Indonezja

Demokracja po Indonezyjsku

Polska demokracja różni się od demokracji indonezyjskiej tym czym różni się działalność policji w państwie od państwa policyjnego, którym z resztą czasem bywa nazywana Indonezja. W istocie, w demokracjach chodzi o skalę, którą można zmierzyć czy władza boi się społeczeństwa, czy raczej niewiele społeczeństwo ją interesuje .

W Indonezji koncentracja uwagi na powszechnym prawie wyborczym niebywale spowolnia proces tworzenia gospodarki liberalnej, reform rynkowych i społeczeństwa obywatelskiego. Tymczasem reguły jakimi rządzi się gospodarka światowa są bezlitosne. Produkuje się tam gdzie jest taniej, bo pozwala to oszczędzić na kosztach i wygenerować większe zyski. To dzięki temu możemy kupić w sklepach najróżniejsze produkty w cenie dla nas korzystnej.

Nie wszyscy jednak rozumieją, że taki stan rzeczy jest zjawiskiem zupełnie naturalnym. Świadczą o tym przykładowo niedawne protesty w Niemczech, kiedy Nokia zdecydowała się się przenieść jedną ze swoich fabryk do Rumunii. Teoretycznie więc, w świecie wolnego handlu, takie założenia, że rzeka pieniądzy płynie do biednych krajów, są korzystne dla gospodarek państw biedniejszych, ale w praktyce kapitał płynie tam gdzie może się łatwo rozmnożyć i gdzie rzeczywistość jest najbardziej przewidywalna politycznie.

W codziennym życiu posługujemy się przedmiotami, których większość ma wygrawerowany znak „made in China” na spodzie, co świadczy o potędze gospodarczej tego państwa, ale co będzie jeżeli chiński turbokapitalizm wyhamuje i władza dopuści aby społeczeństwo skonsumowało wypracowany przez nie dochód poprzez pewne udogodnienia socjalne? Obecnie Chiny jak tylko mogą wspierają eksport, więc bezpośrednio w najbliższych latach się na to nie zanosi, ale być może kiedyś przyjdzie moment kiedy produkcja w Państwie Środka będzie zbyt droga, a zatrudnienie pracownika już nie będzie takie opłacalne jak w chwili obecnej. Czy wtedy nie stanie się przypadkie to co stało się z fabryką Nokii i produkcja wszelkiej maści przedmiotów jakimi zalewa się co zachodnie rynki nie przeniesie się do biednych krajów południowej Azji, takich jak Laos, Kambodża czy Indonezja? Przecież taka Indonezja ma wszystko aby stać się drugimi Chinami. Olbrzymią prawie 240 milionową populację, dużą gęstość zaludnienia, co musi skutkować tanią, atrakcyjną dla inwestorów, siłą roboczą. Jest jednak kilka „ale”, które opisać można jedym słowem – bałagan. Dlatego Chin w skali globalnej nigdy nie zastąpi Indonezja.

“Statystyczny” chińczyk wd. raportów Banku Światowego rocznie potrawi zarobić 5,345 $, gdy tymczasem 12-miesięczny dochód Indonezyjczyka to 3,728 $. Dla porównania przeciętny Polak zarabia aż 16,075 $ rocznie. Statystyki mówią więc, że przeciętny obywatel chiński jest półtora razy bogatszy niż statystyczny indonezyjczyk. Tyle, że to nie jest całkiem prawda. Różnica uwidacznia się pośród ludzi majętnych i upper-middle class, których jest poprostu znacznie mniej w Indonezji. W Chinach bardzo dobrze widoczne są nierówności społeczne, jest spora grupa ludzi bardzo bogatych. W Indonezji za to ok połowy populacji żyje za mniej niż 2 dolary dziennie. Stosunek Chin do Indonezji pod względem nierówności społecznych wygląda niemalże jakby porównywać USA do Polski i nie ma w tym przypadku, bo nawet współczynnik Ginniego, którym się przyjeło się mierzyć dysproporcję w zamożności społeczeństw jest w Chinach niemal identyczny jak w USA, a w Indonezji jak w Polsce. To jest też pytanie czy równo rozkładać biedę czy dopuścić do gry siły rynku, które nagradzają najbardziej przedsiębiorczych i wykształconych, kosztem ogółu.

