BLOGOSFERA

„Der Spiegel”: Życie pod mostem

800px-China_Rice_field_with_farmerNajwiększymi przegranymi chińskiego pędu do bogactwa są tutejsi chłopi

Podczas gdy miasta przeżywają rozkwit, na wsiach życie stanęło w miejscu – po 60 latach od rewolucji Mao, która miała uwolnić ich od poniżenia i nędzy.

Wei złości się z powodu drzew. Za każdym razem gdy on nich pomyśli, ogarnia go wściekłość. Zaczyna wtedy mówić głośniej i pluć – z jego ust tryska prawdziwa fontanna. Drzewa! Co ten rząd sobie właściwie myśli? Co miałyby jeść jego bawoły, skoro na wzgórzu mają rosnąć drzewa? A jak bez bawołów ma niby orać swoje pole? Skręca papierosa, zawijając tytoń w kartki ze starego kalendarza, pali, milczy, a jego pomarszczona twarz niknie pod słomianym kapeluszem.

Bawoły to cały jego majątek. Posiada trzy takie zwierzęta, a do tego jeszcze świnię i telewizor. Bawół musi mieć silne, grube nogi, a przede wszystkim krótki ogon – podobno tylko taki dobrze pracuje. Zwierzęta Wei są dokładnie takie, ponieważ dopilnował wszystkiego przy ich kupnie. Do dziś sypia nad stajnią, pilnując, żeby nikt ich nie ukradł. Teraz jednak rząd zabronił mu wypasać bydło i Wei czuje się okradziony z dorobku swego życia, któremu zagrażają sadzone przez państwo młode drzewa. Niebezpieczeństwo grozi też jego poletku i całej wsi, położonej pod mostem, który wznosi się wysoko nad doliną.

Rozpoczynając swoją rewolucję Mao Tse-tung miał przynieść wolność takim właśnie chłopom jak Wei Xinjuan. Dziś, w 60 lat od powstania Chińskiej Republiki Ludowej, nadal są oni największymi przegranymi.

59-letni  Wei jest jednym z ponad 700 milionów Chińczyków żyjących na wsi. Mieszka w małym domku z opalanym drewnem piecem w kuchni i krosnami pod zwisającą z sufitu gołą żarówką. Jego żona Lu Deqin od pięćdziesięciu lat nie obcinała włosów. Od trzydziestu lat splata je w warkocz i owija go wokół głowy, by zdobił ją niczym diadem. Wei i Lu uprawiają ryż, który potem sami zjadają. Ich jedyny dochód – 150 juanów miesięcznie, w przeliczeniu 15 euro – pochodzi ze sprzedaży kukurydzy, którą oferują na rynku jako paszę dla świń.

Trudno uwierzyć, że Wei i Lu żyją w tym samym kraju co producent akumulatorów Wang Chuanfu, właściciel majątku wartego 5,8 miliarda dolarów i najbogatszy człowiek w Chinach. Szef państwa Hu Jintao, postulując budowę „harmonijnego społeczeństwa”, uznał chyba, że w Chinach nie jest jeszcze zbyt harmonijnie – mieszkaniec miasta zarabia tu rocznie ponad trzy razy więcej niż rolnik.

Most – pomnik nowoczesnych Chin – stoi w prowincji Guizhou. Rozpięty z pozorną lekkością nad doliną, wygląda jak cienka kreska na niebie. (…) Zbudowano go w najbiedniejszej prowincji kraju. Chłop Wei Xinyuan mówi, że dla niego budowla ta jest całkiem bezużyteczna. Jego budowniczy Zhou Ping twierdzi jednak, że to najważniejszy most w jego życiu.

44-letni Zhou, zastępca głównego inżyniera w Expressway Development Corporation, siedzi w swoim biurze w Guiyang, stolicy prowincji Guizhou. (…) Opowiada, że żaden z dotychczasowych mostów nie był tak wielkim wyzwaniem. Budowę utrudniały strome zbocza i gwałtowne porywy wiatr. Żaden inny jeszcze most nie zabrał mu tyle czasu: w tej chwili budowa trwa już cztery lata i osiem miesięcy. Łączny koszt: prawie półtora miliarda juanów, czyli 150 milionów euro. Rozpiętość przęsła: 1088 metrów. (…)

– Czujemy wielkie naciski ze strony rządu – mówi Zhou Ping. Most miał zostać otwarty jeszcze przed igrzyskami olimpijskimi. Pracowali przecież na dwie i trzy zmiany, także w weekendy i w święta. Byli dwa razy szybsi niż Japończycy. 23 grudnia, szesnaście miesięcy po olimpiadzie, będzie można wreszcie – wraz z gubernatorem Guizhou i wiceministrem transportu, który przybędzie w tym celu z Pekinu – przeciąć czerwoną wstęgę. Chodzi tu o wielką rzecz: poza mostem projekt zakładał zbudowanie dwunastu autostrad przecinających kraj wzdłuż i wszerz. Tysiące kilometrów nowych dróg zdążyło już powstać, brakowało jedynie mostu. Wraz z nim gotowa będzie kolejna cząstka nowych Chin.

Jeśli gospodarka się rozwinie, zyskają na tym wszyscy – tak dawniej myślano. Ale od kiedy stało się jasne, że niektórzy jednak muszą przegrać, chłopi zaczęli się bronić. Urządzali strajki okupacyjne przed rządowymi gmachami i blokady uliczne.  Protestowali przeciwko wysokim podatkom, skorumpowanym urzędnikom, niszczeniu środowiska oraz zabieraniu im ziemi, w dodatku bez żadnego odszkodowania. Ich gniew, w tym również złość Weia z powodu drzew, skierowany jest najczęściej przeciwko władzom lokalnym, a nie tym całkiem na szczycie, w dalekim Pekinie. Państwowe kierownictwo obawia się jednak rolników. Chińska historia zna wiele powstań chłopskich, a któż lepiej niż partia komunistyczna  zdawałby sobie sprawę z ich wielkiej władzy, którą przywłaszczył sobie przed laty chłopski syn Mao Tse-tung? Obiecano więc, że sytuacja niebawem się poprawi, i w przypadku paru spraw tak się rzeczywiście stało. Chłopi dostali ubezpieczenie zdrowotne, zniesiono podatek rolny, przeznaczono więcej pieniędzy na kształcenie. Państwo zobowiązało się „zbudować nową, socjalistyczną przestrzeń wiejską”.

Wei siedzi jednak na starej socjalistycznej ziemi. Dla niego wiele się nie zmieniło. Właściwie inne jest tylko niebo – gdy spojrzeć w górę, na przykład gdy kuca się w latrynie, widać prawdziwy postęp. Przez całe dziesięciolecia życie Weia  wyznaczały jedynie pory siewu i żniw, a dziś, od ponad czterech lat rytm czasu określa wnoszący się most. Jego budowa rozpoczęła się 18 kwietnia 2005. Było to mniej więcej w tym samym czasie, gdy Wei budował nowy dom dla swoich dwóch synów. Za dwa, trzy lata będą musieli wrócić z wielkiego miasta, bo rodzice nie będą już w stanie poradzić sobie sami z całą pracą.  Pole Weia nie należy do niego. W Chinach ziemia jest wciąż własnością państwową, chłopi mają prawo użytkowania jej przez trzydzieści lat – można je także przekazać w spadku. W głębi serca dzieci chcą wrócić do domu – uważa ich ojciec. Ożenią się z dziewczynami z sąsiedztwa, bo wszyscy inni na chłopskich synów i sezonowych robotników i tak patrzą z góry. – Kochają cię tylko wtedy, gdy masz pieniądze – mówi Wei. A jego synowie mają tylko swoje niewielkie płace, na które zarabiają jako tragarze i sprzedawcy tofu, a do tego jeszcze dług rodziców za dom.

W latach dziewięćdziesiątych, kiedy wszyscy opowiadali o rozkwicie chińskich miast, również Wei chciał zostać sezonowym robotnikiem. Nie miał jednak nawet tyle pieniędzy, by pojechać szukać pracy. Wszystkie banknoty, jakie posiadają, jego żona Lu nosi zawinięte w chusteczkę w wewnętrznej kieszeni swojej kurtki, blisko serca. W dzień targowy płaci nimi rachunki za prąd i – gdy to konieczne – za nowy ząb. Niedawno siedziała na składanym krzesełku u dentysty, przyjmującego pod gołym niebem. Nie było zimno i wszystko poszło bardzo szybko.  Mężczyzna z zardzewiałymi szczypcami w ciągu pół godziny uwinął się ze swoją robotą.

W dobrych latach starczało im na kupienie prosiaka, którego tuczyli aż do wiosennego święta. W wnęce w kuchni stoi ich skarb: dzban z tłuszczem wieprzowym, którym okraszają warzywa. Dzbanek jest już prawie całkiem pusty. 58-letnia Lu, o drobnej figurze małej dziewczynki, czuje się tak słaba, że co rano odcina czubek małej buteleczki i wypija przezroczysty roztwór glukozy – tani środek kupowany na targu. Jej mąż woli wódkę.

Gdy pyta się Weia, ile ma dzieci, odpowiada: dwoje – córek nie liczy, są już mężatkami, „wylaną wodą”, jak mówi się w Chinach. Synowie jeszcze nie znaleźli sobie żon. – Są zbyt brzydcy, żadna ich nie chce – wyjaśnia Lu. Najstarszy ma w swoim albumie wiele zdjęć ładnych, długowłosych dziewcząt, ale matka ich nie zna. Kiedy Lu była młoda, jej narzeczonego znali tylko rodzice, a na ślub cała jej wioska powędrowała do jego wsi. Na weselu było mięso wieprzowe, a ona miała wtedy piętnaście lat. Najstarsza córka Lu poślubiła wprawdzie chłopaka z ich wsi, ale wesela nie było, wieprzowiny też nie.  – Po prostu odjechała – mówi matka. Mieszka teraz w prowincji Fujian, pracuje w fabryce tekstyliów.

Syn inżyniera Zhou, budowniczego mostów, chciałby być dyrektorem. Na razie jest w piątej klasie i nie bardzo lubi odrabiać lekcje. W przyszłości będzie studiował na uniwersytecie. – Nie musi zostać budowniczym – zauważa ojciec – czas gigantycznych projektów w Chinach skończy się najprawdopodobniej w 2030 roku. Mały lubi owady, może zostanie biologiem? Zhou chce wysłać swoje dzieci w świat. On sam był już w Australii, USA, przez pewien czas mieszkał też w Japonii. Dzieci Zhou mają być dumą rodziców. Dzieci Weia mają zapewnić jemu i żonie miskę ryżu na stare lata.

Pierwsze dziecko Weia okazało się dziewczynką, drugie też. Każde narodziny niosły ukrywane rozczarowanie: syna wciąż nie było. Rząd nie zezwalał mieć więcej niż dwoje potomków, Lu czuła jednak, że za wszelką cenę musi urodzić sobie prywatne ubezpieczenie emerytalne i kontynuatora rodu. W końcu mieli pięcioro dzieci i niemal  nic do jedzenia, a wtedy przyszli do nich urzędnicy z biura planowania rodziny. Zażądali tysiąca juanów grzywny i sterylizacji Lu. – Płaćcie albo rozwalimy wasz dom – powiedzieli. Zapłacili więc, a Lu udała się do szpitala. Pieniądze pożyczyli od krewnych i przyjaciół – zanim zdołali spłacić dług, minęło dziewiętnaście lat. Każdy dzień, w którym od synów nie nadejdą pieniądze, każde żniwa bez ich pomocy wywołują u rodziców skryte rozczarowanie z powodu nieobecności dzieci.

Od kiedy synowie są na świecie, Lu przestała śpiewać. Inne kobiety śpiewają, wkładając swoje tradycyjne stroje: turkusowe, ręcznie tkane kaftany, zapinane z boku, z aksamitem przy kołnierzu, i owijając wokół głowy zwoje tkaniny, aż powstanie z nich coś w rodzaju kapelusza, okrągłego i szerokiego jak talerz. Śpiewają w chórze: „Żyjemy w dobrym miejscu / góry są czyste, woda elegancka, a krajobraz przepiękny / Droga ma dziewięćdziesiąt dziewięć zakrętów / na szczycie wzgórza stoi wieża telewizyjna”.

Również budowniczy mostów układa wiersze. Zaczął, gdy miał dziewiętnaście lat. Chciał studiować literaturę, ale rodzice wybrali dla niego zawód, który obecnie wykonuje – a on nie chciał ich rozczarować. (…)

W kwietniu 2006 roku wylano beton pod wschodni filar mostu, i w tym samym roku w wiosce wydarzyła się wielka rzecz: mieszkańcom oddano do użytku własną drogę. Oczywiście bardzo wąską, tak bardzo, że dwa samochody mijają się na niej z najwyższym trudem, a do tego wyboistą i bez asfaltu. Nie prowadzi ona do żadnej miejscowości, lecz w górę, do prawdziwej drogi. Ale jest. – Spotkało nas wielkie szczęście – mówi Wei. To samo powtarza Lu. Wcześniej była tu jedynie marna stroma ścieżka.

Chwalą obecnego burmistrza, który jest najlepszy ze wszystkich. Kazał też wylać cementem nieckę w pobliskim strumieniu. Trzy razy dziennie kąpią się tu bawoły, najdłużej o zmroku – uderzają wtedy ogonami w wodę, parskając i prychając. Kilka metrów dalej ludzie myją nogi, brudne od ziemi z pola. Strumyk wypełnia się pianą z proszku do prania, a dziewczęta z czajnikami i wiadrami czekają w kolejce, by zaczerpnąć wody.

W sierpniu 2007 rozciągnięto nad doliną pierwsze liny stalowe, Weiowi urodził się trzeci bawół, wnuczka wyjechała z wioski i wiele wskazywało na to, że jest to rok przełomowy. Starzy gospodarze dostali od syna elektryczny garnek do ryżu i kupili sobie tuk-tuka, trzykołowe marzenie o mobilności. Potem jednak ktoś ukradł im sprzed domu nowiuteńki pojazd i marzenia skurczyły się do rozmiarów kalendarza. Ów prezent z fabryki samochodów, pognieciony i pożółkły, wisi teraz w dużym pokoju Weia i Lu.

Samochody nigdy nie przyniosły szczęścia ich rodzinie. Kiedy Wei szedł raz na targ, najechała na niego ciężarówka i wlokła go za sobą przez dziesięć metrów. Dwa tygodnie leżał potem w śpiączce. Przed wypadkiem był to taki mądry mężczyzna – mówi o mężu Lu – a teraz zrobił się niestety trochę powolny i boi się ciężkiej pracy. Stale opowiada o tamtym wydarzeniu, choć od tego czasu minęło już 25 lat.

Lu, jak wiele tutejszych kobiet, pracuje codziennie w polu, uzbrojona w sierp i motykę. Wszystkie mają na sobie spodnie, sukienki wkładają tylko na pogrzeby. Zaniosła już do domu pierwszy worek pełen kolb kukurydzy. Ważył prawie trzydzieści kilo, więc dźwigała go pod górę zgięta w pół. Teraz też z trudem chwyta oddech, kosz na jej plecach jest chyba większy od niej. Obok przechodzi chłopka, która taszczy trzcinę cukrową. – Mój mąż jeszcze śpi – mówi. – A mój spytał: „Czemu nie pójdziesz na pole jutro, skoro dziś źle się czujesz?” –  odpowiada Lu.

Może Wei przynajmniej zawiezie na taczkach worki. A może będzie tylko pilnował swoich bawołów, jak każdego dnia. Potem w klapkach na bosych stopach i słomianym kapeluszu na głowie położy się na plecach w trawie, będzie gryzł pestki słonecznika i wypluwał łupinki w kierunku zachodzącego słońca.

Kiedy miał szesnaście lat, w czasach rewolucji kulturalnej, zrobili go ludowym nauczycielem. Był nim aż do wypadku i dnia, kiedy w latach osiemdziesiątych rząd przydzielił chłopom ziemię. Wei dostał jej na cztery osoby, tyle, ile zgodnie z planem mieli mieć dzieci. Potem nikogo nie obchodziło, że poletko to ma wyżywić aż siedmioro ludzi. Wei nie dostał też żadnej emerytury za te lata, kiedy pracował jako nauczyciel.

Obecny nauczyciel wiejski był kiedyś jego uczniem. Dziś mieszka tuż obok, w jednym z najpiękniejszych domów we wsi, wyłożonym białymi kafelkami, ma antenę satelitarną i motorower. Wei ma tylko kołpak na koło, który zabrał z drogi. Może się jeszcze do czegoś przydać.

Dziesięć tysięcy samochodów – jak mówi budowniczy – będzie przejeżdżać codziennie przez jego most. On sam kupił sobie właśnie wóz terenowy, srebrny, do jazdy po mieście. Właściwie w ogóle nie potrzebuje auta, ma bowiem samochód służbowy albo jeździ taksówkami. Najdłuższa trasa, jaką jechał kiedykolwiek Wei, liczyła trzydzieści kilometrów. Jego żona ani jednej nocy w swoim życiu nie spędziła poza własnym domem.

W maju 2008 roku zamontowano liny nośne, a Wei i Lu dowiedzieli się, jak brzmi nowoczesność. W dolinie, w której do tej pory słychać było jedynie pianie kogutów, rozlegał się głuchy huk. Robotnicy na górze łączyli ze sobą stalowe podpory, metal uderzał o metal.

– Chłopi – mówi Zhou – będą mogli korzystać z drogi dla pieszych na moście. No i zyskają taką wspaniałą budowlę tuż obok swoich drzwi. Będą z niej dumni. – Lubię patrzeć na most – przyznaje Wei. Już cieszy się, że będzie hałas. Chciałby mieszkać w mieście, wśród wielu ludzi i wielu dźwięków. Ten most – uważa – to dobra inżynierska robota.  Wygoda dla całego kraju, dla wszystkich. Problem w tym, że on sam raczej nie będzie miał jak z niego korzystać. Aby dostać się choćby na drogę, która prowadzi do mostu, musiałby jechać autobusem. A autobus kosztuje.

Pokonanie odcinka między jedną a drugą stroną góry zajmuje obecną krętą drogą 30-40 minut. A gdy będzie się jechało nowym mostem? Jest to pytanie, na które Zhou czekał z niecierpliwością. – Przy prędkości osiemdziesięciu kilometrów czas wyniesie minutę czterdzieści sekund.

– Dwóch godzin potrzeba – mówi Wei – żeby dojść na targ po drugiej stronie doliny, za mostem. Dwóch godzin na piechotę.

–Ten most – twierdzi Zhou – przyłączył Guizhou do bogatych Chin. Więcej autobusów przywiezie teraz miastowych nad wodospad Huangguoshu, więcej ludzi będzie mogło szybko się tu dostać, by podziwiać tęczę. Będzie więcej podróżnych i więcej inwestycji na miejscu. Skarby Guizhou ukryte są pod ziemią. Fosfor, węgiel, rtęć, a całkiem niedaleko od mostu wydobywa się nawet złoto. Dla Chin najpiękniejszym czasem jest przyszłość, dla Wei  i Lu – lata, które już minęły. Beztroski okres, gdy byli jeszcze dziećmi pod opieką rodziców, którzy troszczyli się, by mieli co jeść i w co się ubrać, był – jak mówią – najlepszym w ich życiu.

18 maja 2009 o jedenastej przed południem połączono ze sobą obie części mostu. (…) Zhou długo szukał odpowiednich słów na oddanie idei swego dzieła. I znalazł następujące: „Jego betonowe ciało jest jak potężna pochodnia, rozpalona pasją i zachwytem budowniczego”. (…)

W ostatnie święto wiosenne, którym żegnano Rok Szczura i witano Rok Bawoła, Lu podarowała sobie piękny dzień. Wei nadal doglądał swoich bawołów, ona zaś wybrała się na piechotę do tunelu, który biegnie na wylot przez górę. Zagłębiła się w ciemność „tej długiej jaskini” (Lu nie zna słowa „tunel”). Szła w kierunku światła, ostrożnie, bo w pewnym momencie widziała jedynie rozmyte kontury i zrobiło jej się trochę słabo. Kiedy doszła do końca, nagle znalazła się na początku mostu. Wreszcie nie musiała zadzierać wysoko głowy, żeby go zobaczyć, teraz sama była na górze, tak blisko szczytów jak jeszcze nigdy. Usiadła na krawężniku. A więc to są te nowe Chiny.

Wei, gdyby tylko mógł, chciałby zobaczyć kiedyś Pekin i mauzoleum Mao Tse-tunga. To był dobry przywódca. Sprawił, że ludzie czuli się panami własnego życia, walczył z kapitalistami.

– Pojawili się już prywatni inwestorzy – opowiada Zhou. Trzech  łebskich facetów z innych prowincji Chin. Mają wielkie plany i 70-80 milionów juanów. Chcą wybudować tu luksusowy hotel, park tematyczny, restaurację ze szkła i zaporę na rzece. Będzie można szybować na paralotni i skakać na bungee.

Wei marzy o białych kaflach do domu i o dobrych zbiorach. Nie wie, że już niebawem ludzie zaczną rzucać się z mostu tuż nad jego polem, krzycząc z radości i strachu, zanim znów wzbiją się w niebo. Najprawdopodobniej jednak zanim nowe Chiny na dobre rozgoszczą się w dolinie, jego pole przestanie już istnieć. A Wei będzie po prostu jeszcze jednym chłopem, który padł ofiarą przemian.

Artykuł ukazał się na portalu onet.pl. Jego autorem jest Sandra Schulz.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Der Spiegel”: Życie pod mostem Reviewed by on 10 stycznia 2010 .

Największymi przegranymi chińskiego pędu do bogactwa są tutejsi chłopi Podczas gdy miasta przeżywają rozkwit, na wsiach życie stanęło w miejscu – po 60 latach od rewolucji Mao, która miała uwolnić ich od poniżenia i nędzy. Wei złości się z powodu drzew. Za każdym razem gdy on nich pomyśli, ogarnia go wściekłość. Zaczyna wtedy mówić głośniej

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź