Chiny

Egzotyczny sojusz z Chinami

Jednym z wielkich wyzwań polskiej polityki zagranicznej jest właściwe ułożenie sobie relacji z globalnymi potęgami. Niewątpliwie na status światowego mocarstwa wybijają się Chiny. Jak wobec tego powinny wyglądać stosunki polsko-chińskie? Czy powinniśmy dążyć do bliskiego partnerstwa z Państwem Środka, poprzestać na poprawnych relacjach, czy może być wobec nich nieufni? Jakie powinny być wobec tego nasze relacje z innymi wielkimi aktorami takimi jak USA, Rosja, Indie czy Brazylia? Publikujemy zatem opinię  profesora Bogdana Góralczyka na temat stosunków polsko-chińskich, który jest polemiką wobec tekstu Radosława Pyffela pod tytułem: „Polska strategicznym partnerem Chin? Żadnych marzeń Panowie!”  Zachęcamy wszystkich do wysyłania własnych tekstów na adres: [email protected] . Chętnie opublikujemy kolejne głosy w dyskusji.

Profesor Bogdan Góralczyk,

Aktywny i widoczny medialnie, nie tylko na łamach portalu Polska-Azja, Radosław Pyffel przedstawił ostatnio dwie większe wypowiedzi nt. stosunków Polska – Chiny, jeden w Arcanach, drugi w Rzeczach Wspólnych. Poruszył przy okazji całą gamę tematów, w czym niełatwo wprowadzić ład i porządek. Mamy bowiem w tych artykułach opinie nt. nowego ładu światowego, globalizacji, rosnącej roli „wschodzących rynków”, chińskiego programu transformacji, a nawet polskiej sceny wewnętrznej, a nie tylko o naszych relacjach z Chinami.

Postanowiłem zabrać głos w dwóch sprawach, które poruszył Pyffel, bowiem obydwie uznaję za ważne.

Pierwsza to kwestia nowego ładu światowego. Opublikowałem obszerny tekst na ten temat na łamach Yearbook of Polish European Studies (nr 12/2009), a pogłębiona i poszerzona analiza tej tematyki czeka już do druku na łamach kolejnego Yearbook. Stawiam tam podobną tezę do tej, jaką krótko ujął dla Rzeczy Wspólnych Pyffel: „wchodzimy w nową epokę”. Jest to teza ważna, a w Polsce nieznana – i słusznie wręcz piekli się Pyffel, atakując przy okazji główny nurt polskich mediów, jak też elity odpowiedzialne za prowadzenie polityki zagranicznej państwa, za to, że patrzą wyłącznie na Zachód, są euroentuzjastyczne, a nadrzędny cel, jaki sobie, stawiają, to nic innego, jak pozostanie w „głównym nurcie polityki europejskiej”.

chlopiec_polska_flaga

fot: Kuba Kamiński

Z diagnozą wypisaną przez R. Pyffela można się zgodzić, natomiast z wypisaną przez niego receptą nie za bardzo. Cóż bowiem postuluje on w zamian? – Bycie „chińskim koniem trojańskim w Europie” lub „chińskim lotniskowcem w Europie” (sic!). Uporządkujmy może te kwestie, poczynając od „nowego ładu”, a kończąc na Chinach i naszych stosunkach z nimi.

Ład czy nieład?

Jest wielką prawdą, że Polska – tzn. nasze media i elity – są nadal tak zapatrzone w Zachód (UE i USA lub na odwrót), że najwyraźniej nie dostrzegają tektonicznych wręcz zmian na światowej scenie. Odrodziły się Chiny, w ślad za nimi idą Indie, a potem są jeszcze Brazylia, Indonezja czy RPA. Również i Rosja pod tandemem Putin – Miedwiediew nie jest tożsama z Rosją Jelcyna, wtedy stojącą na chwiejnych nogach, jak jej przywódca.

Po wybuchu kryzysu na światowych rynkach w 2008 r., który – jak się wydaje – stanowił ważny moment w dziejach świata, zakończyła się, przynajmniej w wymiarze gospodarczym,  „jednobiegunowa chwila” (Charles Krauthammer), tzn. bezwzględna dominacja USA na wszystkich azymutach, a do głosu zaczęły dochodzić „wschodzące rynki” (emerging markets). Dowodem na tę tezę duża aktywność G-20 (za chwilę jej następny szczyt w Korei), która najwyraźniej zastąpiła poprzednią G-7 (G-8 jeśli liczyć z Rosją). Co więcej, od wiosny 2009 r. funkcjonuje tez BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny), łącząca największe „wschodzące rynki”. Do czego są zdolne, pokazały na szczycie klimatycznym w Kopenhadze (Rosję zastąpiła tam RPA), gdzie Amerykanów traktowano jak petentów. Powiada się, nie bez sporej dozy słuszności, że krajów tych nic nie łączy, a w stosunkach Chin z Indiami, czy Chin z Rosją (pisze o tym także Pyffel w tekście dla Arkanów) jest wiele zaszłości i punktów spornych (z terytorialnymi włącznie). Nie dostrzega się jednak, że nadrzędnym spoiwem tego ugrupowania jest coś innego: wspólny front przeciwko Zachodowi! To, na dzień dzisiejszy, wystarczająco mocny „klej”, by wróżyć tej współpracy, przynajmniej krótko- i średnioterminowo „świetlaną przyszłość”.

A przecież za tym idą jeszcze i takie przedsięwzięcia, jak chociażby Szanghajska Organizacja Współpracy, łącząca – politycznie, ekonomicznie, a także wojskowo – Chiny, Rosję i państwa Azji Środkowej (a przychylnie patrzą na nią Indie, Pakistan, Iran i inni). Jeśli do tego dodamy statystyczny fakt, iż centrum gospodarki świata (a wkrótce może także technologii) przesunęło się z Atlantyku na Pacyfik, to mamy obraz: łącznie to już jest nowa jakość, której nasze elity, tkwiące w stałym, wewnętrznym zwarciu i zajęte sobą, po prostu jeszcze nie dostrzegły i nie dostrzegają. Tym samym możemy „zostać wypchnięci poza główny nurt globalizacji”, jak wieszczy Pyffel. Tu z nim zgoda.

„Strategiczny partner” – kogo?

Natomiast rozwiązania, jakie postuluje, nawet mnie, ponoć znawcy Chin, stawiają wręcz włosy dęba. Nie tędy droga i nie w ten sposób, mocium Panie! – chciałoby się zawołać.

Po pierwsze, my Chin nie rozumiemy i nic o nich – jako kraj i społeczeństwo – nie wiemy, a tamtejszy spektakularny sukces gospodarczy (w ślad za nim idzie technologiczny!) po prostu przespaliśmy! Polska nie była, nie jest i – przypuszczam – nie będzie żadnym „strategicznym partnerem” Chin. I to z wielu podstawowych powodów. Pozwolę sobie wymienić najważniejsze, byśmy nie bujali w obłokach:

  • Chiny są  już, od 2008 r., mocarstwem w skali globalnej, podczas gdy Polska gdzie jest i jaka jest – sami wiemy najlepiej. Innymi słowy: nasze potencjały są nieporównywalne, a marzenie, że staniemy w równym szeregu z Chinami może się szybko przeobrazić w realia, że staniemy się ich petentem;
  • Także dlatego, że Chiny mają zupełnie inny model działania i postępowania, niż my. Oni kierują się strategicznymi, dalekosiężnymi wizjami, myślą w kategoriach długich procesów i dziesięcioletnich cykli, a my obijamy się od sondażu do sondażu i od wyborów do wyborów, przy okazji tych ostatnich często wymieniając jeszcze znaczną część ekipy urzędniczej. To zderzenie dalekowzroczności z krótkowzrocznością mogło by być dla nas bolesne!
  • Podobnie jak nie mniej bolesny mógłby okazać się fakt, iż niemal każde większe chińskie przedsiębiorstwo, a tylko takie trafiają do Europy, jest wspierane przez państwo. Faktycznie wiec jego potencjał staje się wprost nieograniczony, bowiem, gdy trzeba, mogą za nim stanąć nadrzędne interesy państwa chińskiego. Czy jesteśmy  stanie sprostać takiej konkurencji?!
  • Chiny przechodzą transformację, która nie jest jeszcze dokończona, ale już z tego ponad 30-letniego przecież procesu wyłania się jakiś „chiński model”, na temat którego toczy się właśnie ożywiona intelektualna debata (głównie w USA, mniej w UE). Nie wchodząc w to głębiej, bo to temat sam w sobie, wystarczy tylko podkreślić, iż wśród cech wyróżniających tego modelu są: autorytaryzm, kontrola najważniejszych procesów gospodarczych przez państwo, pragmatyczne, pozbawione ideologii podejście do reform i koniecznych zmian. Podczas gdy u nas od znamiennej daty 4 czerwca 1989 r., podejście do Chin jest jak najbardziej ideologiczne i wiele środowisk – medialnych i politycznych – nadal chciałoby Chiny „wyzwalać”. Innymi słowy: to głównie z naszych powodów nie znajdziemy nawet wspólnego języka!
  • Po naszej stronie w stosunku do błyskawicznie zmieniających się – i nie mniej błyskawicznie rosnących w siłę! – Chin panuje powszechna ignorancja, podszyta ideologią. Większość z nas ciągle żywi się mitami i stereotypami (prześladowane mniejszości, Tybet, dysydenci, podróbki, dumping, itd. – paleta jest bogata). Jak na tych podstawach budować jakiekolwiek „strategiczne partnerstwo”?
  • W stosunkach z Chinami mamy: 1) różne wartości; 2) niewystarczająco silne wspólne interesy; 3) siłę państwa chińskiego zderzoną ze słabością państwa polskiego; 4) brak elementarnego rozeznania w azjatyckich realiach (tamtejsze ambasady zamykamy, a bezpośrednich połączeń, poza ostatnim z Hanoi, z tym kontynentem nie mamy). Już ten krótki zestaw wystarczy do postawienia tezy, iż próba sojuszu z Chinami to z naszej strony nic innego jak recepta na strategiczną katastrofę.

Skromniej a skuteczniej!

Jestem bodaj ostatnią osobą, która Chiny by ignorowała, a znając realia tu i tam, powiadam jasno i wyraźnie: próby osłabienia naszego udziału w UE, do czego w istocie nawołuje R. Pyffel, to nic innego jak zastępowanie sojuszy realnych – i opartych na naszych nadrzędnych interesach – na „sojusze egzotyczne”. Na dzisiejszym etapie, mimo znanych i widocznych bolączek UE, wyprowadzanie nas stamtąd to szaleństwo! Podobnie jak zamienianie ich na sojusz z partnerem zupełnie nam nieznanym i jeszcze – jakby tego było mało – zupełnie innej rangi.

Dlatego postulowałbym rozwiązania o wiele skromniejsze – i dlatego też, pozwoliłem sobie zabrać tutaj na ten temat głos: najpierw Chiny poznajmy (co wcale nie będzie łatwe!) i postarajmy się zrozumieć, a dopiero potem zacznijmy rozważania, jak z nimi wspólnie robić interesy. Inaczej bowiem dotychczasową „politykę prometejską” wobec Państwa Środka („Wyzwolimy Was”!) zastąpimy polityką nieodpowiedzialną, prowadzącą albo do wasalizacji, albo ośmieszenia (co pewniejsze). Sny o Polsce będącej „chińskim lotniskowcem” w Europie Środkowo-Wschodniej, czy – co gorzej – działającą tutaj jako „koń trojański Chin” między bajki bym włożył.

Natomiast starania R. Pyffela, by zwrócić naszą większą uwagę na Chiny w wielkiej mierze popieram. Sam o to, nie bez oporów, walczę. A opory w tej kwestii wyrosły i stały się barierą stąd, że długo, jedno pokolenie, od „aktu założycielskiego” 4 czerwca 1989 r., patrzyliśmy na „komunistyczne Chiny” z wyższością, toteż dzisiaj trudno nam przyjąć do wiadomości zawołanie Pyffela: „Chiny nadchodzą”. Rzeczywiście, nadchodzą, ale my w żadnej mierze nie jesteśmy jeszcze – mentalnie, politycznie, czy organizacyjnie – gotowi na ich przyjęcie. Jak tu rozważać o jakichś „strategicznych interesach” z  nimi?


Autor – profesor w Centrum Europejskim UW, politolog i sinolog, b. ambasador w państwach azjatyckich. Ostatnio wydał: „Chiński Feniks. Paradoksy rosnącego mocarstwa” (Warszawa 2010) oraz tom pod swoją redakcją: „Polska-Chiny. Wczoraj, dziś, jutro” (w 60-lecie nawiązania stosunków), (Toruń 2009). Jest redaktorem naczelnym Rocznika naukowego „Azja-Pacyfik”.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Egzotyczny sojusz z Chinami Reviewed by on 28 września 2010 .

Jednym z wielkich wyzwań polskiej polityki zagranicznej jest właściwe ułożenie sobie relacji z globalnymi potęgami. Niewątpliwie na status światowego mocarstwa wybijają się Chiny. Jak wobec tego powinny wyglądać stosunki polsko-chińskie? Czy powinniśmy dążyć do bliskiego partnerstwa z Państwem Środka, poprzestać na poprawnych relacjach, czy może być wobec nich nieufni? Jakie powinny być wobec tego nasze

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 10

  • Ciekawa i wartościowa dyskusja Radka i prof. Góralczyka. Dwie krótkie uwagi:

    a) odnośnie tekstu Radka:
    – bardzo podobał mi się fragment o przygranicznych terenach chińsko-rosyjskich
    – nie zgadzam się, że przyjmowanie Dalajlamy będzie nas kosztowało chińskie kontrakty. Postępowanie z pozycji siły zazwyczaj się opłaca.
    Dwa przykłady
    1. mimo początkowych gróźb decydentów ChRL o sankcjach gospodarczych wobec firm amerykańskich po styczniowej sprzedaży broni USA dla Tajwanu, nie nastąpiły żadne reperkusje gospodarcze.
    2. Wystarczy porównać histerię władz i mediów ChRL na prowokację w bieżącym miesiącu chińskiego rybaka wobec łodzi marynarki japońskiej z chińskim brakiem reakcji, kiedy w lutym Rosjanie zatopili (!) chiński kuter (czyli sytuacja nieporównywalnie bardziej nieprzyjazna dla Chin).
    Rozwijając nadal naszą gospodarkę zyskamy znacznie więcej niż przejmując się krytyką władz chińskich.

    b) odnośnie tekstu prof. Góralczyka
    – ogromnie cenny jest sam fakt komentarza profesora, dyplomaty i praktyka, który wiele lat spędził w Azji i zna polskie i zagraniczne mechanizmy władzy.
    – w moim odczuciu nie bardzo można mówić o chińskim modelu, a raczej przypadku (to odnośnie wspomnianej przez Autora debaty). Transformacji gospodarki chińskiej jak na razie nigdzie nie powielono i nie zanosi się na to. Ludnościowo zbliżone Indie to inna kultura i kraj demokratyczny (choć różnic oczywiście jest więcej). Modelowo zaś główna zaś różnica między Chinami a azjatyckimi tygrysami, to wg. mnie wpływ na nie polityki i obecność wojsk USA, czego nie ma w Chinach. Choć to oczywiście temat rzeka.

    Sam fakt zaistnienia tej dyskusji i wymiany poglądów obu panów, to w Polsce rzadkość i tym bardziej należy się z niej cieszyć.

    z poważaniem
    Ryszard Zalski

    • Podzielam Pańskie zdanie, że to wartościowa i potrzebna dyskusja. Natomiast nie bardzo rozumiem Pańskie argumenty odnośnie przyjmowania lub nieprzyjmowania Dalajlamy.
      Cyt. „1. mimo początkowych gróźb decydentów ChRL o sankcjach gospodarczych wobec firm amerykańskich po styczniowej sprzedaży broni USA dla Tajwanu, nie nastąpiły żadne reperkusje gospodarcze.
      2. Wystarczy porównać histerię władz i mediów ChRL na prowokację w bieżącym miesiącu chińskiego rybaka wobec łodzi marynarki japońskiej z chińskim brakiem reakcji, kiedy w lutym Rosjanie zatopili (!) chiński kuter (czyli sytuacja nieporównywalnie bardziej nieprzyjazna dla Chin).”
      Wie Pan, obie te sytuacje pokazują, że w świecie polityki zasada „co wolno wojewodzie…” jak najbardziej obowiązuje. Chiny nie chciały zadzierać z USA i Rosją, natomiast ze słabą militarnie i coraz słabszą ekonomicznie, a zarazem wiedziały, iż dość mocno zależną od rynku Chin Japonią tak zagrywać można. Zwłaszcza, że uwarunkowane historycznie nastroje antyjapońskie w Chinach są silne i łatwo je wykorzystać dla celów politycznych.
      Jeśli chodzi o nas, to Chiny mogą nas bez problemu pominąć we współpracy gospodarczej, preferując np. inne, mniej wchodzące im w drogę kraje. Tę świadomość mają np. Niemcy. Na ogół starają się nie drażnić Chin i raz po raz wygrywają lukratywne kontrakty na tamtejszym rynku. Natomiast kochający Dalajlamę Francuzi mogą patrzeć jak np. ich TGV przegrywa z niemieckim ICE na chińskim rynku superszybkich kolei.

      • Avatar rysiek

        jest w tym rozumowaniu czesc racji, podobnym do tego Radka. dodalbym do tego, a poglad ten zaczerpnalem z lokalnej prasy pro-DPP, ze agresywne stanowisko Chin to takze proba sprawdzenia sojuszu amerykansko-japonskiego i sprawdzenia do jakiego stopnia USA zaangazuja sie w obrone sojusznika. ponadto to granie pod lokalna publike, chinskich nacjonalistow domagajacych sie radykalnej postawy swoich wladz.

        nadal jednak uwazam, ze Polska nie powinna pomijac stanowiska krytycznego wobec wladz ChRL. na tym w moim odczuciu polega wyrafinowana dyplomacja, zeby polaczyc elementy ying i yang, stworzyc konsensus – polaczyc wlasne zadania i jednoczesnie wyjsc naprzeciw partnerowi.

        serdecznie pozdrawiam Autorow i Dyskutantow

    • P.S. Wkradł mi się błąd za który przepraszam. Zamiast: „Chiny nie chciały zadzierać z USA i Rosją, natomiast ze słabą militarnie i coraz słabszą ekonomicznie, a zarazem wiedziały, iż dość mocno zależną od rynku Chin Japonią tak zagrywać można. ” powinno być:
      Chiny nie chciały zadzierać z USA i Rosją, natomiast wiedziały, iż ze słabą militarnie i coraz słabszą ekonomicznie, a dość mocno zależną od rynku Chin Japonią tak zagrywać można.”

    • Avatar Radek Pyffel

      ” Nie zgadzam sie ze postepowanie z Dalajlama bedzie nas kosztowalo kontrakty, postepowanie z pozycji sily zazwyczaj sie oplaca” i dalej dwa przyklady USA, Japonia, Rosja

      Toczylem ten spor juz wiele razy wiec znam juz chyba wszystkie rodzaje argumentacji. Te ktore przytaczasz to sprosrod pragmatycznych ( najpoularniejsze sa moralno-etyczne) najczesciej uzywane i ja mam juz tez przygotowana na nie odpowiedz:

      Polska nie jest USA. Nie jest tez Japonia i Rosja. Nie jest tez Chinami czy Brazylia. Te kraje graja w Lidze Swiatowej polityki, a my mozemy z nimi ewentualnie zagrac w siatkowke ( choc jak sie wczoraj okazalo z marnym skutkiem). Odrzucam zatem argument ze jesli USA, Japonia czy Rosja cos taka polityka osiagnely, Polska tez osiagnie. ( Wyprzedzam od razu ataki w stylu ze „nie lubi Polski, kocha Chiny itd” Lubie Polske, ale to nie jest Japonia, Rosja, czy USA.

      Po drugie USA to swiatowe mocarstwo i hegemon ( z wlasnej czy nie wlasnej woli, ale hegemon) i musi tego bronic. Walcza wiec o swoje.
      Tak jak Japonia i Rosja w sporach z Chinami ktore dotycza ich interesow.
      Gdybym byl Japonczykiem, Amerykaninem, Rosjaninem- to byc moze popieralbym Tybet, bo byc moze byloby zgodne z interesem mojego kraju, jakies niepokoje na rubiezach ChRL.
      Gdybym byl Wietnamczykiem, albo Mongolem, tez pewnie bym sie z tego cieszyl i zastanawial jedynie czy tego poparcia udzielac otwarcie czy moze tylko sympatyzowac.
      Ale jestem obywatelem polskim i kompletnie nie rozumiem jaki jest interes mojego panstwa, zeby isc na konfrontacje z Chinami w sprawie ktora z Polska nie ma nic wspolnego.

      Byc moze lata na Tajwanie robia swoje i juz sie ztajwanizowales troszeczke i myslisz jak Tajwanczyk ( chociaz chyba jednak b.radykalny jestes niz tamtejszy mainstream:)

      • Avatar rysiek

        przeciwstawiajac sytuacje mocarstw (BRIC), polozeniu Polski, masz Radek wiele racji.moze to zabrzmiec jak sprzecznosc, jednak nadal pozostane przy swoim zdaniu i nie chce tu dokladnie wyjasniac dlaczego. to zlozony temat i nie na taki krotki komentarz. w soim rozumowaniu masz wiele racji.
        ponadto, zdaje sobie tez sprawe z radykalizmu moich pogladow. i tu masz najwiecej racji. nic na to nie poradze, ale takie poglady tu wlasnie nabylem. choc to w duzej mierze przez cudzoziemcow, wielu z nich mysli tak samo, choc i wielu, wielu Tajwanczykow.
        choc moja zona (jest z poludnia kraju z Kaohsiungu, jej ojciec pod koniec zycia zrobil spora kariere w administracji miasta dzieki DPP) np. jest przeciwnego zdania niz ja, gardzi DPP i przede wszystkim Chen Shui-bianem i twierdzi, ze moje stanowisko wynika z nieznajomosci tutejszej sytuacji …

      • Czy dobrze rozumiem? Tybetańczycy mają rację w zalezności od tego czy się jest Japonczykiem, Amerykaninem, Rosjaninem, Wietnamczykiem, Mongolem? Albo Polakiem. Nie chcę ciągnąć, tego wątku (zaczął bym od sytuacji Polaków w czasach rozbioru a skończył na estońskich i nie tylko, SS -manach, „działających w interesie swojego kraju”), bo mam jednak nadzieję, że źle zrozumiałem

  • Bardzo ciekawy artykuł, w ogóle cała polemika jest inspirująca, wnosi wiele mądrych, pożytecznych spostrzeżeń!
    Podzielam zdanie Panów Góralczyka i Pyffela, iż orientacja prozachodnia nijak ma się do nowego układu sił w świecie. Dodam, że euroentuzjam polskich tzw. „elit” wygląda cokolwiek groteskowo w sytuacji postępującej islamizacji oraz degrengolady moralnej, kulturalnej, a nawet ekonomicznej UE, których my – jak słusznie zauważa Prof. Góralczyk – obijając się od wyborów do wyborów, przez wiele lat nie dostrzegaliśmy.
    Jednak dostrzegam pewne elementy nieśmiałego przewartościowania, a przynajmniej prób zwiększenia roli kontaktów z Azją, jakie podjął rząd premiera Tuska. Przypuszczam, że powód tego jest przyziemny: najwyraźniej nasze dzisiejsze „elity” po prostu kombinują i badają, jak by tu w niedalekiej przyszłości „przykleić się” do nowego „patrona” i ile wazeliny na to będzie potrzeba. To chyba wszystko, na co obecnie stać tych „polityków”… :-(
    Na nieudolność i serwilizm polskich ośrodków decyzyjnych zwrócił uwagę Pan Wiesław Pilch, pisząc m.in.: „Najlepszym tego dowodem jest nieumiejętność zadbania o nasze podstawowe interesy w ramach UE czy też pozbywanie się za wszelką cenę suwerenności monetarnej. Nie mówiąc już o tak prostych sprawach jak nieumiejętność zapewnienia krajowi podstawowych nośników energii. A skoro sami nie potrafimy zadbać o swoje sprawy- pozostaje nam rola klienta. I jeśli się ktoś obruszy, to proszę pomyśleć. Od początku XVIII wieku do teraz jesteśmy jako państwo klientami Rosji i Niemiec w ich kolejnych wcieleniach za wyjątkiem okresu międzywojnia. Ostatnio doszło USA.”
    Jeśli chodzi o Niemcy, to z racji swojej potęgi ekonomicznej, a co za tym idzie politycznej, są numerem 1 w UE, do której i my należymy. Niemcy (a także Anglia i Francja) mają bogate doświadczenia w realizowaniu swoich celów. I mimo że dziś nie są mocarstwami takimi jak USA czy Chiny, to są (zwłaszcza Niemcy) zabójczo skuteczne w działaniu.
    Dlatego nasze „elity” wchodząc do UE postawiły się w sytuacji podobnej do tej, gdybym ja rzucił wyzwanie Andrzejowi Gołocie. Nie miałbym szans na wygraną, a pewnie nawet nie bardzo wiedziałbym, co się ze mną dzieje. Tak to wygląda: nie bardzo wiemy jak realizować nasze polskie cele, a co gorsza nie umiemy nawwet sformułować naszego celu. Niemcy to ostatnie zrobiły w XIX wieku, formułując projekt „Gospodarki wielkiego obszaru” (Grossraumwirtschaft”). I to realizują tam gdzie mogą. A jako, że na zachodzie za wiele nie mogą, bo tam swoje interesy mają Francja, UK i USA, więc rozpychają się na Wschód, na tyle, na ile pozwala im Rosja. A że niemiecka gospodarka, jak kania dżdżu łaknie rosyjskich surowców, więc tym łatwiej było o strategiczne partnerstwo Moskwy z Berlinem, choćby kosztem Polski.
    Spoglądając ku Rosji i Niemcom, trzeba przyznać, że są to kraje nie tylko silniejsze, ale że są to kraje poważne, realizujące długofalowe interesy bez względu na to jak „boli” to ich sąsiadów. I nie są tu jakimiś szczególnie „zimnymi draniami”, bo to cecha wszystkich mocarstw i państw poważnych. Wszak XIX-wieczny brytyjski premier, lord Palmerston stwierdził bez ogródek: „Wielka Brytania nie ma przyjaciół tylko interesy”.
    A skoro nasze „elity polityczne” w kontaktach z Zachodem dbają o nasze interesy tak jak dbają, więc i w kontaktach z Chinami nie szłoby im lepiej.

  • Bardzo dziekuje profesorowi Góralczykowi za polemike,
    Postaram się odpowiedzieć w tym tygodniu,
    serdecznie pozdrawiam autora, wszystkich czytelników i komentatorów,

  • Nie sojusz a propozycja współpracy

    Co do faktu że na naszych oczach właśnie tworzy się nowa jakość w dziejach świata – w rozumieniu tego co dzieje się w Azji a w szczególności w Chinach- istnieje między nami konsensus. No bo symboliczny fakt upadku banku Lehman Brothers i to co się później wydarzyło w gospodarce USA i światowej- zapoczątkował nową erę na arenie międzynarodowej ze znaczącymi konsekwencjami we wszystkich możliwych – ale również i niemożliwych kwestiach. USA stały się państwem, któremu coraz trudniej przychodzi wyegzekwować swoją mocarstwowość na wszystkich płaszczyznach.
    Natomiast rejon Pacyfiku staje się współczesnym „terra Meditariana”. Oczywiście do roli Rzymu pretenduje bezapelacyjnie ChRL, ale tuż za nimi tworzy się wcale nielichy „ogon komety ” z Indiami, Brazylią, Indonezją, Koreą i znanymi nam wszystkim rosnącymi jak na drożdżach państwami. A na końcu tego ogona komety widzimy całą masę krajów, które być może nie są na drodze tak intensywnego rozwoju , ale mają to samo co ich wielcy prowadzący marzenie- znieść ze szczętem „pax americana”.

    I teraz jaki jest nasz, polski udział w tym tworzeniu nowej jakości, jak my , Polacy powinniśmy się w tym znaleźć?
    Bo obecna rzeczywistość jest banalnie prosta. Jesteśmy jak ta krowa na dobrym pastwisku, która patrzy się na przejeżdżające opodal ekspresy i myśli lub nie myśli sobie: a co mnie to obchodzi. Taki jest stan umysłu naszej klasy politycznej, ich doradców ekonomicznych oraz społeczeństwa. O mediach nie wspominam celowo- to parobki które gnają krowę po pastwisku. Czyli, nic o zachodzących w tym rejonie świata zmianach nie wiemy, niczego nie rozumiemy i na wszystkie wiadomości stamtąd mamy gotowe kalki pojęciowe.
    Myślę że byłoby pięknie, aby wymiana zdań między nami lub w znacznie szerszym gronie skutkowała w przyszłości jakąś formą apelu do bezmózgich polityków i wspierające ich mediów „main streamowych”- skierujcie swoje kaprawe oczy na Daleki Wschód i zobaczcie jak można wspaniale, w czasie życia jednego pokolenia podnieść na tak wysoki poziom standardy życia.
    Ale wracając do postawionego powyżej pytania. Czy mamy szanse na to aby wsiąść do tego ekspresu i znaleźć swoje miejsce wśród narodów, które z rozmysłem, długofalowo się rozwijają. Które potrafią czerpać wiedzę z komnat do których drzwi zostały już otwarte lub się otwierają. Myślę, że dopóki nie znajdzie się w naszym kraju polityk z najwyższej półki, który zrozumie, że możemy jako państwo skorzystać na tym co się dzieje w rejonie Pacyfiku- nic się nie zdarzy. Bo aby móc skorzystać z tego co azjaci oferują- trzeba mieć wizję Polski za lat 20, a nie do następnych wyborów za 4 miesiące. I tę wizję muszą realizować kolejne następujące po sobie rządy, bez względu na to, którzy kolesie są przy żłobie. A to prawie niewykonalne. I to jest jedna droga. Druga, równie trudna z innego względu jest następująca. Też potrzebny jest polityk- premier- z wizją, ale bardziej pragmatyczny. Tworzy ramy prawne systemu pozwalającego dużym koncernom chińskim na tak ułatwione działanie w kraju na Wisłą, że zaproszenie ich do środka poskutkuje wejściem. Resztę można sobie wyobrazić. Tyle, że ta reszta może mieć dla narodu ciekawe skutki. Dla polityków zresztą też.
    Pierwszą drogę wybrali Niemcy prawie 20 lat temu. Są obecni w Chinach na każdym kroku. Ale też kolejne niemieckie rządy czy to socjaldemokraci czy chadecy, wszyscy pomagali swoim koncernom i mniejszym firmom zainstalować się w Państwie Środka. I pomagają dalej. I nie obruszają się na fakt iż Chiny zajęły ich miejsce państwa eksportującego więcej dóbr. Robią swoje, czyli eksportują, eksportują, eksportują.
    My mamy drugą drogę. Nie mamy szans aby w znaczący sposób wzrósł nasz eksport do Azji: Chin, Indii. Ale nie musimy być tylko – jak obecnie- jedynie poddostawcami niemieckich firm ani konsumentami chińskich towarów. Niemcy nie zaprosili chińczyków do siebie, bo zrobili to co zrobili. My jesteśmy w o wiele gorszej sytuacji. Ten wyścig już się zaczął, a my wciąż klęczymy w blokach startowych. Niestety, aby wejść w ten nowy krąg handlu światowego którego epicentrum znajduje się w Chinach, musimy zaprosić Ich do siebie i coś Im zaoferować. Ten układ może nam się na stulecia opłacać, może zmienić naszą i nie tylko naszą geopolitykę. Oczywiście, doskonale zdaję sobie sprawę z tego co proponuję. Taki sposób myślenia wywraca do góry nogami polski sposób myślenia: Polak potrafi- sam. Nie, już nie potrafi. Najlepszym tego dowodem jest nieumiejętność zadbania o nasze podstawowe interesy w ramach UE czy też pozbywanie się za wszelką cenę suwerenności monetarnej. Nie mówiąc już o tak prostych sprawach jak nieumiejętność zapewnienia krajowi podstawowych nośników energii. A skoro sami nie potrafimy zadbać o swoje sprawy- pozostaje nam rola klienta. I jeśli się ktoś obruszy, to proszę pomyśleć. Od początku XVIII wieku do teraz jesteśmy jako państwo klientami Rosji i Niemiec w ich kolejnych wcieleniach za wyjątkiem okresu międzywojnia. Ostatnio doszło USA. Na samodzielną politykę gospodarczą nie mamy szans, więc może przydało by się wyrwać z tego kręgu niemocy?
    Taki sposób rozumowania zakłada również szczegółowe rozwiązania. Ale o tym – być może potem.

Odpowiedz na „ZyggiAnuluj pisanie odpowiedzi