Artykuły,Kambodża news,Publicystyka

Dariusz Kozicki: Ewakuacja Phnom Penh, Kambodża 1975 r.

“Ciemność zstąpi na lud Kambodży. Będą domy, ale nie będzie w nich ludzi, będą drogi, ale nie będzie podróżnych, ziemią władać będą barbarzyńcy bez religii, krwi będzie tyle, że sięgnie brzucha słonia. Przeżyją tylko głusi i niemi.”

Stare khmerskie proroctwo

3797134821_4dddd27cc3_z

Oblężenie Phnom Penh

Ewakuacja Phnom Penh była jedną z największych w historii. Na rozkaz jednego człowieka, przymusowo ewakuowano dwa miliony mieszkańców. Zamysł Pol Pota, był częścią wielkiego planu przesiedleń całej miejskiej populacji na wieś i zmuszenia jej do prac przy uprawach ryżu. Od 17 kwietnia 1975 roku Kambodża doświadczyła największej od czasów zakończenia II wojny światowej migracji ludności. Jest rok 1975, jest już pewne, że nic nie zatrzyma Czerwonych Khmerów i że to oni będą rządzili Kambodżą. Do zdobycia pozostała już tylko stolica, która pękała w szwach od uchodźców, ludność miasta przekroczyła 2 miliony. Komuniści zwartym kordonem otoczyli miasto nie wpuszczając ani nie wypuszczając nikogo, zaminowano również Mekong co uniemożliwiło zaopatrzenie. Amerykanie zmuszeni byli otworzyć most powietrzny w celu zaopatrywania stolicy. Dnia 17 kwietnia 1975 roku Odziały Czerwonych Khmerów wkroczyły do stolicy, był to ostatni etap walki a początek realizowania nowej wizji rewolucji społecznej, która trwała w Kambodży cztery lata i pochłonęła 25% ludności.

Phnom Penh 2010 r.

Phnom Penh godzina 20, mimo iż miasto zaczyna spowijać leniwa o tej porze roku noc, jest okrutnie gorąco. Stoję w jednej z kafejek, właściwie wszystkie wyglądają tak samo, kilka komputerów, stara lodówka, w której tłoczą się coca-cole. Wszystkie te kafejki są obdrapane, we wszystkich wiszą stare plakaty. Podaję zwinięty kawałek papieru znudzonemu chłopakowi, który dalej nie podnosząc wzroku pyta komórka czy domowy.
– Komórka.
Wykręca numer i podaje mi słuchawkę, w której po chwili odzywa się głos mówiący
w zupełnie obcym języku. Na przekór zaczynam mówić po polsku. Mając nadzieję, że nie pomyliłem numeru i po kilku próbach osoba po drugiej stronie nie potraktuje tego jako pomyłki.
– Sam Ol, dzień dobry, przysyła mnie ambasador Duchowski czy moglibyśmy się spotkać?
– Aaa mister Duchowski, a gdzie się pan zatrzymał?
Jak się za chwilę okazało, miejsce z którego dzwoniłem było oddalone od mieszkania Sama o 20 metrów i już chwilę później siedziałem w jego ciasnym mieszkanku, gdzie znajdowały się wszystkie meble, telewizor, motor, i masa innych przyrządów poutykana w najróżniejszych miejscach. Po chwili popijając wodę i obracając szklankę między palcami dostrzegłem na niej znajomy symbol. Przecież to polski orzeł, dopiero teraz spostrzegłem polskie flagi, szafy z polskimi książkami, oraz zastawami stołowymi. Sam serdecznie się uśmiechnął i z nie ukrywaną dumą mówi, że to pozostałości z polskiej ambasady, w której pracował kilkanaście lat. Po zamknięciu placówki nie mieli co z nimi zrobić. Powiedział, że czekają kiedy w Phnom Penh znowu będzie powiewać polska flaga.

Dziwna wojna

Cofnijmy się o kilka miesięcy, jeszcze na początku roku życie w mieście mimo oblężenia toczyło się normalnie. Większość ludzi zachowywała się tak jakby nie istniało żadne niebezpieczeństwo, a Phnom Penh stanowiło oazę spokoju. Nawet w marcu i w kwietniu widziano żołnierzy jedzących i popijających spokojnie wino, a potem drzemiących na ulicy w cieniu drzew. W podobnym tonie wypowiadał się dziennikarz Newsweeka Richard Steele „podczas gdy do miasta napływały fale wystraszonych żołnierzy, ich oficerowie bynajmniej nie przerywali drinka leżąc na werandzie luksusowego hotelu La Piscine. Bogaci mieszkańcy bynajmniej nie zrezygnowali z wydawania wystawnych kolacji w swych wspaniałych i tonących w basku świateł willach. Podczas gdy na ulicach widać było niedożywione dzieci. Nawet amerykańscy piloci obsługujący most powietrzny podkreślali fakt, że Phnom Penh było wspaniałym miejscem gdzie można było najeść się i napić do syta”. Jednak już od początku marca Czerwoni Khmerzy zaczęli ostrzeliwać miasto. W dniu 7 marca 1975 roku na pasy startowe spadło 30 pocisków rakietowych. Od tego momentu miasto było pod ciągłym ostrzałem artyleryjskim.
O poranku 13 kwietnia wstrzymano pomoc powietrzną dla Kambodży, zdołał wylądować ostatni samolot linii Air Cambodge, którym przyleciał amerykański pilot pragnący uratować swą kambodżańską żonę. Po czym komuniści ogniem ciągły ostrzeliwali lotnisko.

3797134823_86b6c7f09b

Ostatnie tchnienie

Dzień później to dzień, w którym następuje przełamanie oporu armii rojalistów, Czerwoni Khmerzy szturmem zdobywają ostatnie posterunki, spychając uchodźców cywilnych do miasta. Następne dwa dni to powolne zdobywanie kolejnych osiedli i części miasta. Władze republiki 16 kwietnia próbowały jeszcze negocjować z komunistami, ale po ostatecznym odrzuceniu postulatów, „Jedyną alternatywą pozostało zdanie się na łaskę zwycięzców”. W dniu 17 kwietnia 1975 roku o godzinie 7.20 na ulicach pierwszy raz słyszy się nową władzę z megafonów i głośników rozbrzmiewa głos, który nakazuje bezwarunkowe poddanie. „To my wkraczamy do Phnom Penh w charakterze zwycięzców i zdobywców, rozkazujemy, zatem by wszyscy oficerowie i pracownicy administracji marionetkowych rządów republikańskich poddali się. Zwycięstwo rewolucji nastąpiło wraz z przejęciem przez nas gmachu Ministerstwa Informacji, czyli o 7. 20.” O 10. 20 jak relacjonuje Sam Ol „było słychać jeszcze pojedyncze strzały, jednak miało się już to uczucie że zaraz zacznie dziać się coś niedobrego”. Byli przywódcy zostali zgromadzeni w Ministerstwie Informacji po czym wywiezieni za miasto wtedy byli widziani ostatni raz. Nikt nie wątpi że zostali wymordowani. Już wtedy rozpoczęła się prawdziwa rewolucja, która zmieniła wszystkie przyjęte normy oraz prawa, śmiało można napisać iż cały zastany Khmerski świat.

Nowa Władza

„Koło historii się toczy, a wyciągnięta ręka tych, którzy pragnęli by je zatrzymać zostanie odrąbana. Tym , którzy włożą nogę w szprychy zostanie ona odrąbana. Nie ma powrotu do tego co było poprzednio. Historia nie będzie czekać. Nadeszła rewolucja. Musicie się zdecydować i wybrać Angke, w przeciwnym razie nie odpowiadamy za wasze bezpieczeństwo. Teraz wszyscy jesteście równi, nie ma panów ani sług. Powinniście iść za Angkom. Radość z powodu końca rewolucji zmieniała się w smród strachu i śmierci”. Jeszcze tego samego dnia rano na ulicach Phnom Penh pojawili się żołnierze nawołujący do opuszczenia stolicy. Miało to uchronić ludność przed rzekomym bombardowaniem przez Amerykanów, co ciekawe sporo osób uwierzyło, ponieważ już wcześniej doświadczyli ataków bombowych prowadzonych przez Stany Zjednoczone.
I stało się, ludzie Pol Pota zaczęli wprowadzać jego plan w życie. Miasto ma zostać ewakuowane, a dwa miliony mieszkańców mają opuścić swoje domy. Dano im na to trzy dni, po upływie których każdy kto pozostanie w mieście zostanie rozstrzelany.

Khmer_Rouge_soldiers_2

Kilka minut od śmierci

Ulice Phnom Penh wypełniły się uchodźcami którzy na czym tylko się dało nieśli swój dobytek. Podążając w wyznaczonych przez żołnierzy kierunków. „Gdy opuszczaliśmy miasto podążając w tłumie ludzi nam podobnym, wioząc cały nasz dobytek na motorze wraz z siedmioosobową rodziną. Patrzyliśmy na ludzi tak jak my, wychudzonych, wystraszonych, którzy nieśli swój majątek na deskach bądź drzwiach. Mijaliśmy porozrzucane ciała oraz sklepikarzy, którzy rozkładali koło nich budki z jedzeniem, nikt nie przejmował się gnijącymi ciałami żołnierzy”. Po przemierzeniu kilku kilometrów ojciec Sama stwierdził że zapomniał z domu pompki do motoru oraz czajnika. Kazał całej rodzinie pozostać, a sam postanowił wrócić do domu. Gdy rodzina obserwowała jak znika za horyzontem podjechał patrol żołnierzy. „Dali nam godzinę, jeśli wrócą a my dalej będziemy w tym miejscu zabiją nas” . Cała rodzina trzęsła się ze strachu, dobrze wiedzieli, że nie mogą ruszyć bez motoru. Wśród nich była babcia, która nie mogła chodzić o własnych siłach. Mijały kolejne długie minuty. Patrol powrócił, nie chcieli słuchać żadnych wyjaśnień wyciągnęli broń. „nie wiem, co słyszałem głośniej dźwięk przeładowywania karabinów czy motoru i krzyki ojca, żołnierze nawet się nie odzywali byli zmęczeni a w oczach była pustka”. Po kilku minutach ruszyli w dalszą drogę. Samowi Ol udało się uciec z Phnom Penh jednak prawie 300 tys. mieszkańców ta „sztuka” się nie udała, zginęli próbując ukryć się w mieście. Los wielu był uzależniony od nastroju żołnierzy, którzy nie byli poddani żadnej kontroli.

Moniving Blvd 01

Nowe duchy miasta

Opis wałęsających się żołnierzy Czerwonych Khmerów jest dość smutny. Większość z nich to młodzi chłopcy, których wygląd sprawiał bardzo przerażające wrażenie. Byli jak maszyny brutalni i zdecydowani na wszystko. Ulice Phnom Penh przemierzali na rowerach czy motorach. Ubrani w zielone wojskowe spodnie nałożone na charakterystyczny dla Czerwonych Khmerów czarny kombinezon. Na głowie mieli charakterystyczną dla maoistów czapkę. Zamiast butów, nosili wycięte z opon sandały. Szyję oplatała biało-czerwona kraciasta chusta zwana po komersu cheap. Żaden z nie miał widocznej rangi , w zasadzie wszyscy wyglądali tak samo. Jak pisze Hainga Ngora autor „Kambodżańskiej Odysei „ wyglądali na zmęczonych i nieskorych do żartów. Szli ulicami uzbrojeni w AK-47, granaty Chińskiej produkcji zwisały im u pasa niby kiście winogron. Ich uniformy pokrywał kurz i błoto, i nic dziwnego skoro walczyli w nocy czołgając się po rowach”.

DSCF4183

Polski hymn

Na kolejne spotkanie Sam zaprasza nas na uniwersytet na którym wykłada. Mimo swojego archeologicznego wykształcenia, które zdobył w Polsce, wykłada na wydziale muzykologii, instrumenty klasyczne. Siedzimy w małym gabinecie gdzie o dziwo mieści się fortepian, kilka krzeseł kanapa, i wiele orientalnych instrumentów. Sam jak zwykle obdarza nas swoim uśmiechem. Szczerym pogodnym i pełnym ciepła, jaki możemy spotkać tylko w Azji. Dziś Sam ma dla nas niespodziankę, zagra nam na tradycyjnym Khmerskim instrumencie. Składa się on z kilku części ponad metrowego cienkiego bambusa, który u nasady ma przymocowany mały bębenek. Połączony jest z górą kilkoma strunami. Sam bierze do ręki drewniany smyczek i już po kilku minutach możemy rozpoznać melodię. Mazurek Dąbrowskiego… Sam odkłada instrument i zaczyna wydobywać swoje najczarniejsze wspomnienia.

Przeprawa

W czasie, gdy podążali z całym miastem przedarł się do nich wujek, który wyruszył nieco wcześniej, jak wspomina Sam „był roztrzęsiony, wyglądał strasznie, uświadomił nam, że nic na nas nie czeka oprócz śmierci”. Ojciec, jako głowa rodziny, postanowił działać, po cichu oddzielili się od reszty i zbliżyli się do Mekongu, który znowu trzeba było przekraczać, poniżej ich stała łódka przy której tłoczyli się ludzie, gdy wsiadła cała nasza rodzina łódka była już przepełniona i gdy mieliśmy już odpływać podeszło dwóch młodych mnichów, wszyscy czekali co powie ojciec. Wtedy jeszcze liczono się ze zdaniem ludzi wykształconych zgodził się, w tym momencie brakowało tylko centymetra aby woda zaczęła się wlewać gdy dał rozkaz aby płynąć. Byli już niemal w połowie, gdy ujrzeli ich żołnierze po drugiej stronie. Na początku zaczęli strzelać z karabinów ale po chwili przynieśli moździerz i zaczęły świstać pociski, które wybuchały obok ochlapując nas wodą, byliśmy cali mokrzy. I gdy tylko udało im się wylądować na drugim brzegu reszta uciekła ale nie ojciec Sama. „To wszystko działo się tak szybko iż ojciec nie miał kogo się spytać czy może pożyczyć łódki, właściciel uciekał pierwszy. A my z tatą czekaliśmy do zmroku żeby wrócić po motor.

Po wodę

Gdy opuścili miasto i rozbili niewielki obóz, żeby chwilę przeczekać i odpocząć ojciec Sama wysłał chłopca po wodę do Mekongu. Jak opowiada Sam Ol woda w Mekongu bardzo opadła w 1975 roku a plaże usłane były martwymi mieszkańcami miasta. Ludzi, którzy chcieli ucięć bądź tych, którzy nie chcieli opuścić domu. „Ja już się nie bałem, wysłano mnie po wodę wiec miałem ją przynieść”. Niespełna 12- letni chłopczyk zabrał wiec naczynie, i zaczął przedzierać się między ciałami. Stawiając swoje bose stopy delikatnie i powoli między trupami. Na początku próbował nabrać wody przy brzegu, ale ta była mętna, i miała kolor rozrzedzonej krwi, którą w rzeczywistości była. Wchodził, więc dalej i dalej, aż woda sięgała mu do brody. „Chciałem nabrać wody od razu, ale ta przy brzegu była gęsta od ludzkiego tłuszczu…” Sam stanął, więc na palcach wyciągnął przed siebie naczynie i starając się jak najbardziej wychylić, nabrał wody. Trzymał je wysoko i mocno, aby jak najmniej tego cennego, i okupionego tak strasznym przeżyciem skarbu zanieść rodzinie. Za chwilę pili razem herbatę, herbatę z tej wody. Nikt nawet nie pomyślał, że wyprawa po wodę była czymś nadzwyczajnym i tak przerażającym.

