BLOGOSFERA

„Dziennik”: Miasto Kali i Matki Teresy

800px-A_seller_at_the_Flower_Market_CalcuttaWracamy tutaj jak do domu. Lubimy Kalkutę, choć jej najstarszy budynek liczy sobie niespełna dwieście lat. Nie w zabytkach tkwi jednak siła tego miasta, ale w jego klimacie.

Nie ma swojego Tadż Mahalu, nie rzuca na kolana, zwykle na początku rozczarowuje i męczy… Na dodatek otacza ją sława miasta wyjątkowej biedy i pracujących w nieludzkich warunkach kulisów. A jednak Kalkuta jest miejscem ludzi nauki i sztuki, współczesnych świętych, filmowców tworzących w opozycji do Bollywood. Poświęcono jej nawet musical. Właśnie tutaj możemy liczyć na odzyskanie zagubionego bagażu lotniczego, którego nikt inny w świecie nie był już w stanie namierzyć.

W pociągu z Delhi leżymy pod sufitem i chwytamy strużkę wiatru z dwóch potężnych wiatraków. Próbujemy czytać, ale co chwilę osuwamy się w niebyt, z którego budzą nas roznosiciele herbaty. Jest zbyt gorąco. Pociągi nie zmieniły się od lat – ten sam tłok, zapewniająca odrobinę prywatności górna prycza, herbata w glinianych czarkach, które potem wyrzuca się za okno…

Mekka obieżyświatów

Dochodzi druga w nocy. Suddar Street – kalkucka mekka obieżyświatów i wolontariuszy pracujących w Domach Matki Teresy – jest pusta. Bramy tanich hotelików zatrzaśnięte na głucho, rikszarze śpią wciśnięci w swoje wehikuły. Tylko rosłe szczury (jest wśród nich nawet rudy) przechadzają się dostojnie, nieczułe na nasz widok i hałas, jaki robią stawiane na chodniku ciężkie plecaki.

Szukamy noclegu. Zaspana obsługa kolejnego hotelu o znanym globtroterom azjatyckim standardzie, nieskora do otwierania drzwi, pokrzykuje przez szybę, że nie ma miejsc. W końcu trafiamy do hotelu Diplomat. Na Suddar Street reguła jest prosta: im bardziej światowa nazwa, tym podlejszy hotel. Nie zdziwiło nas więc, że pokój – bez okna, tak ciasny, że trudno doń wejść, za to z telewizorem, w którym działa jeden kanał, reklamowy – wyglądał jakby wczoraj wybuchł w nim pożar. Przebudzenie było jednak miłe. Może dlatego że przyniosło znajome zapachy i dźwięki.

Do Kalkuty wróciliśmy jak do domu. Lubimy ją, choć najstarsza budowla liczy tutaj niespełna dwieście lat. Nie w zabytkach tkwi jednak siła tego miasta, a raczej w jego sprzecznościach i jakimś nieuchwytnym, ale bardzo mocnym intelektualnym fermencie.

Kulisi i włoskie espresso

Dzień zaczynamy światowo – jak przystało na mieszkańców hotelu Diplomat. Na sfatygowanych taboretach jemy jarzyny i ćapati, serwowane na jednej z przecznic Suddar Street, wzmacniając się przy tym mocną, słodką herbatą z mlekiem. Nie przeszkadza nam, że podaje się ją w szklaneczkach mytych w wiaderku z niezmienianą wodą… Mamy za to towarzystwo młodych ludzi z różnych stron świata. Chwilę później znajdujemy hotel niewiele droższy od Diplomata, ale… lśniący czystością, z miłą obsługą, ze sprawnym wiatrakiem (to w tym klimacie najważniejsze) i z działającym telewizorem.

Jak dawniej, tak i dziś znakiem rozpoznawczym Kalkuty są kulisi. Siłą swoich mięśni – boso, w klapkach lub sfatygowanych trampkach – szybkim truchtem ciągną ciężkie riksze. Zobaczymy ich w wąskich uliczkach starego miasta, jak i w strumieniu markowych pojazdów na głównych alejach. Mają też własne postoje, jak taksówkarze. Burmistrz próbował zakazać im pracy, ale po masowych protestach mieszkańców wycofał się z tego pomysłu. Oficjalnie w mieście zarejestrowanych jest około 2,5 tysiąca kulisów. Każda riksza ma swój numer, a rikszarze płacą podatki i zapewniają byt wielodzietnym rodzinom. Ale to tylko jedna z twarzy Kalkuty. Jak grzyby po deszczu wyrastają tu nowoczesne osiedla, czynne są supermarkety w europejskim stylu oraz kafejki, serwujące prawdziwe espresso i włoskie ciastka, można kupić całą gamę markowych szkockich gatunków whisky (niezależnie od dużo tańszych odmian lokalnych), a na ulicach widać mnóstwo europejskich i amerykańskich samochodów.

Tym razem naszym największym odkryciem stał się Klub Dziennikarza. Najstarszy w Indiach, pamięta czasy kolonialne. Sam budynek jest niewielki i nie robi nadzwyczajnego wrażenia, ale kuszący jest jego ogród z dobrze przystrzyżonym trawnikiem. Delektujemy się tam dobrze schłodzonym indyjskim piwem, jemy ciepłe przekąski, przeczekując żar pory sjesty.

Aby poznać Kalkutę, trzeba odwiedzić Tagore House, Muzeum Indii, Galerię Akademii Sztuki, Birla Museum… ale tak naprawdę tylko wędrówka jego ulicami pozwala uchwycić coś z ducha stolicy Bengalu. To jedno z nielicznych w Indiach miast, po których w ogóle da się spacerować, a mimo to trudno się tu robi zdjęcia, bo… nic się nie kadruje. Wyrwane z kontekstu fragmenty całości wydają się chaotyczne, przypadkowe, nijakie. A jednocześnie cały smak Kalkuty tkwi właśnie w spłowiałych kolorach, nakładaniu się na siebie różnych planów i różnych rzeczywistości. Wiele zabytków ukrytych jest tu za ruinami. Często zresztą one same popadają w ruinę.

Siostra w białym sari

Anne, młoda Angielka, przyjechała do Kalkuty rok temu. Szukała slumsów i ludzi opisanych w książce Domenique Lapierre ȁE;The City of JoyȁD;. Jednak w okolicach mostu Hoogly trafiła jedynie na wielki targ kwiatowy. Slumsy nie znikły, odsunęły się jedynie dalej od centrum.

– Nie odważyłam się zamieszkać w lepiance zrobionej z blachy i tektury, wśród ȁE;najbiedniejszych z biednychȁD;, tak jak uczynił to bohater książki, ojciec Stephen Kowalski – zwierza się Anne. – Odszukałam jednak jeden z Domów Matki Teresy i zaczęłam pracować tam jako wolontariuszka.

Miejsce, w którym pracuje Anne, było pierwszym w Kalkucie schroniskiem dla umierających. Położone jest tuż obok świątyni Kali – patronki miasta. A ta bogini (przedstawiana z wyciągniętym językiem, wysuszonymi piersiami i ustami pełnymi krwi) zawsze miała i nadal ma tutaj wielu żarliwych wyznawców.

Artykuł ukazał się w „Dzienniku”. Jego autorem jest Elżbieta Lisowska.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Dziennik”: Miasto Kali i Matki Teresy Reviewed by on 20 listopada 2009 .

Wracamy tutaj jak do domu. Lubimy Kalkutę, choć jej najstarszy budynek liczy sobie niespełna dwieście lat. Nie w zabytkach tkwi jednak siła tego miasta, ale w jego klimacie. Nie ma swojego Tadż Mahalu, nie rzuca na kolana, zwykle na początku rozczarowuje i męczy… Na dodatek otacza ją sława miasta wyjątkowej biedy i pracujących w nieludzkich

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź