasto. Zamiast wielkomiejskiej dżungli pełnej przestępczości i alienacji znalazłem tu oazę tradycyjnych wartości i autentycznej uprzejmości. Miejsce, w którym pieniądze nie znikają z pokoi hotelowych…

W piśmie chińskim znak chong przypomina nieco qianli, co znaczy „tysiąc mil”. Z kolei qing to połączenie guangda, oznaczające bezmiar. Tak więc „Chongqing” to tyle, co „ogrom tolerancji i hojności”. Rzadko zdarza się, żeby nazwa tak dobrze pasowała do rzeczywistości…

Artykuł ukazał się na portalu przewodnik.onet.pl. Jego autorem jest Donald Morrison


Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Financial Times”: Największe miasto Chin Reviewed by on 16 listopada 2009 .

Trzydzieści dwa miliony ludzi, trzydzieści dwa miliony różnych historii żyje w tym największym mieście Chin. Opowiem wam jedną z nich. Chongqing to jedno z trzech chińskich „miast-pieców” (pozostałe to Wuhan i Nankin), miejsce o wilgotnym, podzwrotnikowym klimacie przypominającym środkową Angolę. To właśnie upał i poważne zanieczyszczenie powietrza sprawiają, że miasto znajduje się na szarym końcu

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź