Chiny

Egzotyczny sojusz z Chinami: Żadnych marzeń Panie i Panowie, czyli tai ji quan nad Wisłą

Jednym z wielkich wyzwań polskiej polityki zagranicznej jest właściwe ułożenie sobie relacji z globalnymi potęgami. Niewątpliwie na status światowego mocarstwa wybijają się Chiny. Jak wobec tego powinny wyglądać stosunki polsko-chińskie? Czy powinniśmy dążyć do bliskiego partnerstwa z Państwem Środka, poprzestać na poprawnych relacjach, czy może być wobec nich nieufni? Jakie powinny być wobec tego nasze relacje z innymi wielkimi aktorami takimi jak USA, Rosja, Indie czy Brazylia? Opublikowaliśmy już poświęcone tej tematyce przemyślenia Radosława Pyffela – artykuł pod tytułem: “Polska strategicznym partnerem Chin? Żadnych marzeń Panowie!” oraz polemikę Profesora Bogdana Góralczyka „Egzotyczny sojusz z Chinami”. Poniższy tekst jest odpowiedzią  Radosława Pyffela na tekst Profesora. Zachęcamy wszystkich do wysyłania własnych tekstów na adres: [email protected] . Chętnie opublikujemy kolejne głosy w dyskusji.

W ostatnich tygodniach byłem, jak pisze profesor Góralczyk, rzeczywiście bardzo widoczny. Udzielałem się medialnie, naukowo, napisałem też dwa duże teksty o stosunkach polsko-chińskich do krakowskiego pisma „Arcana” (numer lipcowy, tekst zamieściliśmy także na stronie polska-azja.pl) i „Rzeczy Wspólnych” (najnowszy numer wrześniowo-październikowy do nabycia w Empiku. Polecam!).

Widoczność ta i mały ferment, który jednak udało nam się spowodować zarówno w tradycyjnych mediach, jak i internecie, jest efektem ciężkiej i konsekwentnej pracy, jaką wykonaliśmy jako zespół CSPA przez ostatnie miesiące.

Dziękuję wszystkim internetowym trollom za wyzwiska i wściekłe pisane pod anonimami ataki pod moim adresem, które sprawiają, że nie można się jednak poczuć zbyt pewnie i dopingują do lepszych tekstów i ciężkiej pracy (Bóg wybacza, ale troll nigdy!). Dziękuję też czytelnikom i sympatykom polska-azja.pl za merytoryczne komentarze, zwłaszcza pod tekstami o wizycie Dalajlamy i Noblu dla Liu Xiaobo.

Polemika tak poważnego specjalisty jak Prof. Góralczyk jest wielkim dla nas wyróżnieniem, a mi osobiście sprawiła wyjątkową przyjemność, bo wyjątkowo go cenię. Zwłaszcza (choć nie tylko) za jego świetną książkę „Chiński Feniks – paradoksy rosnącego supermocarstwa”, która niedawno pojawiła się na naszym rynku. Tą napisaną przystępnym językiem publikację przeczytałem jednym tchem. Jako iż Profesorowi udało się te chińskie dylematy i paradoksy doskonale opisać (a nie jest to łatwe, coś na ten temat wiem… ), jest to publikacja na światowym poziomie i gdybyśmy żyli w USA, byłaby bez wątpienia przedmiotem zażartych sporów, debat i dyskusji. Dlatego polecam ją wszystkim czytającym tę polemikę. Przeczytajcie, a na pewno się nie zawiedziecie!

Po drugie Profesor Góralczyk to osoba dużo starsza. Więcej widział, więcej wie – był w Chinach już wtedy kiedy ja stawiałem pierwsze kroki na tym świecie. W dodatku to były dyplomata znakomicie znający Chiny, mający doświadczenie w pracy państwowej, obeznany z mechanizmami państwa.

Dlatego to wielki honor dla mnie, że Profesor Góralczyk, w ogóle zechciał ze mną polemizować. Przecież nawet surowo mnie krytykując i tak chińskim zwyczajem jako starszy przekazuje mi część swojego prestiżu, daje mi twarz.

Tym bardziej jestem wdzięczny, że przecież Profesor Góralczyk wiele ryzykuje. Jako uznana postać, wchodzi do internetu gdzie naraża się na ataki anonimowych trolli. A przecież mógłby jak niejeden specjalista od Azji, machnąć na to wszystko ręką. I narzekać na media, internet, polityków i pseudo-ekspertów w stylu Pyffla. Przecież Profesor Góralczyk zdobył już bardzo wysoką pozycję,  prestiż i niewiele na tej polemice zyska. A jednak, chociaż nie musi, to chce mu się chcieć. I za to wielkie dzięki.

Tyle kurtuazyjnego wstępu, którego jednak nie mogłem pominąć.

fot: Jakub Hałun

fot: Jakub Hałun

Przejdźmy do meritum. Przywykłem już, że moje wypowiedzi są często przeinaczane, a intencje opacznie rozumiane. Podam tylko jeden przykład. Tytuł mojego pierwszego artykułu (z którym polemizuje prof. Góralczyk) pt. „Polska strategicznym partnerem Chin? Żadnych marzeń Panowie!” został ku mojemu zaskoczeniu odebrany jako seksistowski wybryk, wykluczający z dyskursu kobiety. Cóż, te pretensje powinny być skierowane nie do mnie, ale do seksisty Bismarcka, który tymi słowami zwrócił się w 1871 roku, w Wersalu do Francuzów po zwycięskiej wojnie, tuż przed rozpoczęciem negocjacji pokojowych, a które to słowa stały się w kulturze europejskiej synonimem sytuacji prawie beznadziejnych (a za taką uważam rozważania o strategicznym partnerstwie z Chinami). By naprawić swój błąd, ten artykuł tytułuje żadnych marzeń Panie i Panowie! ( i pozdrawiam przy okazji wszystkie czytelniczki!).

Podobny mechanizm, to jest przypisania mi innych intencji i opacznego zrozumienia głównych tez, niestety zadziałał w przypadku polemiki Profesora Góralczyka, który – proszę wybaczyć bezpośredniość – po prostu błędnie zrozumiał wymowę moich dwóch artykułów dotyczących stosunków polsko-chińskich. Stawia mi Profesor dwa zarzuty:

– iż mój wywód jest chaotyczny „Poruszył przy okazji całą gamę tematów, w czym niełatwo wprowadzić ład i porządek. Mamy bowiem w tych artykułach opinie nt. nowego ładu światowego, globalizacji, rosnącej roli „wschodzących rynków”, chińskiego programu transformacji, a nawet polskiej sceny wewnętrznej, a nie tylko o naszych relacjach z Chinami”, oraz

– oparty na fantasmagoriach „od których włos staję dęba”: Z diagnozą wypisaną przez R. Pyffela można się zgodzić, natomiast z wypisaną przez niego receptą nie za bardzo. Cóż bowiem postuluje on w zamian? – Bycie „chińskim koniem trojańskim w Europie” lub „chińskim lotniskowcem w Europie” (sic!) (..) Natomiast rozwiązania, jakie postuluje, nawet mnie, ponoć znawcy Chin, stawiają wręcz włosy dęba. Nie tędy droga i nie w ten sposób, mocium Panie! – chciałoby się zawołać.

Jeśli chodzi o pierwszy zarzut, częściowo mogę się z nim zgodzić. Faktycznie poruszam wiele spraw jednocześnie. Ale jest to zabieg celowy, czynie tak w trosce o polskiego czytelnika. To odwieczny dylemat, w którym trzeba znaleźć balans miedzy komunikatywnością, a wartością merytoryczna koncepcji. W tekstach naukowych które piszę, z reguły nie dbam o to pierwsze, ale tekstów publicystycznych nie piszę dla wąskiego grona specjalistów, wśród których oczywiście jest Prof. Góralczyk, ale dla czytelników, którzy często w ogóle nie interesują się Azja i uważają ją za zbyt odległą, by skupiła ich uwagę. Dlatego wprowadzam liczne odniesienia do Polski (zawsze bywają powierzchowne i kontrowersyjne, w dodatku jak zauważa Prof. Góralczyk wprowadzają chaos i zamieszanie), by być lepiej zrozumianym. Traci na tym wartość koncepcji i ich głębia, ale zyskuje ich przystępność.  Są przez to ciekawsze i bardziej inspirujące. Czytelnicy „Arcan” i „Rzeczy Wspólnych” są wystarczająco dojrzali intelektualnie, jednak nawet dla nich rozważania pozbawione odniesień do Polski, mogłyby być zbyt abstrakcyjne, nie mówiąc już o odbiorcach kultury masowej, którzy słysząc Azja, przełączają kanał lub klikają na inną stronę.

Wprowadzenie w ten sposób rozważań o Azji do głównego nurtu to sprawa bardzo ważna. Zarówno w mediach mainstreamowych, jak i w internecie, a nawet niszowych kwartalnikach (jak „Arcana”, czy „Rzeczy Wspólne”) wciąż toczą się spory jakby polska geopolityka (czy nadal odgrywa ona jeszcze podstawową rolę to inne pytanie) nie zmieniła się od XIX wieku lub w najlepszym wypadku 1938 roku. Wciąż jesteśmy między Niemcami, Rosją i Zachodem.

Głównie dlatego, większe teksty adresowane do czytelników, którzy nie specjalizują się w Azji, zaczynam od próby uzmysłowienia, że te XIX wieczne debaty nie maja dzisiaj sensu, gdyż obserwujemy zmiany ładu światowego (ruchy tektoniczne jak pisze prof. Góralczyk). Słyszę często zarzuty, że jestem jak zdarta taśma wciąż powtarzająca te same slogany (akurat Prof. Góralczyk ich nie stawia).

Uważam, że wprowadzenie trochę chaosu, jest ceną jaką mogę w ostateczności zapłacić za ukazanie w sposób jak najbardziej zrozumiały czytelnikom innej od dominującej w Polsce perspektywy.

Prof. Góralczyk przedstawił bardzo dobry, spójny, lepszy niż mój opis ruchów tektonicznych na światowej scenie politycznej. I chwała mu za to.

Bardziej jednak niepokoi mnie drugi zarzut, jakobym lansował koncepcje Polski jako lotniskowca Chin i konia trojańskiego w Europie Wschodniej, bowiem nic takiego nie napisałem. Sytuacja jest dosyć kuriozalna, gdyż Prof. Góralczyk wylicza powody, dla których to całkowicie nierealne, podczas gdy moje teksty właściwie są o tym samym i ja prawie wszystkie te powody również wyliczam. To z całym szacunkiem, tai ji quan, czyli walka z cieniem. Na czym polega ten shadow boxing? Ano na tym iż większość argumentów, o których pisze Prof. Góralczyk, ja też przytoczyłem. I nie ma sensu przekonywać mnie, że dziś strategiczne partnerstwo z Chinami nie ma racji bytu, a już zwłaszcza argumentami, które sam przytaczam…

Zdaję sobie sprawę, iż mogę zanudzić tym czytelników, a moja odpowiedź na polemikę Profesora może rozrosnąć się do nieprawdopodobnych rozmiarów, ale nie pozostaje mi nic innego jak konsekwentnie przytaczać fragmenty moich dwóch tekstów, by obalać niesłuszne zarzuty.

Ale po kolei. O tekst do „Arcanów” zostałem poproszony po głośnym artykule Antoniego Dudka, który jesienią 2009 roku (działo się to jeszcze przed ociepleniem stosunków polsko-rosyjskich i zaraz po rezygnacji Ameryki z tarczy rakietowej w Europie Wschodniej), wyszedł z koncepcją chińskiego lotniskowca w Europie. Ja starałem się pokazać, że to nie najlepszy i bardzo ryzykowny pomysł. I najwyraźniej się nie spisałem, skoro Prof. Góralczyk przypisał mi poglądy prof. Dudka, i chyba sam fakt rozważań na temat partnerstwa strategicznego z Chinami uznał za poparcie tej tezy.

Tak jak nie jestem winien seksizmu Bismarcka, który w Wersalu obrażał kobiety, w negocjacjach pokojowych nie biorąc ich pod uwagę (żadnych marzeń Panowie!), tak nie jestem winien śmiałych koncepcji Antoniego Dudka! (któremu również jestem wdzięczny, że poruszył ten temat – o czym zresztą miałem mu okazję powiedzieć osobiście.)

Przecież nawet tytuł pierwszego artykułu:  „Żadnych marzeń Panowie!” sugeruje, że nic z tego nie będzie. Jak mógłbym proponować strategiczne partnerstwo z Chinami w artykule pod takim tytułem?

W dodatku we wstępie napisałem:

Bolesne przebudzenie z pięknego snu musi skutkować poszukiwaniem nowych rozwiązań. Nowych prób zdefiniowania Polski w świecie, w którym Zachód, a zwłaszcza UE, odgrywa coraz mniej istotną rolę. Debatę tę zainicjował już w zeszłym roku Antoni Dudek głośnym artykułem na łamach „Rzeczpospolitej”, upatrując szans na wyjście z tworzącej się dopiero wówczas nowej konfiguracji w strategicznym sojuszu polsko-chińskim.

Antoni Dudek zawiedziony postawą  Ameryki jako jeden z niewielu w ciągu ostatnich 20 lat, przytomnie zauważył, iż świat nie kończy się na Zachodzie i Rosji. W dodatku odważył się w swojej koncepcji pójść pod prąd obowiązującej w Polsce politycznej poprawności i zaproponował zbliżenie z  Chinami, wśród polskich elit uważanych za państwo komunistyczne, czy nawet totalitarne – antytezę demokratycznych wartości III RP. Przekonanie to – do czego jeszcze wrócę w dalszej części artykułu – nie uwzględniało ani chińskiego kontekstu, ani przemian jakie toczą się w tym kraju od 1978 roku. Było więc w dużej mierze fałszywe i miało bardzo negatywny wpływ na relacje polsko-chińskie w ostatnich 20 latach. Niestety w przyszłości może wręcz uniemożliwić nawet poprawne stosunki między dwoma krajami, nie mówiąc już o strategicznym partnerstwie.

Osobiście bardzo bym chciał, żeby Polska dysponowała takim asem w rękawie, jak sama tylko możliwość strategicznego partnerstwa z drugim globalnym mocarstwem współczesnego świata, które jest w dodatku na fali wznoszącej.  Pomimo pewnych okoliczności sprzyjających takiemu sojuszowi, tych niesprzyjających jest jednak znacznie więcej…

Czy napisałem, że Polska powinna być koniem trojańskim Chin w UE? Nie, gdyż funkcję taką mogą pełnić Bułgaria i Rumunia (mająca dobre stosunki z Chinami od czasów Causescu, ale… jednocześnie strategiczne partnerstwo z USA, ciekaw jestem jak Rumuni rozwiążą ten dylemat). Napisałem w ” Rzeczach Wspólnych”:

Jak twierdzi Jonathan Holslag z „Financial Times”, aktywność Chin w tej części Europy, może być końcem prób zbudowania jednej europejskiej polityki wobec Państwa Środka, gdyż w 2009 roku wiceprezydent Xi Jinping (prawdopodobnie prezydent od 2012 roku) zapewniał w Bukareszcie i Sofii, że ich wstąpienie do UE będzie „korzystne” dla relacji Bruksela-Pekin. Należy to rozumieć tak, że Rumunia i Bułgaria mogą stać się chińskimi adwokatami w Europie i na forum instytucji unijnych utrudniać lub opóźniać wprowadzanie niekorzystnych dla Chin regulacji. Jakich? Na przykład tych protekcjonistycznych czy dotyczących praw człowieka, a w sprawach globalnego ocieplenia mogą prowadzić nawet politykę bliższą Pekinowi niż Brukseli. Sytuacja Rumunii jest przy tym o tyle skomplikowana, że jest to strategiczny partner USA.

Po porzuceniu tej części świata przez USA, Europa Środkowo-Wschodnia może więc powrócić na globalną szachownicę jako koń trojański Chin w Europie. Zatem środkowoeuropejska gra, choć jej początki mogą wydawać się niepozorne, będzie się toczyć o wysoką stawkę.

Faktycznie napisałem że Polska ma szanse stać się strategicznym partnerem, ale to dlatego że ze względu na potencjał Chiny MUSZĄ one prędzej czy później na nas zwrócić uwagę.

W ramach tej gry, w krajach wyszehradzkich główna rola przypadnie najpewniej Polsce, a w przyszłości może być kluczowa nawet w całym regionie. Bo Chiny nadal nie mają jeszcze w Europie Środkowo-Wschodniej strategicznego partnera, a Polska na takiego nadaje się idealnie.(..) W dodatku, w przeciwieństwie do Białorusi, jest dobrze skomunikowana z zachodnią częścią kontynentu i jest członkiem Unii Europejskiej (dlatego w chińskim planie może pełnić inną, znacznie ważniejszą funkcję niż Mińsk). Zapowiedzią zainteresowania nami był wygrany we wrześniu 2009 roku przez China Overseas Engineering Group Corporation (COVEC) niewielki kontrakt na budowę dwóch spośród pięciu odcinków autostrady A2 Warszawa – Łódź o łącznej długości 49 km (budowa ruszyła pod koniec czerwca). Trudno ten kieszonkowy kontrakt nazwać wielką ekspansją w sytuacji, gdy COVEC oddała już do użytku tysiące kilometrów autostrad w Chinach i zagranicą. Jednak geograficzne rozmieszczenie przedstawicielstw firmy, które możemy obejrzeć na jej oficjalnej stronie internetowej, może dać nam wiele do myślenia: pięć biur w Chinach, pięć w Azji, aż piętnaście w Afryce, jedno na Bliskim Wschodzie i tylko jedno w Europie – właśnie w Warszawie przy ulicy Transportowców 12.

Tezę tę podtrzymuję i uważam, że od dalszych losów tej inwestycji zależy przyszłość stosunków polsko-chińskich. Jeśli Polska dzięki niej wiele się o Chinach nauczy, a sama inwestycja zakończy się sukcesem, za nią pójdą kolejne. Wiele wskazuje na to, iż tak się jednak nie stanie, choćby dlatego że zarzut nieuczciwej konkurencji stawiają Chińczykom firmy polskie i niemieckie.

Napisałem ni mniej ni więcej, że Polska ma największy potencjał w tej części Europy, by zostać wytypowana przez Chińczyków na partnera, co oczywiście nie znaczy, że polskie elity tę rękawicę podejmą i że tak się stanie. Mam zresztą wrażenie, w czym Profesor się ze mną zgadza, że naszych elit to w ogóle nie obchodzi. A to oznacza, że o przyszłości zdecydują Chiny i jeśli one postanowią, że warto stawiać na Polskę, to po prostu to zrobią. Faktycznie byłby to wariant dość osobliwy (nie wiem nawet jakby je nazwać) – gdy jedno państwo zacznie działać, a drugie nie będzie w stanie nawet reagować. Słusznie pisze Prof. Góralczyk, że tamtejszy spektakularny sukces gospodarczy (w ślad za nim idzie technologiczny!) po prostu przespaliśmy! I wcale bym się nie zdziwił gdybyśmy przespali kolejny etap – ekspansję inwestycyjną Chin na świecie i w Polsce.

Dlatego napisałem, że strategiczne partnerstwo dziś to mrzonka, byłoby możliwe dopiero za jakiś czas (choć i to jest mało prawdopodobne).

Nie łudźmy się, że to Polska będzie wybierać i decydować o przyszłym kształcie stosunków polsko-chińskich. Nawet jeśli zmienimy nasze spojrzenie na Chiny (jest ono fatalnie jednostronne), zaczniemy bacznie się im przyglądać, pozyskamy kilka spektakularnych chińskich inwestycji, to najbliższa dekada będzie czasem zbyt krótkim, by stać się strategicznym partnerem Chin.

Z tego względu pytanie, co zrobić z Chinami, należałoby zamienić, na: co (wtedy) Chiny zrobią z nami? Spróbujmy naprawić to, co zepsuto w poprzednich dwóch dekadach. To i tak będzie duży sukces dający nadzieję, iż przyszła odpowiedź na tak postawione pytanie może być pozytywna. Zainicjowane przez Polskę strategiczne partnerstwo polsko-chińskie? Żadnych marzeń Panowie! ( i oczywiście Panie!)

Gdzie w tym zdaniu mówię o strategicznym partnerstwie i formułuję fantastyczne recepty? Raczej postuluję metodę małych kroków. Tak samą zresztą co Prof. Góralczyk, który pisze, że  w stosunkach z Chinami mamy: 1) różne wartości; 2) niewystarczająco silne wspólne interesy; 3) siłę państwa chińskiego zderzoną ze słabością państwa polskiego; 4) brak elementarnego rozeznania w azjatyckich realiach (tamtejsze ambasady zamykamy, a bezpośrednich połączeń, poza ostatnim z Hanoi, z tym kontynentem nie mamy) i ja też o tym piszę!

Na różnice wartości i niewystarczająco silne wspólne interesy, nakłada się niestety słabość państwa polskiego. Jeśli jakość naszych instytucji będzie niska, wizja niespójna, działania przypadkowe i nieskoordynowane, to ta niesterowność państwa będzie znacznie większym problemem, bowiem niezależnie czy na strategicznego partnera wytypujemy USA, czy może UE, Rosję lub Chiny to i tak nie będziemy w stanie dopilnować realizacji naszego interesu.

A tym właśnie skończyłaby się pierwsza próba zbliżenia z Chinami. W czasie szczytu ASEM w 2008 roku w Pekinie, Polska została wytypowana jako jeden z sześciu krajów do rozmów z chińskimi przywódcami.

A brak rozeznania Chin w Polsce? Poświęciłem temu całe akapity. Czy po to, żeby udowadniać, że strategiczne partnerstwo z Chinami i chiński lotniskowiec to świetny pomysł?

Bo Chiny to kraj jednocześnie starożytny i nowoczesny, którego nie da się zrozumieć bez odniesień do jego długiej historii i tym samym wciąż trudny, często niedostępny i kierujący się regułami zaskakującymi dla ludzi Zachodu. W dodatku kraj w Polsce mało znany. Paweł Jasienica na pierwszych stronach swojej książki „Kraj nad Jangcy”, będącej zapisem jego podróży po Państwie Środka w 1956 roku, pisze: Trudno marzyć o psychicznym zbliżeniu między mieszkańcami odległych krajów, jeśli się ludziom tu i tam nie udostępni podniecającej wyobraźnię wiedzy właśnie o szczególe. To pięknie, że same nazwy Marsylii, Tulonu czy Saragossy od razu wywołują liczne skojarzenia. Źle natomiast, że słowo Hangzhou jest dla nas jak dotąd pustym dźwiękiem.

Zarzuca mi Profesor Góralczyk: Na dzisiejszym etapie, mimo znanych i widocznych bolączek UE, wyprowadzanie nas stamtąd to szaleństwo! (..) Próby osłabienia naszego udziału w UE, do czego w istocie nawołuje R. Pyffel, to nic innego jak zastępowanie sojuszy realnych – i opartych na naszych nadrzędnych interesach – na „sojusze egzotyczne”.

Po pierwsze pragnąc zwrócić uwagę na Chiny, nie chcę wyprowadzania nas z UE (do tego jeszcze wrócę). Po drugie pisząc o słabym rozumieniu Chin, sam ten sojusz nazwałem egzotycznym!

Śpimy w jednym łóżku, ale mamy różne sny. Podobieństwa bowiem okazują się pozorne, a tym samym słowom, ideom nadawane są inne znaczenia. Jeśli posługując się metaforą Cata Mackiewicza sojusz to małżeństwo, to może być to małżeństwo trudne, pełne nieporozumień,  gdzie dwoje partnerów, ukształtowanych przez odmienne wychowania (tradycje), nawet kiedy bardzo się stara, nie może wyeliminować swoich naturalnych odruchów, ukazujących, iż używają podobnych w brzmieniu słów, ale wyobrażają sobie zupełnie inną przyszłość.

<<Sojusze są jak małżeństwa; najbardziej jest naturalne, gdy pobierają  się ludzie tej samej sfery, podobnych zamiłowań  i niezbyt różnego wieku. Najnaturalniejsze sojusze są  sojuszami państw sąsiadujących z sobą  i takie, gdy zniszczenie jednego państwa pociąga za sobą zniszczenie drugiego. Sojusze zawarte pomiędzy państwami zbyt daleko od siebie geograficznie położonemi i nierówni silnemi, są często sojuszami egzotycznemi>>.

Kolejny zarzut to nierówne potencjały. Chiny jak pisze prof. Góralczyk są  już, od 2008 r., mocarstwem w skali globalnej, podczas gdy Polska gdzie jest i jaka jest – sami wiemy najlepiej. Innymi słowy: nasze potencjały są nieporównywalne, a marzenie, że staniemy w równym szeregu z Chinami, może się szybko przeobrazić w realia, że staniemy się ich petentem;

Argument dysproporcji sił nie musi być przeszkodą w partnerstwie z Chinami. Oczywiście mam na myśli raczej chińskie rozumienie współpracy – a przecież nie ma w tej kulturze politycznej równych partnerów. Ale tacy młodsi bracia Chin już są, to Argentyna, Nigeria, Kanada i Białoruś. Czy Polska ze swoim potencjałem aż tak bardzo od nich odbiega? Dlatego jak sądzę warto pilnie obserwować te kraje (różne od Polski to fakt, ale nie tak odbiegające potencjałami) i uczyć się od nich także Chin, które tak słabo znamy.

Jak rozumiem do wasalizacji (czy też „stania się ich petentem”); mogłaby nas doprowadzić raczej nie tyle dysproporcja potencjałów, ale brak świadomości czym są Chiny.

Zresztą o groźbie stania się chińskim petentem też napisałem:

Nie znaczy to, rzecz jasna, że mamy zamykać oczy na związane z nadejściem Chin zagrożenia. Musimy pamiętać, iż mamy do czynienia z partnerem zupełnie innym od znanych nam już krajów Zachodu i inne są reguły tej gry, gdybyśmy zdecydowali się ją podjąć. A zatem trzeba też przyjąć do wiadomości przykrą prawdę: porażka w tej grze może doprowadzić do zależności politycznej wraz z absorpcją kapitału, w związku z jego silnymi powiązaniami z potężnym państwem chińskim. Przy tak dużej różnicy potencjałów łatwo bowiem o wasalizację słabszego partnera. (…) Kolejne zagrożenie to napływ licznej mniejszości chińskiej, która z reguły szybko osiąga dominującą pozycje gospodarczą (jak np. na rosyjskim Dalekim Wschodzie), a za którą stoi później globalne mocarstwo. Chin nie można przedawkować!

Zastanawia się Prof. Góralczyk: Podobnie jak nie mniej bolesny mógłby okazać się fakt, iż niemal każde większe chińskie przedsiębiorstwo, a tylko takie trafiają do Europy, jest wspierane przez państwo. Faktycznie wiec jego potencjał staje się wprost nieograniczony, bowiem, gdy trzeba, mogą za nim stanąć nadrzędne interesy państwa chińskiego. Czy jesteśmy  w stanie sprostać takiej konkurencji?!

Prawie połowę dużego tekstu w „Rzeczach Wspólnych” poświęcam na analizę i opis symbiozy kapitału i państwa w Chinach udowadniając, jak bardzo chiński biznes różni się od zachodniego (zresztą ciekawą debatę toczyliśmy przy okazji wizyty Dalajlamy we Wrocławiu na naszej stronie).

W tekście do „Rzeczy Wspólnych” pisałem (…) Bez zrozumienia różnic cywilizacyjnych oraz specyfiki przemian i modelu społeczno-gospodarczego dalekowschodniego mocarstwa, wypracowanie takiej strategii nie będzie możliwe. Istotnym przykładem jest polityka gospodarcza – polskie elity przywykły żywić i głosić przekonanie, że na tym polu wszystko rozwiąże „wolny rynek”. Tymczasem, jeśli przyjrzymy się chińskim inwestycjom nad Wisłą, spostrzeżemy, że we wszystkich przypadkach inwestorami są wielkie koncerny mające silne powiązania z własnym państwem.

Fakt, iż za chińskimi inwestycjami stoi państwo, powoduje, że w większości wypadków są lokowane strategicznie w różnych częściach globu. Gospodarka i polityka nie stanowią tu odrębnych rzeczywistości, przeciwnie: przenikają się, są współzależne i wynikają jedna z drugiej. To decyzje polityczne przesądzają często o tym, które kraje są ważne, a które mniej ważne, a kapitał bywa niczym więcej jak tylko politycznym narzędziem służącym realizacji interesu ChRL.

Sceptycyzm Prof. Góralczyka (większy niż mój, to fakt) odnośnie partnerstwa z Chinami, bierze się również z faktu „ideologizacji Chin” w Polsce:

Chiny przechodzą transformację, która nie jest jeszcze dokończona, ale już z tego ponad 30-letniego przecież procesu wyłania się jakiś „chiński model”, na temat którego toczy się właśnie ożywiona intelektualna debata (głównie w USA, mniej w UE). Nie wchodząc w to głębiej, bo to temat sam w sobie, wystarczy tylko podkreślić, iż wśród cech wyróżniających tego modelu są: autorytaryzm, kontrola najważniejszych procesów gospodarczych przez państwo, pragmatyczne, pozbawione ideologii podejście do reform i koniecznych zmian. Podczas gdy u nas od znamiennej daty 4 czerwca 1989 r., podejście do Chin jest jak najbardziej ideologiczne i wiele środowisk – medialnych i politycznych – nadal chciałoby Chiny „wyzwalać”. Innymi słowy: to głównie z naszych powodów nie znajdziemy nawet wspólnego języka! Po naszej stronie w stosunku do błyskawicznie zmieniających się – i nie mniej błyskawicznie rosnących w siłę! – Chin panuje powszechna ignorancja, podszyta ideologią. Większość z nas ciągle żywi się mitami i stereotypami (prześladowane mniejszości, Tybet, dysydenci, podróbki, dumping, itd. – paleta jest bogata). Jak na tych podstawach budować jakiekolwiek „strategiczne partnerstwo?”

Czy ja tego już gdzieś nie czytałem? No tak, sam o tym pisałem, więc chyba trudno uwierzyć, że był to argument za strategicznym partnerstwem, za którym jak twierdzi Prof. Góralczyk się opowiadam:

(…) mitem założycielskim III RP, wedle której Polska 4 czerwca odzyskuję wolność, staję się demokratycznym społeczeństwem dobrobytu, częścią UE, gdy tego samego dnia w Chinach, „totalitarny reżim” dławi wolność, a cały kraj pogrąża się w beznadziei, przypominającej PRL lat 80-tych.

Przemijający już i mocno tracący na atrakcyjności w samej Polsce, mit 4 czerwca pokazał  jednak, iż nasze elity po prostu nie byłyby zdolne realizować  strategicznego partnerstwa z Chinami, gdyż tego kraju nie znają, nie interesują się nim, spoglądają na niego w sposób ideologiczny, a najczęściej w swoich geopolitycznych rozważaniach po prostu nie biorą w ogóle pod uwagę.

Niestety mit 4 czerwca, choć  odchodzi w przeszłość, okazał się być niezwykle szkodliwy i jego konsekwencje mogą w przyszłości uniemożliwić nie tylko strategiczne partnerstwo, ale nawet zaledwie poprawne i intensywne stosunki dużego europejskiego kraju jakim jest Polska, z czołowym światowym mocarstwem, z którym nie mieliśmy przecież w ostatnim dwudziestoleciu żadnych sprzecznych interesów!

I dalej: Polskie tradycje polityczne, które sprawiają iż polityka prometejska, wyjątkowo nam odpowiada (nawet jeśli nie realizuje naszych interesów) sprawiają, iż sojusz z Chinami jest po prostu niemożliwy.

Wreszcie ostatni zarzut, do którego obiecałem wrócić, jakobym pragnął wyprowadzenia nas z UE:

Jeśli więc Chiny zechcą – na co wskazuje fala inwestycji i powyższa analiza strategiczna – uczynić z Polski swój lotniskowiec w Europie, staniemy przed wyborem dwóch zasadniczych strategii. Pierwsza, to kontynuacja dotychczasowej bierności w przekonaniu, że „Unia załatwi” wszystko za nas, wystarczy, że będziemy w jej „głównym nurcie”. Druga, postulowana przeze mnie, polegałaby na realistycznym i antycypacyjnym rozpoznaniu rzeczywistości międzynarodowej oraz analogicznej adaptacji do tych realiów. Jeśli zrozumiemy, że europejskiego super-państwa w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie, a Chiny będą w najbliższym czasie rosły w siłę i zwiększały swoją obecność na Starym Kontynencie, stanie się jasne, że tylko mądre skorzystanie z oferty tych ostatnich połączone z graniem o jak najwięcej w Unii da Polsce maksimum korzyści.

Wydaje  się jednak, że jest to wybór czysto teoretyczny i żadna poważna debata na ten temat nie zostanie podjęta. W mniemaniu naszych elit wybór jest bowiem tylko jeden, a jest nim tak zwane „bycie w głównym nurcie polityki europejskiej”. W najbliższych latach to stwierdzenie Radosława Sikorskiego będzie zapewne dogmatem, z którym dyskutować będzie można jedynie na blogach.

Nie twierdzę, że mamy opuścić Unię Europejską. Twierdzę natomiast, że nasza pozycja w niej będzie silniejsza, jeśli uda nam się być aktywnym w Azji. To jest chyba pełna pula, o którą warto grać (pytanie tylko jak?). Jak w takim razie powinna Polska zachować się w jak napisałem: czasach wielkich zmian, gdy tworzy się nowy ład światowy, terytoria dawniej peryferyjne wyrastają niekiedy do rangi centrum? Tak było choćby z Europą Zachodnią po upadku Imperium Rzymskiego, tak było też z Hiszpanią i Portugalią po 1492 roku. Jeśli analogiczną cezurą okaże się rok 2008 (olimpiada w Pekinie i światowy kryzys, z którego Chiny wychodzą wzmocnione), będzie to oznaczać, iż na naszych oczach formuje się nowy porządek. W tym sensie chińskie inwestycje nie są tylko zastrzykiem gotówki i tworzeniem nowych miejsc pracy, ale decydują też o sile związków danego kraju z przyszłym centrum. Posłużmy się ponownie analogią historyczną: kto w latach 50. XX wieku nie chciałby mieć bliskich stosunków z USA? W tym kontekście wytypowanie przez Pekin Grecji jako centrum logistycznego w świecie śródziemnomorskim, może spowodować, iż kraj ten w przyszłości będzie w dużo lepszej sytuacji niż inne państwa europejskie.

Jak mawiał chiński generał Sun Zi, przegrywa z reguły ten, kto przybywa spóźniony na pole walki. Polska przegapiła wiele szans w ostatnich dwudziestu latach, ale wciąż nie jest za późno, by z tego nowego trendu skorzystać.

Czy nie obawia się Pan, że w 2030 roku zostaniemy zepchnięci na margines peryferyjnej Unii Europejskiej? Co robić dziś w 2010 roku kiedy – temu Pan nie zaprzecza – taki scenariusz jest możliwy? Poznawać Chiny i trzymać kciuki (ewentualnie modlić się) za Unię Europejską?

Otwierając się na Azję, nie chcę wychodzić z UE. Ale przyznam, iż kompletnie nie wiem, jak wykorzystać obecność w niej do większej aktywności w Azji, gdzie poszczególne państwa europejskie ze sobą konkurują. A pewne doświadczenia w pracy z instytucjami unijnymi mam. Na forum UE możemy włączyć się w walkę z terroryzmem, globalnym ociepleniem, promocję społeczeństwa obywatelskiego i praw człowieka. Ale czy te globalne problemy, pomogą nam rozwiązać te lokalne, i przede wszystkim czy mogą służyć jako fundament naszej strategii wobec Azji, której wciąż się nie dopracowaliśmy? Raczej nie, nie tak definiujemy chyba problemy Polski w Azji…

Jak praktycznie wykorzystać naszą obecność w Unii do polskiej polityki w Azji? Jak na razie widzę tylko abdykacje na rzecz instytucji unijnych i zamykanie ambasad w Azji. A co moglibyśmy zrobić? Tego właśnie chciałbym się dowiedzieć od Pana Profesora jako znawcy Chin zatrudnionego w Centrum Europejskim, ale z krótkiej polemiki niestety się nie dowiaduję.

Na pewno to co wnosi krytyka Prof. Góralczyka, a na co nie zwróciłem uwagi, to długoterminowa perspektywa i dalekosiężne plany chińskich elit, nieograniczone jak w Polsce sondażami i wyborami.

Ale gro argumentów i co najważniejsze konkluzja jest ta sama. Żadnych marzeń Panie i Panowie! Polska musi sama wiedzieć, czego chce. Sam ostatnio rozmawiałem w jednym z ministerstw o promocji Polski w Chinach, która zyskuje umiarkowane poparcie tamtejszych władz. Ale jak można ją promować, jeśli najwyższe władze prowadzą konfrontacyjną wobec Chin politykę i najwyraźniej tego chyba nawet nie rozumieją. Jeśli Prof. Góralczyk, osoba która przepracowała tyle lat w MSZ mówi: Chiny są  już, od 2008 r., mocarstwem w skali globalnej, podczas gdy Polska gdzie jest i jaka jest – sami wiemy najlepiej, to znaczy, że wie co mówi. Ale co zrobić by było lepiej?

Uczmy się Chin proponuje Prof. Góralczyk. To jasne. Właśnie po to napisałem te dwa teksty i dlatego nie odmawiam żadnym mediom, od prawa do lewa jeśli pytają o Chiny i Azję. Wszystko, żeby wzbudzić debatę w tej ważnej sprawie. Zresztą jak widzę to się udało, gdyż teksty te wywołały spory oddźwięk, także polemika Pana Profesora, za którą bardzo dziękuję, jest tego chwalebnym dowodem.

Ale byłbym ciekaw, co Pan Profesor konkretnie proponuje. Czy czeka nas już tylko spokojne grillowanie? Zamykanie ambasad w Azji i czekanie na to co stanie się w UE i co zrobią z nami Chiny, gdyż jakakolwiek próba współpracy z nimi może się skończyć „ośmieszeniem lub wasalizacją”?

A jeśli poznawać Chiny i uczyć się ich, to w jaki sposób? Jakie instytucje maja powstać? Czy te które są (bo przecież są), źle działają? Co zrobić by działały lepiej? Jak wykorzystać naszą obecność do zwiększenia znaczenia w Azji? To pytania znacznie ciekawsze niż konkluzja, iż strategiczne partnerstwo Chin to dzisiaj mrzonki. Konkluzja z którą – co starałem się udowodnić w tym tekście – się zgadzałem i zgadzam. Choć wierzę, że metodą małych kroków moglibyśmy w przyszłości dojść do wielkich rezultatów…

Radosław Pyffel

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Egzotyczny sojusz z Chinami: Żadnych marzeń Panie i Panowie, czyli tai ji quan nad Wisłą Reviewed by on 17 października 2010 .