MhArk9gLvkdr74rhadL5jj3Bo1_500Sam Ol miał wówczas 12 lat i doskonale pamięta tamte wydarzenia. Jego dzieciństwo skończyło się wraz z pierwszym pociskiem, który spad na ich dom, od tego momentu zaczęła się okrutna walka o przetrwanie, która trwała przez cały reżim. Jak pokazuje ta historia czasami o życiu decydowały przypadki czy zrządzenia losu. Sam przeżył ewakuację stolicy, próbowano go otruć i zastrzelić, słyszał jak kula która trafia do komory była przeznaczona dla niego. Uciekał z obozu dla dzieci, przeszedł przez pole minowe. Nigdy nie narzekał na swój los, cieszy się ponieważ przeżył. Ubolewa nad losem setek tysięcy swoich współbraci. Całe rozgoryczenie i żal jaki Sam Ol posiada, zawiera się w jednym powtarzającym się pytaniu. „Jak oni mogli nam to robić … „

Autor: Dariusz Kozicki

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Dariusz Kozicki: Ewakuacja Phnom Penh, Kambodża 1975 r. Reviewed by on 19 marca 2011 .

“Ciemność zstąpi na lud Kambodży. Będą domy, ale nie będzie w nich ludzi, będą drogi, ale nie będzie podróżnych, ziemią władać będą barbarzyńcy bez religii, krwi będzie tyle, że sięgnie brzucha słonia. Przeżyją tylko głusi i niemi.” Stare khmerskie proroctwo Oblężenie Phnom Penh Ewakuacja Phnom Penh była jedną z największych w historii. Na rozkaz jednego

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Wato tu przypomniec, że reżim Pol Pota cieszył się aktywnym popraciem ChRL oraz nieoficjalnym wsparciem Zachodu. Mimo, że tysiące ludzi uciekało przed tym czerwonym potworem do Tajlandii, wszyscy rżnęli głupa udając, że nie wiedzą o tym, co dzieje się na khmerskich „polach śmierci”… Gdy w 1979 r. Pol Pot zaostał obalony wskutek interwencji Wietnamu, zachodnie media piały o „wietnamskiej agresji”, a chiński lider Deng Xiaoping nazwał Wietnam „małym chuliganem, który nie uniknie kary”. Potem okazało się, że wietnamska „agresja” ocaliła miliony dalszych istnień, których Czerwoni Khmerzy nie zdążyli uśmiercic… Natomiast chińskie dywizje, które wtargnęły do północnego Wietnamu, po kilku tygodniach wycofały się z podwiniętym ogonem. Ich jedynym „osiągnięciami” były gwałty na wietnamskich kobietach, zniszczenia infrastruktury oraz grabież wietnamskiego majątku narodowego i własności prywatnej. Chińczycy – niczym Sowieci w Polsce w 1944-45 r. – kradli Wietnamczykom nawet kury, świnie, rowery…
    Pikanterii sprawie Pol Pota dodaje fakt, że w latach 1986-88 mieszkał on w Tajlandii chroniony przez władze i wojsko tajlandzkie. Ten zdeklarowany zbrodniarz kontynuował wojnę domową również po wycofaniu sił wietnamskich oraz stworzeniu w Kambodży rządu jedności narodowej w 1991 r., gdy książę Norodom Sihanouk ponownie stanął na czele państwa.

Pozostaw odpowiedź