BLOGOSFERA,Chiny news

Wiesław Pilch przedstawia: Dyplomacja kanonierek bis?

 Chciałbym, aby tak było- zawsze.

Przeczytałem właśnie kolejny tekst którego lektura podwyższyła mi ciśnienie. Jak ja tego nie lubię- i takich lektur i tego ciśnienia! Tym razem, ignorując swoje zasady podam link do tego artykułu. Dlaczego? Otóż, po to, aby czytelnicy mojego tekstu mogli porównać sposób widzenia tych samych zjawisk: raz widzianych oczyma Waszyngtonu i drugi raz; moimi oczyma, człowieka identyfikującego się z Chinami. A zatem będzie to wiwinsekcja tekstu podanego w linku. Będę się cały czas powoływał na zdania z tamtego tekstu.

Do dzieła zatem.

Tekst nosi tytuł „Ofensywa Obamy na Pacyfiku”.

„Barack Obama rozpoczyna wielką ofensywę dyplomatyczną w rejonie Azji i Pacyfiku. ….Między USA i Chinami rośnie napięcie, a dążenia do ustępstw nie widać po żadnej ze stron.”

A więc Obama rozpoczyna ofensywę, ale napięcie które w wyniku tego powstaje powinno być rozładowane przez Chiny- no bo przecież nie przez USA które to napięcie wywołało. Podobnie ma się rzecz z ustępstwami- to Chiny muszą, bo USA jest w ofensywie. Zastanawiająca dialektyka.

„Podczas wizyty w australijskim parlamencie prezydent USA zadeklarował, że jego kraj jest ,,pacyficzną potęgą’’ i ,,tak pozostanie’’. I zaraz po tym :„ Strony podpisały umowę o wysłaniu kontyngentu 250 żołnierzy do bazy U.S Marines w Darwin na północy Australii. Liczba wojskowych ma się stopniowo zwiększać do 2500 ludzi a razem z nią częstotliwość rotacji amerykańskich samolotów.”

Czy ja jestem ślepy, głuchy, niedowidzący i bezmyślny? Oto „pacyfistyczna potęga” tworzy nową bazę wojskową. Do tej pory myślałem, że jeśli się jest „pacyfistyczną potęgą” to się chodzi po świecie z gałązką oliwną, a nie biega z karabinem maszynowym! Czyli całe moje dotychczasowe doświadczenie życiowe- gdzie miałem poukładane jak w szufladach- kto jest gangsterem a kto przywoitym człowiekiem- bierze w łeb!

„Obama przekonywał, że po dekadzie ,,nadzwyczajnych wydatków’’ związanych z misjami w Iraku i Afganistanie czas na ich obniżenie. Dodał, że rozkazał zespołowi odpowiedzialnemu za bezpieczeństwo USA by ten ,,uczynił obecność i misje w regionie Azji i Pacyfiku najwyższym priorytetem’’”

Czyli- plusy dodatnie i plusy ujemne? W amerykańskim wykonaniu? A mnie się wydaje, że te dwa następujące po sobie zdania są nawzajem sprzeczne. Przecież to widać gołym okiem! Więc tłumacząc to z „tamtego” na język polski: naród amerykański- oczywiście miłujący pokój, który rozpętał ostatnio dwie wojny – i obydwie przegrał- zamierza obniżyć koszty wojskowe, ale w rejonie Azji i Pacyfiku- zwiększyć. NO!

„Prezydent wywodzący się z Partii Demokratycznej znalazł się pod presją republikańskiej części Senatu i opozycyjnych kandydatów do prawyborów prezydenckich, którzy domagają się zaostrzenia polityki wobec coraz bardziej asertywnych Chin.”

I tutaj następuje wytłumaczenie, dlaczego Mr. Obama tak zamierza postąpić. Otóż nie dlatego, że taki jest żywotny interes USA, lub dlatego, że obywatele ślą do niego miliony maili. NIE! On zamierza podnieść wydatki wojskowe w regionie Azji i Pacyfiku, ponieważ chce ubiegać się ponownie o fotel prezydenta USA! A że amerykańscy politycy są zwolennikami takiego rozwiązania, więc On też. Jasne? Czysty, w klarownej postaci podany egoizm. I to w jakiej skali?!!

A co zrobili ci bezczelni Chińczycy? „Chińczycy błyskawicznie zareagowali na amerykańską inicjatywę w Australii, zadając ,,pytanie o jej zgodność ze wspólnymi interesami społeczności międzynarodowej’’. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Chin stwierdziło lakonicznie, że,, intensyfikacja i rozwój sojuszy wojskowych mogą być nie do końca właściwe i zgodne z interesami krajów regionu’’.”

Ile to mają tupetu ci Chińczycy, żeby tak pisać? Jak Oni śmieli? Mają bazy na całym Bożym świecie, rakiety transkontynentalne z głowicami jądrowymi śmigają po niebie pod każdą szerokością geograficzną, a ich żołnierze rozmieszczeni są w bazach …od wychodka do wychodka. I tacy pytają o „interesy społeczności międzynarodowej”? Przecież społeczność międzynarodowa ma organy prasowe którymi deklaruje swoje interesy. A to New York Times, a to Guardian, może być Boston Globe. Ale nie chiński MSZ! Co Oni sobie wyobrażają? Ze jak robią interesy z całym światem to mogą powoływać się na „społeczność międzynarodową”? Też coś!

„Działania USA to wyraźny sygnał dla regionu zaniepokojonego agresywnymi poczynaniami Państwa Środka w rejonie Morza Południowochińskiego i jego przyspieszoną militaryzacją.

Ciekaw jestem, jakież to agresywne poczynania Chin miały miejsce ostatnio na wymienionym morzu? Bo jeśli chodzi o przecięcie jakiejś liny z narzędziem na końcu- to faktycznie. No, ale jeśli Wietnam za oczywistym podpuszczeniem USA próbuje tworzyć politykę faktów dokonanych w postaci badań dna na spornym terytorium- to takiemu „małemu chuliganowi”- jak dawno temu nazwała Wietnam administracja w Pekinie- trzeba pokazać, że nie może robić pewnych rzeczy, bo zostanie upomniany. Więcej grzechów nie pamiętam…, bo też ich nie było.

Nie było, nie ma i nie będzie żadnych agresywnych poczynań do momentu, gdy nie zostanie zagrożone bezpieczeństwo Chin. To chyba oczywiste!

A mit o „przyspieszonej militaryzacji” jest jak zgrana, stara płyta. Dlaczego nikt nie gani Rosji za instalowanie coraz to nowych rakiet gdzie tylko popadnie? Dlaczego USA np. modernizują swoją flotę Pacyfiku wymieniając dwa lotniskowce atomowe na nowsze typy czy też prezentują najnowsze typy nowych broni w tym laserowych i nikt nawet nie miauknie? A, że do służby wszedł był nowy/stary, szkolny lotniskowiec chiński o klasycznym napędzie i połowie wielkości amerykańskiego, do którego nie ma jeszcze w dodatku samolotów, które by z niego startowały, to od razu aj, waj, zagrożony jest cały Pacyfik, pól oceanu Indyjskiego i oczywiście zachodnie wybrzeże USA. Rzeczywiście, militaryści z tych Chińczyków „nastajaszczije”.

„Część ekspertów ocenia ruch Stanów jako stworzenie wojskowego ,,sanktuarium’’ znajdującego się poza zasięgiem nowych chińskich pocisków balistycznych i z napędem rakietowym.”