Jednym z wielkich wyzwań polskiej polityki zagranicznej jest właściwe ułożenie sobie relacji z globalnymi potęgami. Niewątpliwie na status światowego mocarstwa wybijają się Chiny. Jak wobec tego powinny wyglądać stosunki polsko-chińskie? Czy powinniśmy dążyć do bliskiego partnerstwa z Państwem Środka, poprzestać na poprawnych relacjach, czy może być wobec nich nieufni? Jakie powinny być wobec tego nasze

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 9

  • Avatar Wojciech Tomaszewski

    Przepraszam, faktycznie z rozmachu napisałem 1956 zamiast 1856.
    Pozdrawiam

  • Dobrze, że mieszkam już w Chinach, a nie w……………………………

  • Avatar Wojciech Tomaszewski

    Dziękuję Panu za ostatnie teksty w tym polemikę z prof. Góralczykiem.
    Jest Pan świetnym znawcą Chin i znakomicie ujął Pan dylematy przed którymi
    stoi polityka polska w stosunku do tego gigantycznego mocarstwa. Sam od ponad
    trzydziestu lat interesuję się cywilizacją chińską i pańskie poglądy są mi bliskie.
    Jedna tylko uwaga. „Żadnych marzeń panowie” to słynne zdanie nie Bismarcka, ale cara Aleksandra II skierowane do polskiej elity na spotkaniu w Warszawie w 1956 r.
    Brzmiało ono dokładnie tak : „Żadnych marzeń panowie, żadnych marzeń (…)
    Wszystko co zrobił mój ojciec, dobrze zrobił i ja to utrzymam.”
    Seredecznie pozdrawiam.

    • Avatar Jarek Smulski

      Oczywiście chodzi o 1856 :) Mam nadzieję, że jakiś student tego nie zapamięta :) Radku – piszesz o wielu atakach werbalnych na Twoją osobę. Ale nie chodzi Tobie chyba o CSPA? Tutaj po pierwsze jest kulturalnie, a dyskusja jest bardzo merytoryczna, a po drugie – niestety nie jest zbyt ożywiona, nad czym bardzo ubolewam..

      • Avatar rysiek

        mam wrazenie, ze w porownaniu z sytuacja jeszcze sprzed kilku miesiecy jest bardziej ozywiona. ponadto nie ma alternatywy, to jedyna taka strona w 40-milionowym kraju. i jesli ktos ma to zainteresowanie i wiedze o azji w polsce pobudzic, to m.in. tutejsi autorzy i dyskutanci.
        i mam wrazenie, ze rozwija sie we wlasciwym kierunku

      • Avatar Radekpyffel

        Pozwol ze daruje sobie watek osobisty. W zadnym wypadku nie chce z siebie robic meczennika, ofiary, ani rozpowiadac o „atakach” :) Chcialem tylko dac do zrozumienia ze sporo sie dzieje. Ze atakuje trolle, tocza sie kulturalne merytoryczne dyskusje i do tego polemika z prof Goralczykiem, autorem swietnej ksiazki o Chinach.
        Temat „atakow na mnie” :) uwazam za zamkniety.

        Ja jestem zadowolony z dyskusji. Uswiadomilem sobie dzieki nim ze popelnilem wiele bledow :)

    • Avatar Radekpyffel

      Drogi RZ i Drogi Panie Wojciechu,

      Wiem ze strasznie Was rozsmieszy co napisze, ale:

      – strona nie jest moja, pracowal i pracuje na nia caly sztab ludzi, mniej widocznych niz ja. Wiec byloby niesprawedliwie gdybym tego nie prostowal.

      -swietnym znawca Chin na pewno nie jestem. Jeszcze wiele pracy przede mna. Jestem dopiero u poczatku drogi. Jest w Polsce kilku znawcow- ktorzy obserwuja Chiny od kilku dekad i widzieli ten kraj na kilku etapach transformacji. Ja wchodze dopiero w drugi etap Chin po-olimpijskich i po- proeksportowych. Wiec dopiero zaczynam.

      – Zreszta jak Pan widzi nie wystrzegam sie bledow ( slusznie mi Pan wytknal jeden z nich :) Wiec jest co poprawiac.

      Bardzo sie ciesze ze lubi Pan poczytac i ze do kogos trafiaja moje chinskie refleksje. Zdopingowal mnie Pan i postaram sie napisac cos ekstra :)

      serdeczne pozdrowienia,
      RP

      • Avatar rysiek

        wiec pozdrawiam caly sztab CSPA

  • 1. w pelni sie zgadzam (o czym wspomnialem tu w innym miejscu) – polemika profesora, czlowieka z pozycja zawodowa, naukowa i dorobkiem z magistrem prowadzacym strone internetowa, to dowod nowego myslenia eksperta, ktore w Polsce nie istnieje i prestizu tej strony. obie rzeczy bardzo ciesza
    2. w „Feniksie” ogromnie podobalo mi sie m.in. zdanie – moge nie zacytowac doslownie, czytalem kilka miesiecy temu, z gory przepraszam.” Chiny bez Tajwanu to (niestety nie pamietam), a Chiny z Tajwanem to mocarstwo”. swietnie oddaje istote sporu w ciesninie
    3. Radek, tez o tym pisalem tutaj – Polska ma ogromny potencjal i jest bardzo interesujaca dla chinskich firm (nie wiem jak dla panstwa, ale przypuszczam, ze takze moze byc). obserwowalem to pracujac w dzialach sprzedazy tajwanskich koncernow. w Europie Wschodniej liczyla sie Rosja i Polska, potem dlugo niewiele wiecej.
    gdzie sie obaj roznimy to kwestia wizyt Dalajlamy, juz nie mowiac o wsparciu Tajwanu …
    4. co mozna zrobic by wzmocnic nasze kontakty w Chinach? czerpac wiedze i doswiadczenie od powracajacych stamtad stypendystow i przedsiebiorcow. pytac kogo znaja i co proponuja? moze to robic MSZ, inne sluzby, mniej oficjalne. zbierac dane kogo polacy znaja w azji i jak oceniaja. z tego co wiem, z ogromnych rozmachem postepuja tak wlasnie wladze chinskie
    ale to dublowaloby prace naszych urzednikow w kraju i na placowkach i moglo wykazac ich slabsze rozeznanie
    5. Twoja strona rozwija sie bardzo ciekawie i dynamicznie i jestem pewien, ze bedzie odgrywala coraz wieksza role opiniotworcza w naszym kraju.

    pozdrawiam serdecznie i uklony dla Obu Dyskutantow
    rz

Pozostaw odpowiedź