Tym co powstrzymuje Indonezję od rozwoju jest władza i korupcja i… prawo które ustanawia władza. Kółko się zamyka. Indonezja jest sklasyfikowana na 143 miejscu z 179 sklasyfikowanych krajów w Corruption Perceptions Index (CPI) tworzonym przez Transparency International. Głośno mówi się, że firmy w Indonezji muszą przeznaczać nawet 10% kosztów działalności na łapówki i 15% czasu na prostowanie spraw, które „ślimaczą się” bez rozmów z lokalnymi urzędnikami. Bo prawo i porządek to bezwątpienia najważniejsza część rzeczywistości indonezyjskiej, gdyż najbardziej dochodowa. Znając odpowiednią osobę można wykaraskać się z każdych kłopotów, nawet takich, za które w każdym rozwiniętym kraju idzie się do więzienia. Ze znajomościami można nawet zbudować sobie domek w rezerwacie, a nawet na dzikiej plaży. Dlatego jedną z najlepszych fuch jest praca w policji.

Aby zostać policjantem w Indonezji, najpierw trzeba mieć odpowiednie kontakty, bo nie każdy dopuszczony jest to tego „prestiżowego” zawodu, a po drugie należy zapłacić często spore pieniądze aby stać się posiadaczem policyjnej legitymacji. Policyjna gaża nie jest wysoka, więc trzeba dorabiać wymuszając pieniądze jak się tylko da, ale co ciekawe, nie od turystów, bo Ci są świętymi krowami i muszą opowiadać potem, że Indonezja to piękny i przyjazny kraj, a od miejscowych, których służby nie oszczędzają. Rani, indonezyjczyk, tłumaczył mi, że na złych ludzi z władzy, nazywanych oknum, dobrym sposobem jest użycie podczas rozmowy nazwisk wysoko postawionych urzędników, najlepiej z wojska albo z policji i przyznawanie się, z tupetem jak taran, do pokrewieństwa z nimi lub znajomości z kimś kto jest spowinowacony. Nie może więc dziwić, że Indonezyjczycy mają takie powiedzenie: “Kiedy ukradną Ci kurczaka, idź na policję, wtedy stracisz krowę”. Swoją drogą, wydaje się to być zabawne, że w krajach rozwijających się to policja stanowi najpoważniejsze zagrożenie, jednak w rzeczywistości to jest smutne i przykre.

Najgorsi są jednak złośliwi urzędnicy, którzy celowo tworzą bałagan. Na wyspie Bali miejsc parkingowych jest bez liku, jednak już nie w okolicach plaży. Droga Jalan Legian, łącząca plaże w Kuta i Legian została w tym roku uznana za strefę wolną od parkingu. Ponieważ nie łatwo o miejsce przy plaży, to ludzie parkują samochody gdzie się da, nawet w miejscu gdzie wyraźnie widać znak „no parking”. Auta nie zostają jednak odholowane czy ukarane mandatem. To byłoby za proste i zbyt kosztowne. Urzędnicy stworzyli straż, której celem jest spuszczanie powietrza z kół. To dopiero innowacyjny pomysł. Frontem do turystów, nie ma co. Ponieważ nie każdy ma kompresor w samochodzie, to zawsze można wypożyczyć, zgadnijcie od kogo.

Inny przykład. Podobno ponad 70% lasów z Indonezji jest wyrąbywane nielegalnie. Znikają lasy tropikalne, głównie z regionów Sumatry i Kalimantan. Nawet te gatunki, które rosną w rezerwatach przyrody, są wycinane w zastraszającym tempie. Razem z drzewami znika znaczna część fauny, którą można znaleźć wyłącznie w tej części na świecie. Nielegalna wycinnanie lasów to świetny interes, także dla lokalnych władz, które nieoficjalnie nawet za tym stoją. Kto ma więc stanowić prawo? Wyobraźmy sobie przeciętnego policjanta, z pensją 3-4 dolary za dzień walczącego z międzynarodowym kartelem wycinaczy drzew. Zapewne wystarczy mały zastrzyk gotówki z kilkuset dolarów a policjant sam zacznie ładować drzewa na łazika i jeszcze zawiezie gdzie trzeba.

Do tego dochodzi mocne powiązanie polityki z religią. Politycy są właściwie marionektami wpływowych przywódców religijnych, bo choć Indonezja nie jest oficjalnie krajem islamskim to odróżnienie państwa od religii jest niemalże niemożliwe. Politycy robią co mogą aby się przypodobać głosicielom tajemnic religijnych, także dlatego, aby nie dopuścić do wybuchu zamieszek religijnych. Nawet prezydent Susilo Bambang Yudhoyono w odpowiedzi na film amatorski film pt.Fitna crisis, który został nakręcony przez duńczyka w celu wzbudzenia zamieszek pośród świata muzułmańskiego, przychylił się do racji liderów ruchu religijnego i próbując ich ugłaskać, spowodował zablokowanie witryny YouTube.com na terenie całego kraju. Władze szybko jednak zreflektowały się, widząc jaka fala krytyki przewija się przez media po tej decyzji i po kilku dniach zmieniły swoją decyzję, a dodatkowo Minister Komunikacji i Informacji Muhammad Nuh nawet przeprosił za te działania władz. Nuh poza przepraszaniem ma jeszcze inne zadania. Zbiera także komisję, która będzie gromadzić nieodpowiednie strony internetowe, zwłaszcza te poświęcone nagości, a zgłosić stronę do Ministerstwa mogą wszyscy ci, którzy są na tyle odważni aby się przyznać, że na te strony wchodzili. Już o takich szczegółach jak fakt, że w kwietniu aresztowano nawet szefa Banku Centralnego Burhanuddina Abdullaha pod zarzutem niewłaściwego użycia 11 milionów dolarów nie wspomnę. Wyobraźcie sobie co by było jakby aresztowano Tricheta, szefa Europejskiego Banku Centralnego. A Wszystko to działo się trzy miesiące temu.

Na szczęście jest światło w tunelu, bo coraz więcej indonezyjczyków zaczyna rozumieć, że ich kraj jest plądrowany przez podejrzanych polityków, którzy mając odpowiednio wysokie stanowisko czują, że wszystko im wolno. Brak jednak im prawdziwej alternatywy, co demoralizuje. Bo demokracja, czyli wolność wyboru nie może oznaczać swobody wyboru między grypą a anginą, gdyż taka wolność może bowiem prowadzić do olbrzymiej frustracji społecznej. Na całym świecie demokracja bez ugruntowanego, nie tylko konstytucyjnie, ale społecznie, poszanowania dla liberalizmu jest na dłuższą metę mętną wodą dla różnych populistów i demagogów, zaś rosnąca pod wpływem anarchii prawnej frustracja, to świetna pożywka dla wszelkiej maści fundamentalizmów, które wówczas zdobywają władzę nawet całkiem demokratycznie. Kto wie czy Chiny, potajemnie realizując huntingtonowską zasadę, iż najpierw dobrobyt, a później demokracja, nie zrobią lepszego interesu niż te kraje, którym się wydawało że demokracja zapewni im przychylność Zachodu, a więc i kapitał.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Demokracja po Indonezyjsku Reviewed by on 1 września 2008 .

Polska demokracja różni się od demokracji indonezyjskiej tym czym różni się działalność policji w państwie od państwa policyjnego, którym z resztą czasem bywa nazywana Indonezja. W istocie, w demokracjach chodzi o skalę, którą można zmierzyć czy władza boi się społeczeństwa, czy raczej niewiele społeczeństwo ją interesuje . W Indonezji koncentracja uwagi na powszechnym prawie wyborczym

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Patrycja Pendrakowska

Prezes CSPA od maja 2017 roku, ekspert od Chin. Doktorantka w zakładzie filozofii społecznej UW. Ukończyła sinologię, etnologię i socjologię na UW, którą studiowała również na Ludwig-Maximilians Universität w Monachium. W 2011 roku badała problem migracji w Nepalu, w Institute of Integrated Development Studies w Katmandu. Była redaktorka TVN24 i wolontariuszka w dziale misji PAH. Otrzymała stypendia naukowe na seminaria i badania w Polsce, Niemczech, Hiszpanii i Chinach. E-mail: [email protected]; twitter: @patrycjapendra