Matko Boska, jakich to ja czasów dożyłem? Żeby bazę wojskową, nastawioną na atak nazywać sanktuarium? Sanktuarium to jest na Jasnej Górze. Ale, ale, rozumiem, i tu kryje się wytłumaczenie. Po prostu mnisi tamtejsi zaczęli kosy przekuwać na sztorc, bo okoliczne chłopy nie chcą już kosić, a kosa jak to narzędzie- może się przydać jeszcze kiedyś. A na sztorc- bo łatwiej zmagazynować. I stąd się rozniosło po świecie, że sanktuarium to baza wojskowa. I odwrotnie. Rozumiem że takich „sanktuariów” na świecie USA ma dziesiątki, a w nich rakiety które sięgną do każdego celu na kuli ziemskiej. Ale to Amerykanie (jak wyżej z lotniskowcami). A nie daj Panie Boże, żeby Chińczycy mogli mieć rakietę która by sięgnęła Australii. Wojna murowana. Bo to w końcu musi być jasne, kto tu rządzi!

„Posunięcie to może być również próbą rozciągnięcia strefy bezpieczeństwa na rejon Oceanu Indyjskiego w obliczu postępującej integracji tego najbardziej dynamicznego regionu świata zawierającego Chiny i Indie.

Czyli samodzielne zabezpieczenie dróg morskich np. z Zatoki Perskiej do Chin, którędy transportowana jest znaczne część ropy naftowej zużywanej w Chinach jest czymś nienormalnym? Czyli wtedy, gdy Anglia stawała się handlową potęgą morską, a w ślad za tym szła budowa gigantycznej floty wojennej- było to działanie bezsensowne? Ależ skąd, było to posunięcie logiczne. No tak, ale o czym ja piszę, gdzie Rzym gdzie Krym. Anglia to byli „nasi”, a tutaj są Chińczycy. I wszystko jasne.

No i ten eufemizm „rozciągnięcie strefy bezpieczeństwa”. Czyli musimy kontrolować każdy metr kwadratowy Oceanu Indyjskiego, bo taka jest nasza wola. Koniec, kropka.

„Nowa baza w Australii może zagrozić jej relacjom handlowym z Państwem Środka, które wyrasta na jej największego partnera w tej materii. Kraj-kontynent ma jednak alternatywę w postaci Partnerstwa Transpacyficznego, czyli stworzonej przez USA strefy wolnego handlu w regionie Azji i Pacyfiku w której nie uczestniczą Chiny.

Po pierwsze: Partnerstwo Transpacyficzne to amerykańskie „wishfull thinking”. To jest coś co istnieje na razie tylko w planach amerykańskich dyplomatów. I nigdy się nie zrealizuje w rzeczywistości. Ale to osobny temat. Natomiast, jak Australijczycy poradzą sobie z istniejącymi chińskimi inwestycjami na kilkadziesiąt miliardów dolarów, vide mój tekst tutaj? Nie wiem. Handlować z kimś na pełnych obrotach, a równocześnie w drugiej ręce trzymać nóż? Jaka tu logika, nie mówiąc o moralności? Nie rozumiem.

Kochani czytelnicy. Nie doszedłem nawet do połowy analizowanego tekstu, a już chce mi się spać. Wiecie dlaczego? Bo to jest nudne! Nudne jak flaki z olejem! To tak, jakbym musiał małolatowi tłumaczyć, że Ziemia jest okrągła. Przecież wiadomo, że jest płaska. Już starożytni Grecy o tym wiedzieli! A Grecy nie takie rzeczy potrafili i w dalszym ciągu potrafią.

Robić ludziom wodę z mózgu można. Od tego są funkcjonariusze prasowi. W dzisiejszej Polsce to nawet zawód chroniony, acha, ma być chroniony. Ale my, zwykli zjadacze chleba coraz bardziej postnego, coraz mniej dajemy się nabierać na takie banialuki.

Chociaż, czy aby na pewno?

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Wiesław Pilch przedstawia: Dyplomacja kanonierek bis? Reviewed by on 29 listopada 2011 .

 Chciałbym, aby tak było- zawsze. Przeczytałem właśnie kolejny tekst którego lektura podwyższyła mi ciśnienie. Jak ja tego nie lubię- i takich lektur i tego ciśnienia! Tym razem, ignorując swoje zasady podam link do tego artykułu. Dlaczego? Otóż, po to, aby czytelnicy mojego tekstu mogli porównać sposób widzenia tych samych zjawisk: raz widzianych oczyma Waszyngtonu i

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Z historii biorę wskazówki dla teraźniejszości z myślą o przyszłości. Makroekonomia którą się fascynuję, pozwala mi na ogląd rzeczywistości gospodarczej takiej, jaka ona jest naprawdę. Niezafałszowana. Sinoligia to namiętność, pewnie ostatnia w moim życiu- więc tym ceneniejsza. "Wiesław Pilch przedstawia" autorski blog p.Wiesława Pilcha. Redakcja portalu polska-azja.pl, będącego platformą swobodnej wymiany myśli na tematy azjatyckie, nie ponosi odpowiedzialności za publikowane na blogu autora treści.

komentarzy 17

  • @ P. Wiesław Pilch.
    Popełnię małą dygresję nawiązując do jednej sprawy, która uszła mojej uwadze w Pańskim tekście. Otóż Wietnam został nazwany „małym chuliganem” przez Deng Xiaopinga. Było to na początku 1979 r., gdy Wietnamczycy – ku jednomyślnemu potępieniu Chin i Zachodu, zaatakowały i obaliły reżim Czerwonych Khmerów. W świetle prawa międzynarodowego był to akt agresji, jak to zresztą przedstawiały chińskie i zachodnie media. Ale abstrahując od motywów, jakich kierowało się Hanoi, tej interwencji zawdzięczają życie byc może miliony ludzi, których Pol Pot nie zdążył wymordowac. Właśnie dzięki „małemu chuliganowi” nie zdążył zrealizowac swoich chorych wizji, jakie wyniósł z Sorbony i z wizyt w maoistowskich Chinach.
    Dlatego określenie „mały chuligan” wydaje się cokolwiek kontrowersyjne, budzące złe skojarzenia…

  • ,,dążenia do ustępstw nie widać po żadnej ze stron.”

    Czyli nie Chiny, tylko obie strony

    ,,Oto „pacyfistyczna potęga” tworzy nową bazę wojskową. Do tej pory myślałem, że jeśli się jest „pacyfistyczną potęgą” to się chodzi po świecie z gałązką oliwną, a nie biega z karabinem maszynowym!”

    Pacyficzna potęga. Tu chyba nie ma wątpliwości.

    ,,naród amerykański- oczywiście miłujący pokój, który rozpętał ostatnio dwie wojny – i obydwie przegrał- zamierza obniżyć koszty wojskowe, ale w rejonie Azji i Pacyfiku- zwiększyć. NO!”

    Pomijając retorykę – no no! Tzn. Ogólne wydatki się zmniejszają ale te na zmniejszonym poziomie mają być priorytetowo kierowane do Azji

    ,,On zamierza podnieść wydatki wojskowe w regionie Azji i Pacyfiku, ponieważ chce ubiegać się ponownie o fotel prezydenta USA!”

    Całkiem możliwe. Nie jest to nic nadzwyczajnego w polityce sondażowej. Na własnym podwórku też mamy tego przykłady.

    Jeśli chodzi o chiński tupet i inne wartościujące wypowiedzi mające wyśmiać mój tekst a w rzeczywistości atakujące Amerykanów to się nie odniosę – brak tu merytorycznych argumentów. Ten akurat fragment podałem obiektywnie unikając własnej oceny.

    ,,to takiemu „małemu chuliganowi”- jak dawno temu nazwała Wietnam administracja w Pekinie- trzeba pokazać, że nie może robić pewnych rzeczy, bo zostanie upomniany. ”

    To pachnie wujkiem Joe:)

    Określenie sanktuarium zostało użyte przez badacza na którego powołałem się (jest link do jego tekstu). Można drwić z tego określenia ale ma ono metaforyczną wymowę. Chodzi o bazę znajdującą się w regionie a poza zasięgiem chińskich rakiet. I tylko tyle. Za dużo emocji wobec tak prostej sprawy.

    ,,No i ten eufemizm „rozciągnięcie strefy bezpieczeństwa”. Czyli musimy kontrolować każdy metr kwadratowy Oceanu Indyjskiego, bo taka jest nasza wola.” Być może taka jest właśnie wola Amerykanów i mają narzędzia by ją wymusić. Uważam, że nie chcą pozwolić Chinom na swobodę w ich regionie. Wynika to z obaw o utratę prymatu ale i o sytuację jaka wyniknie ze wzrostu potęgi komunistycznego reżimu.

    ,,To jest coś co istnieje na razie tylko w planach amerykańskich dyplomatów. I nigdy się nie zrealizuje w rzeczywistości.” Jeżeli Pan to już wie, to nie pozostaje mi nic innego niż pochylić czoła przed pańską przepowiednią.

    ,,Handlować z kimś na pełnych obrotach, a równocześnie w drugiej ręce trzymać nóż?” Czy w relacjach międzynarodowych byłoby to jakiekolwiek novum?

    Na koniec apeluje o obniżenie temperatury sporu ze mną, ponieważ na ziemi żyją ludzie z różnymi poglądami, także tymi odbiegającymi od propekińskich. Za dużo Pana nerwów będzie kosztowało takie zaangażowanie emocjonalne w każdy mój tekst. Kłóćmy się ale na spokojnie:)

    Pozdrawiam
    WJ

    • @ P. Wojciech Jakóbik.
      Cyt. ,,Handlować z kimś na pełnych obrotach, a równocześnie w drugiej ręce trzymać nóż?” Czy w relacjach międzynarodowych byłoby to jakiekolwiek novum?
      To prawda. Jednak prawdą jest również, że ów nóż w ręce trzymały częściej kraje zachodnie niż inne. Azjaci często odczuwali to na własnej skórze i trudno im się dziwic, że o tym pamiętają. Tak jak my pamiętamy o krzywdach doznanych od Rosji czy Niemiec i wolimy patrzec im na ręce.
      W ogóle Azja i nie tylko to pole ogromnej podejrzliwości i obawy przed intencjami innych. Hindusów niepokoi rozbudowa infrastruktury w Tybecie, Izraelczyków – możliwośc zdobycia bomby atomowej przez Iran, z kolei reżim w Phenianie (a byc może też irańskich liderów) – obawa przed interwencją USA i pociągnięciem do odpowiedzialności skłoniła do prac nad bombą atomową. A Chińczycy – świadomi przykrych doświadczeń z historii – nie ufają zbytnio innym państwom, a sporo z nich z aplauzem wita wzrost wydatków zbrojeniowych i asertywności Pekinu na arenie międzynarodowej.
      Nieciekawie to wszystko wygląda…

      • @Zyggi

        Było tak, ponieważ Zachód zawsze miał lepiej rozwiniętą argumentację siłową – dominował. Teraz najwyraźniej nadchodzi czas zmiany a scena przenosi się nad Pacyfik. Okres przewartościowania zawsze wiąże się z zawirowaniami i tarciami.

        Moim zdaniem wielki konflikt zbrojny na dłuższą metę (50 lat) jest nieunikniony.

      • Avatar Zyggi

        @ P. Wojciech Jakóbik.
        To prawda. Samuel Huntington również zwrócił uwagę na przewagę siłową Zachodu jako kluczowy element jego supremacji.
        Czy konflikt zbrojny na wielką skalę jest nieunikniony. Trudno powiedzieć. Jednak pocieszam się myślą, że dotychczas zawsze zdawał egzamin element odstraszania atomowego. Było tak w czasie Zimnej Wojny. A także na pograniczu Indii i Pakistanu. Przez pierwsze 25 lat niepodległości oba kraje stoczyły 3 wojny. Natomiast przez kolejne 35 lat, gdy już weszły do klubu atomowego – ani jednej, mimo że podstawowy element sporu obu krajów – Dżammu i Kaszmir – pozostał niezamknięty.

  • Panie Wiesławie,

    jest jeden szczegół, który Pan przeoczył, ale warto go podkreślić. W pierwotnym artykule Wojciecha Jakóbika napisane jest „potęga pacyficzna”, a Pan napisał „potęga pacyfistyczna”. To całkowicie zmienia sens dalszego wywodu. Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości to zacytuję oryginalny fragment z tekstu w The Washington Times, na który powołał się Wojciech Jakóbik: “The United States is a Pacific power, and we are here to stay,”

    • Jeśli tak jest, a nie mam powodu sądzić, że jest inaczej, to przepraszam. Za ten akapit. Chociaż tłumczenie tego zdania jako „potęga pacyficzna” – to no, no..

      • Dosłownie byłoby siła pacyficzna – power to szersze pojęcie które trudno przetłumaczyć na polski. Może jest na sali jakiś dyplomowany tłumacz?

      • Myślę, że dość eleganckim określeniem zamiast „potęga pacyficzna” byłoby po prostu – „mocarstwo (potęga) w rejonie Pacyfiku”.

      • Hm, racja – dzięki za radę. Za mało tłumaczę z angielskiego i zapominam polskich słówek;)

  • P.S. Nie wiem, czy dziennikarze są lub będą chronieni. Za to na pewno prezenter w TV jest „chroniony” i to podwójnie – wiadomości czyta z telepromptera [czytnika tekstów – przyp. red.] i ma słuchawkę w uchu, w której m.in. może usłyszeć podpowiedzi, co robić w sytuacjach „awaryjnych”. Np. jak tu: youtube.com/watch?v=Dh0ZaAqkQkQ&NR=1
    W 0:49 wyraźnie słychać nerwowy głos „suflera”. :-) A stwierdzenie w stylu „to my zapraszamy gości” są oznaką zwykłej arogancji wobec widzów. Nic dziwnego, że JKM mówi o „reżimowej TVP”.
    A tu krótka lekcja poglądowa nt. tego, jak to się preparuje informacje dla pospólstwa w mediach korporacyjnych: youtube.com/watch?v=gxpQYDFUKS8&feature=related
    Dla myślącego człowieka byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie fakt, że większość ludzi się na takie sztuczki nabiera.

    • Mass media rzeczywiście tylko zamazują rzeczywisty stan rzeczy.

      Jednakże uważam, że wskazywanie każdego amerykańskiego think tanku w tym kontekście byłoby niesprawiedliwe.

      • Avatar Zyggi

        Zgadzam się. Nie było moją intencją, że amerykańskie think tanki są mniej uczciwe od innych. Natomiast niektóre z nich mają i propagują, mówiąc oględnie, specyficzne spojrzenie na stan rzeczy.

  • Cyt. ” Handlować z kimś na pełnych obrotach, a równocześnie w drugiej ręce trzymać nóż? Jaka tu logika, nie mówiąc o moralności? Nie rozumiem.”
    Jak Brits sprzedawali Chińczykom opium, to mówiąc obrazowo, w jednej ręce trzymali „towar”, drugiej ręce – nóż, a że trzeciej ręki Pan Bóg nie dał, więc 10 przykazań trzymali w kieszeni, a jeszcze lepiej w domu, pod ochronną warstwą kurzu. :-) Na tym to polegało. Ja bym nawet nic przeciw temu nie miał, polityka to nie sentymenty. Ale w takim razie po kiego grzyba prezydent USA kładzie rękę na Biblii a nie np. na jakiejś pracy Machiavellego? :-)

    • Panie Zyggi chyba jesteś pan nawiedzony a odnośnie artykułu zgodzę się co do greków wiele potrafią i zadziwiają tylko nie wiem czy w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

      • Avatar Zyggi

        Dziękuję za komplement. A byłbym jeszcze bardziej wdzięczny, gdyby zechciał go Pan rozwinąć merytorycznie. :-)

    • Moim zdaniem politycy są ostatnimi osobami które mają legitymację do rozmowy o wartościach. Oczywiście mówię tu o takich, którzy zrobią wszystko dla głosów czyli o politykach demokratycznych. Klasyczni mistrzowie dyplomacji to co innego.

Pozostaw odpowiedź